Strony

wtorek, 27 lutego 2018

Od Bellamy'ego C.D Riley

Przesunąłem palcem, po ekranie telefonu, odbierając połączenie O.
- Hej - ciepły głos młodszej siostrzyczki w słuchawce wywołał na mojej twarzy szeroki uśmiech.
- Cześć, O.
- Mówiłam ci już, nie? - dziewczyna nabrała powietrza tak głośno, że słyszałem to przez telefon. - Planuję przyjechać do akademii.
Przez moment wyobraziłem sobie, jak miło byłoby z moją siostrą w Magic Horse. Z drugiej strony... wtedy mój związek z Riley mógłby się trochę rozpierdzielić, a relacje z innymi tutaj byłyby, no trochę sztywne. W końcu to „moja młodsza siostrzyczka".
- Ta - mruknąłem zamyślony, zaraz jednak zmieniając swój ton głosu. W końcu najważniejsze, żeby Octavia była szczęśliwa. Nawet jeśli musiało to być w akademii. - To... powinnaś chyba wysłać dokumenty i... no wiesz.
- Wiem, wiem - O pałała entuzjazmem. Nie miałem serca jej tego zniszczyć.
Zaprosiłem ją więc do akademii, oczywiście oferując, że to ja odbiorę ją z lotniska i zajmę się wszystkim, czym potrzeba.
Gdy byłem pewien, że skończyliśmy gadać, rzuciłem się na łóżko i ukryłem twarz w dłoniach.
- Bell? - Riley wydawała się nieco przejęta. Usiadła obok mnie, kładąc swoją smukłą, delikatną rączkę na moim ramieniu.
Spojrzałem na nią pytająco, starając się ukryć, jak bardzo wkurwiony byłem.
- Chcesz mi powiedzieć co się stało?
- O przyjeżdża - westchnąłem, zaciskając usta i podnosząc się do siedzącej pozycji.
- I? To chyba fajnie - brunetka poprawiła spływające jej po ramionach kosmyki i wgramoliła się mi na kolana, obejmując wokół szyi.
Pokręciłem głową z grymasem na twarzy. Riley zauważyła moje niezadowolenie i z szalonym uśmiechem na twarzy wybiegła z pokoju.
- Ej! - krzyknąłem, podnosząc się za nią. Dziewczyna jednak trzasnęła mi drzwiami tuż przed nosem i pobiegła do własnego pokoju.
Zrezygnowałem z gonienia jej - skoro nie chciała mojego towarzystwa, to postanowiłem dać jej wolną rękę. Brunetka po około piętnastu minutach zapukała z hukiem do moich drzwi, stawiając się w bokserskim stroju z Everlasta.
- Idziemy do klubu! - krzyknęła, wskakując na mnie z uśmiechem. - Myślę, że to może trochę poprawić ci humor?
Spojrzałem na Riley, która wyglądała na maxa seksownie i właściwie to widząc ją tak, nie miałem ochoty iść na trening, tylko robić coś... innego.
- W sumie... - wyszczerzyłem się w stronę mojej dziewczyny i zamknąłem za nią drzwi. - To ja się tylko przebiorę i jedziemy?
- Aha!
(Riley?)

poniedziałek, 26 lutego 2018

Zawody w Rijece!

Moi drodzy!
23 lutego miały miejsce Halowe Zawody w Skokach przez Przeszkody w Rijece, na poziomie klasy P, w których wystartowała Louise Turner na Lemon, zdobywając pierwsze miejsce! Brawo! Z przyjemnością wpisuję równe 45 punktów do rankingu.
Pozdrawiamy
Elizabeth i James Rose

Od Louise - Halowe Zawody Skoków przez Przeszkody w Rijece (P)

Zaśmiałam się cicho pod nosem, kiedy na tablicy, wykonanej z jasnego korku i otoczonej przez cztery litewki, przybito czerwoną szpilką (jeszcze) bielusieńką kartkę. Po tłumach niecodziennie zgromadzonych przed źródłem informacji nie dawałam świstkowi najmniejszej szansy na przetrwanie przy natłoku. Cierpliwie czekałam pod ścianą korytarza na przerzedzenie studentów.
Po niecałych dziesięciu minutach kartka straciła takie silne zainteresowanie, robiąc z siebie jedynie "przypominajkę” dla tych, którzy nie potrafili podejść do kogokolwiek i się zapytać o temat. Ludzie stale przychodzili i odchodzili, aż zdecydowałam się na brutalne przebrnięcie między ściśniętymi ramionami. Sezon zawodów zapowiadał się bardzo pracowicie. Głównie dla najlepszych jeźdźców, których interesowały głównie krajowe WKKW. Jako iż w poprzednich konkursach nie miałam okazji uczestniczyć z powodu choroby, najbliższy konkurs w klasie, która byłaby najbliższą moim dotychczasowym, nabytym umiejętnościom, miał rozgrywać się w położonej na półwyspie Istria, Rijece.
Zawody regionalne okazały się na tyle sensowne, że moje nazwisko szybko zostało przeze mnie zapisane błękitnym tuszem na karteczce w lewej tabeli, a w prawej, nie wiele myśląc, znalazła się Lemon. Chwila minęła, zanim dotarło do mnie, co właśnie uczyniłam sobie i biednej Gniadoszce, zwłaszcza że halowe zawody zdawały się tętnić poczuciem zamknięcia i znacznego ograniczenia. Z plusów wynikało jedynie, że mróz panujący na dworze nie będzie wpływał aż tak na moje biedne, lubiące marznąć ciało.
Nagle dziwnym trafem na korytarzu przed biurem znaleźli się członkowie kadry, zapędzając swoich podopiecznych, niczym bydło, do stajni.

~*~
Razem z nowo poznaną mi Riley i Naomi chodziłyśmy od boksu do boksu, szukając tych podpisanych mieniem naszej Akademii, imionami koni. Ostatni rząd oddany w nasze ręce iście wołał o pomstę do nieba. Z trudem otworzyłyśmy drzwi boksu, a w środku zastały nas żłoby z gnijącym owsem, a w poidłach woda wyraźnie zdążyła zabarwić się na nieciekawy odcień szmaragdu.
— Zabraliśmy ze sobą wiadra, prawda? — upewniłam się nieco spanikowana towarzyszek.
— Tak, na całe szczęście pakowałam je. Musimy to wszystko wybrać. — Riley spojrzała z niesmakiem na pokarm.
— Za piętnaście minut przyjeżdża koniowóz. Musimy się pospieszyć. Zacznę z drugiej strony.
Cieszyłam się w duchu, że Esmaa wszystko jeszcze w miarę ogarnęła, gdyż dzisiaj czułam się zupełnie bezużyteczna.
~*~
Nieroztopiony śnieg, upchnięty na boki trybun pod krzesełka, nadawał jeszcze zimowej atmosfery. Zmarzniętą lewą dłoń (mimo że w rękawiczce) niepewnie umieściłam za materiałem kieszeni w atramentowym fraku, prawą zostawiając przy lekko napiętych wodzach.
Pogoda nie należała do najprzyjemniejszych — mokry śnieg wymieniał się opadami z kroplami deszczu. Stojącą nieopodal Naomkę poprosiłam, by jeszcze raz sprawdziła ochraniacze Gniadoszki. Dziewczyna kiwnęła głową na znak, że wszystko trzyma się na tyle, by wystartować na parkurze.
Zachęcając Lemon do żwawego stępa, przekroczyłyśmy wejście na parkour, które otworzył wysoki mężczyzna, uważnie spoglądający na naszą parę. Przeszkody nienagannie postawione na jasnym piachu sprawiały, że o zawodach nabierało się poważniejszego zdania. Komentator wyraźnie, starając się, by każde słowo było zrozumiałe, zapowiedział obecnie startującą parę, czyli nas oraz następną po nas dziewczynę ze stajni w Buzet, jednak potężny, nieco zmęczony głos z łatwością się odbijał o ściany hali, powodując nieprzyjemne echo. Ku mojemu zdziwieniu (i uciesze, żeby nie było), hałas zbytnio nie interesował Lemon, widocznie częste wypady z uczniami mojego pokroju zdążyły ją przyzwyczaić do napiętej atmosfery.
Przez skórę klaczy przeszedł nieprzyjemny dreszcz, który przez chwilę miał styczność z moimi nogami. Przejechałam pokrzepiająco dłonią po ciepłej szyi Lemon. Przez moją skórę przepłynęła adrenalina. Krew zaczęła szybciej krążyć, kiedy do moich uszu przez deszcz dopłynęły jedynie cichy dzwonek. Szturchnęłam łydką pozornie spokojną klacz.
Lemon zgrabnie przeszła do żwawego galopu, nadając mojemu ciału lekkie odbicie, póki mięśnie nóg nie uniosły mnie delikatnie nad ciemnobrązową skórą siodła. Za nami w bardzo szybkim tempie pojawiały się regularnie cztery wgniecenia w kształcie końskich podków i opancerzone przez nie kopyta. Jasny piach, jeszcze w miarę ubity, zostawił na sobie ślady podków poprzedników Lemon, niedyskretnie wskazując trasę przejazdu. Mimo że parkour zbytnio nie miał jak pochwalić się żadnymi ozdobami, często występującymi na tego rodzaju zawodach, przeszkody były gdzieniegdzie udekorowane kwiatami, nawet nie wiem skąd wytrzaśniętymi. Przez miłą chwilę trójdzielnego chodu, klacz za moją łydką, zaczęła niebezpiecznie się zbliżać do pierwszej przeszkody. Poczułam przepływ dumy ze swojej nieprzewidywalnej pamięci, która w takiej chwili mnie nie zawiodła i wskazała średnią wysokość stacjonaty, mierzącej niewiele ponad metr. Pobierając coraz szybciej tlen z otoczenia, przygotowałam się na małą przerwę między galopami.
Lemon stawiała idealnie wyliczone, ostatnie kroki, aż tylnymi nogami z olbrzymią siłą odbiła się od podłoża, przednie zginając nad przeszkodą. Ze świstem wypuściłam powietrze i pochwaliłam klacz, kiedy obie powróciłyśmy do dawnego tempa. Nagle nastąpił gwałtowny skręt w lewo i jak najszybsze zebranie na kolejne utrudnienie.
Podmuch powietrza wpadającego niewinnie w moją twarz niósł za sobą zapach charakterystyczny dla hal mieszany z końskim potem.
Nim zdążyłam zebrać myśli na kolejną przeszkodą, czyli nie zbyt przyjemny dla większości jeźdźców i wierzchowców okser, Gniadoszka już wydłużyła krok, by oddać skok. W ostatniej chwili upewniłam ją łydką silniej przyłożoną do jej boku. Nagle rozległa się cisza w trzytaktowych krokach klaczy, a pozostał jedynie ciężki oddech i bicie serc. Przednie kopyta klaczy automatycznie się wyprostowały do w miarę stabilnego wylądowania. Pod wpływem grawitacji ziemskiej delikatnie pociągnęło moje ciało do ziemi wraz z obniżeniem wysokości skoku. W myślach zganiłam się za rozkojarzenie i obiecałam Lemon, która jak zwykle uratowała mi tyłek, poprawę oraz zadośćuczynienie. Tempo było całkiem szybkie i zadowalające. Utrzymując je, mógł się pojawić cień szansy na pojawienie się w pierwszej dziesiątce, jednak warunkiem było porządne skupienie i współpraca z wierzchowcem.
Przez moment galopując przy ścianie, poczułam na sobie przeszywające spojrzenie ludzi zebranych na trybunach. Próbując zebrać resztki spokoju w moim ciele.
Kolejną przeszkodą sprawiała wrażenie ,,osamotnionej". Pojedyncza stacjonata, mimo że jedna z wyższych utrudnień na parkurze, była znacznie oddalona od kolejnych dwóch przeszkód w szeregu, dając pole do popisu w prędkości.
Drągi, zabawnie pomalowane na zmianę błękitem i białym, spokojnie wisiały, póki hanowerka nie zarzuciła diabelskiego tempa do przeszkody. Cóż, pozostało mi jedynie trzymać ją w ryzach, by nie rozwaliła się na pierwszej lepszej przeszkodzie. Pociągnęłam wodze o parę milimetrów do siebie, by przypadkiem klacz nie zrozumiała, że ma przejść do kłusa. To by była istotnie grecka tragedia. Zgięłam się w pasie, przechodząc do pół siadu, a Lemon oddała skok. Wzrok, uparcie uwięziłam akurat na trzyletniej dziewczynce tulącej się do kobiety, jak podejrzewałam, swojej matki.
Poczułam w brzuchu nieprzyjemne uczcie, jakbym znowu spadała. Dodałam czym prędzej łydkę, posłuszna Lemon jeszcze szybciej ruszyła potężnym galopem, wdzięcznie się odbijając od drobnego piachu. Mknęłyśmy prosto w stronę szeregu, póki nie musiałyśmy ustabilizować tempa na tyle, by nie zmasakrować dwóch przeszkód naraz. Galop w jednej chwili stał się rytmiczny i opanowany. Lemon wydłużyła krok przed pierwszą stacjonatą, po czym zgrabnie przeleciała nad drągi. Dłońmi w czarnych rękawiczkach chwyciłam drobny pukiel grzywy, który nie wchodził w skład drobnych i starannie zawiniętych koreczków. Drugi człon szeregu, następujący po średnio po dziesiątce dokładnie zamierzonych metrów, był ozdobiony czerwonymi roślinami, których pochodzenia za nic bym nie rozpoznała, jednak starając się nie zwracać na nie tyle uwagi, powędrowałam oczyma za zbliżającą się nieubłaganie stacjonatę. Gładki przeskok na ponad metr w górę był wynikiem dobrze wyliczonych fouli, które nie raz mogły odgrywać najważniejszą rolę w czasie przejazdu. Do mojej głowy wpływały i litry utlenionej krwi, a mózg pracował na najwyższych obrotach. Przyznaję, że odetchnęłam z ulgą po szeregu, nawet jeśli tylko dwuczłonowym, jednak kolejne wyzwanie wydawało się całkiem podobne do drugiego w kolejności oksera. Miałam ochotę rozszarpać tego, kto układał parkour, gdyż naprawdę mi było żal swojej klaczy, która dzielnie pokonując trasę, nagle musiała się odnaleźć na gwałtownym skręcie w lewo i double barre. Jak najdelikatniej wygięłam hanowerkę i nakierowałam na środek drągów.
Mimo że pierwszą stacjonatą mierzyła tylko osiemdziesiąt pięć centymetrów, następna miała już z powrotem powszechną na parkurze wysokość. Docisnęłam resztkami sił łydki, wymuszając z pozytywnym rezultatem na Lemon skok. Wszystkie przeszkody zaczęły się zlewać ze sobą. Na każdej ta sama sekwencja ruchów, a jedyną niespodzianką, która mogła mnie spotkać to upadek, bądź zrzutka, których chciałam za wszelką cenę uniknąć. Oczywiście pokonując następne przeszkody, zaczynałam wątpić w czysty przejazd.
— Dobry konik — wyszeptałam pospiesznie po double barre, zbierając za jednym zamachem myśli na czyhającego już tylko na nas oksera.
Biel znowu naprzemiennie z zielonym zdawała się nadawać przeszkodzie charakterystycznego wyglądu, komponując się z drobnymi roślinkami owiniętymi wokoło stojaków. Usatysfakcjonowana zbliżającym się końcem toru dodałam łydkę tuż przed przeszkodą, by móc znowu poczuć to dziwne powietrze na twarzy oraz równie dziwne i nawet śmieszne uczucie w żołądku.
Nagie uszy hanowerki obracały się we wszystkie strony, z których mógł pochodzić jakikolwiek mniej zidentyfikowany dźwięk.
Jednak doskonale wiedziała, w których momentach ma skierować swoją uwagę na utrudnienia. Znowu ta sama sekwencja: Wydłużony krok, odbicie się z tylnych kończyn, zginanie przednich, rozprostowanie przednich i wylądowanie. Jednak chwileczkę... W tym przypadku było o jeden dźwięk za dużo. Dźwięk zahaczonej kopyta belki wyprowadził mnie z równowagi. Na moje szczęście drągi zdecydował się na pozostanie pomiędzy stojakami. Przeklinałam siebie w myślach a bezmyślność, jednak Lemon wyraźnie wymagała uwagi, by się zebrać na nadchodzące dwa ostre skręty i stacjonatę. Dodałam łydkę, pociągając jednocześnie za lewą wodzę. Moja mobilizacja osiągnęła szczyt. Teraz nie mogłam niczego schrzanić, nie było mowy na najmniejszy błąd. Gniadoszka wyraźnie rozumiejąc moje pobudzenie, zebrała galop do kupy, dzięki czemu chód ten stał się ponownie rytmiczny.
Jeszcze jedna łydka, jeszcze jeden pół siad, jeszcze jeden skok. Cztery kopyta z powrotem wydawały żwawy tętent. Odetchnęłam z ulgą, bo tym razem przeszkodą została nietknięta. Moje myśli od razu zaczęły krążyć wokół dwóch ostatnich przeszkód. Tak mało brakuje. Mimo że instynkt stawiał mi za cel jak najszybsze pokonanie resztek parkoura, starałam się wykonać go z ,,gorącym sercem i zimną głową". Każdy krok miał być przemyślany i starannie dociągnięty.
Lemon pognała w stronę pierwszej stacjonaty w szeregu, jakby dostała skrzydeł. Nie hamowałam jej w żaden sposób. Jedynie pilnowałam, by przypadkiem nie przydarzyły się niechciane dodatkowe foule, jednak te zdawały się idealnie wyliczone. Odbiła się od piaszczystego podłoża, jakby nie sprawiało jej to większej trudności i zgrabnie wylądowała po drugiej stronie. Niemalże w sekundzie ścisnęłam boki klaczy, by wykonała najwyższy element konkursu. Przerwa pomiędzy przeszkodami znacznie się zawęziła do siedmiu metrów. Piętnaście centymetrów ponad metr wydawało się nie mieć dla hanowerki takiego znaczenia. Jednak dodatkowy fakt dwóch stacjonat tworzących okser, odrobinę odstraszała.
— Dawaj, Śliczna, to przedostatnia. — Jeszcze raz przycisnęłam łydkę. Szereg wydawał się zupełnie spontaniczny. Wszystkie przeszkody przeskakiwało się jakby na raz. Przez moje ciało przeszedł dreszcz ekscytacji. Poczułam, jak wracam do poprzedniej wysokości nad ziemią, a oprócz czterech kopyt lądujących na ziemi, nie było żadnego dźwięku. Z moich ust wypadł świst więzionego w płucach powietrza.
Na ostatnią stacjonatę zdecydowałam się na lepsze przygotowanie niżeli krótszą drogę i spontaniczny skok. Galop znowu stał się pomieszany i szybki, a na końcu prostej pojawił się ostry zakręt. Metalowe wędzidło zostało silnie pociągnięta w prawo, a łeb analogicznie skierował się w tę samą stronę. Starałam się rejestrować każdy dźwięk, ruch, jednak przy mojej dawce stresu prawie od razu to zapomniałam.
Kroków do skoku było coraz mniej. Znowu ta sama niosąca samą niepewność cisza. Ugięłam się nad szyją Lemon, oczami wodząc gdzieś daleko po jasnym piachu. Umięśnione nogi klaczy uniosły się niebezpiecznie wysoko, oczywiście nie twierdzę, że skoczyła za wysoko, tylko że gwałtowne podniesienie kończyn nieco mnie wybiło. Ponownie się rozprostowały, jakby stawała pierwszy raz na cztery kopyta, jako małe źrebię. Odrzuciło mnie delikatnie od siodła, kiedy tylne nogi wróciły do trójdzielnego chodu.
Moimi żyłami krążyło więcej dumy, niżeli krwi w organizmie. Nieznacznym ruchem pociągnęłam wodze do siebie, poklepując moją bohaterkę raz, po raz. Zwycięskim stępem opuściłyśmy klaustrofobiczną halę, przechodząc na korytarz, gdzie na start czekała Riley.
— Trzymam mocno kciuki —zapewniłam, zsiadając z Lemon i luzując ciasny popręg.
— Dzięki. — Uśmiechnęła się.

niedziela, 25 lutego 2018

Podsumowanie lutego!

Bez zbędnego owijania w bawełnę - rozkład punktów od 4 lutego (ostatnie podsumowanie) do 25 dnia tego samego miesiąca prezentuje się tak:

Helen - 3 p.
Naomi - 9 p.
Holiday - NIEOBECNOŚĆ
Esmeralda - 9 p.
Oriane -  NIEOBECNOŚĆ
Will - 3 p.
Lena - 30 p. i ostrzeżenie
Riley - 21 p.
Adrianna - 15 p.
Lucy - 6 p.
Gale - 6 p.
Dagobert - 3 p.
Bellamy - 3 p.
Louise - NIEOBECNOŚĆ
Hannah - 30 p. i ostrzeżenie
Brenda - 3 p.
Lauren - 15 p.
Adeline - NIEOBECNOŚĆ
Charles - NIEOBECNOŚĆ
Mark - 15 p.
Dimitrij - 6 p.
czerwony - punkty odjemne

Poza tym, ustalamy na nowo wykres dodawania i odejmowania punktów:

1 opowiadanie od ostatniego podsumowania - 3 p.
nienapisanie żadnego opowiadania od ostatniego podsumowania - 15 p.
nienapisanie żadnego opowiadania od ostatnich 2 podsumowań - 30 p. i ostrzeżenie na pocztę
nieobecność - nie liczone
Jeśli postać nie napisała żadnego opka od ostatnich 3 podsumowań i po wysłaniu ostrzeżenia na pocztę nie zareagowała opkiem bądź nieobecnością, to wysyłamy informację o wydaleniu postaci z bloga i wyrzucamy.

~Administracja

Od Dimitrij'a C.D Helen

Wybacz, mógłbyś mi przypomnieć, jak masz na imię? Jestem dzisiaj trochę zakręcona, wyleciało mi z głowy... — odwróciłem się w stronę blondynki. Wyglądała na dziewczynę około 20. Tak od 17 lat, do 20. Dano mnie do pokoju ze starszą ode mnie dziewczyną, najprawdopodobniej pełnoletnią? No, ciekawie. Mam nadzieję, że się jakoś dogadamy.
- Dimitrij - powtórzyłem swoje imię.
- Dosyć nietypowe imię, Dimitrij...
Pokręciłem głową, gdy usłyszałem, jak Helen wymawia moje imię.
- Dimitrij, na końcu mówisz mocniej, nie umiem dobrze mówić - powiedziałem. Nie lubiłem mojej wady wymowy. Przedstawianie się jest przez to katorgą. Jak słyszę Dzimitris, a nie Dzimitrisz... Źle się z tym czuję, bo zdaję sobie sprawę, że nawet nie umiem się przedstawić.
- Ow... Rozumiem... Dimitrij? - rzekła niepewnie. W końcu poprawnie. Kiwnąłem głową z lekkim uśmiechem. Widziałem na jej twarzy zakłopotanie, jakby obejrzała Lady123Laskę na youtube.
- Nie martw się, trudne jest zrozumienie mnie przez akcent i seplenienie, nie jesteś pierwsza - rzekłem, by ją uspokoić.
- Właśnie, masz nietypowy akcent, skąd pochodzisz? - zapytała. Nim spostrzegłem Helen, znalazła się nieopodal mnie.
Z Rosji... - mruknąłem trochę nie wyraźnie. Taki kraj dosyć specyficzny według mnie, gdy porównuję Chorwację do Rosji.
- Mhm... Ciekawie... Nigdy nie spotkałam Rosjanina - uśmiechnęła się do mnie delikatnie.
- Hm... Podejrzewam - odrzekłem. Nigdy nie widziałem w tych okolicach żadnego Rosjanina. Szmeterling zaczął chodzić po klatce, robiąc lekki hałas. Oboje się odwróciliśmy w tamtą stronę.
- Twoje zwierzątko?
- Nie, Świętego Mikołaja - parsknąłem. Głupie pytanie.
- Jak ma na imię? - spytała, ignorując moje pyskowanie.
- Szmeterling... - odpowiedziałem. Co ja wtedy miałem w głowie? Nie mogłem nazwać go tak na trzeźwo. Trzeba było powiedzieć "oddalam to pytanie". Uśmiechnąłem się ze swojego dowcipu.
- Ciekawe imię... - powiedziała. Kiwnąłem głową. Ta rozmowa jakoś się nie kleiła.
- Ej, opowiedzieć dowcip? - spytałem z uśmiechem. Helen zastanowiła się krótką chwilę, ale ostatecznie kiwnęła głową na "tak".
- Jak nazywa się przesolona firanka? - zrobiłem krótką przerwę - zasłona! - po tych słowach, prychnąłem ze śmiechu. Chyb tylko mnie bawił ten żart, nawet po 50 razie.

<Helen? Nudy .-.>

sobota, 24 lutego 2018

Od Riley C.D Lucy

- Tak, ruszajmy w drogę. - skinąwszy głową, dałam Mel lekki impuls łydką na znak, iż możemy ruszać.
Klacz jak zawsze musiała wystrzelić z zadu, jakby obcy jej był spokojny chód. Kochana wariatka... Dobrze, że nie spłoszyła swoim zachowaniem wierzchowca Lucy. Na szczęście Pompeja miała anielską cierpliwość i nie dała się wytrącić z równowagi młodszej towarzyszce. Kasztanka szła powoli, bez zbędnego pośpiechu, dzięki czemu Melinda, także nieco zwolniła. Przez część drogi kotka troszkę się denerwowała, sygnalizując swoje niezadowolenie donośnym miauczeniem. Po jakimś czasie jednak ucichła.
- Chyba zasnęła... - uśmiechnęła się lekko Lucy, zerkając na transporter - Mam nadzieję, że jej się u mnie spodoba...
- Wiesz, trochę czasu może minąć, zanim się przyzwyczai do nowego domu, ale jestem pewna, że będzie jej u ciebie dobrze. - posłałam przyjaciółce pogodny uśmiech, odgarniając z czoła kosmyki włosów.
Droga powrotna zbytnio nam się nie dłużyła. Przez praktycznie całą trasę do akademii byłyśmy pochłonięte rozmową, no i oczywiście podziwianiem widoków, którym nie sposób było się oprzeć. Łąkę pokryła gruba warstwa białego puchu, a w oddali widniał jedynie delikatny zarys drzew, których wierzchołki spowiły promienie słońca.
***
Dotarłszy do Magic Horse, odprowadziłyśmy konie do boksów. Kiedy już poradziłyśmy sobie z ich rozsiodłaniem, szybkim krokiem udałyśmy się do budynku akademika, a następnie w stronę ósemki. Rudowłosa ostrożnie postawiła transporter na podłodze, po czym otworzyła drzwiczki. Zwierzątko wciąż siedziało w środku, zastanawiając się, czy aby na pewno teren jest na tyle bezpieczny, by można było wyjść z kryjówki.
- Chodź, nie bój się... - zachęcała łagodnym głosem Lucy.
Stwierdziłyśmy, że nie ma sensu jej do niczego zmuszać i po prostu usiadłyśmy na łóżku, zerkając co jakiś czas na transporter. To dla kota spora zmiana i nie należy jej do niczego zmuszać. Po jakimś czasie ciekawość wzięła górę i kotka ostrożnie opuściła schronienie, lustrując błękitnymi oczkami wszystko dookoła. Muszę przyznać, wyraz pyszczka tego mruczka wyglądał iście komicznie. Długo nie musiałyśmy czekać, aż zacznie zwiedzać pokój. Kotka przechadzała się między meblami, z dumnie uniesionym, puszystym ogonem. Zaiste, wiedziała już, że to będzie jej królestwo.

Lucy? ^^

Od Helen C.D Dimitrija

Na widok obcego chłopaka wychodzącego z łazienki zmarszczyłam brwi. Pierwotnie myślałam, że to Holiday wpadła na chwilę, gdyż właśnie do mojej łazienki było jej najbliżej. Poczułam jak na moje policzki wstępuje kolor, bo któż tak wita nowego współlokatora. Przywołałam na twarz lekki i uśmiech po czym powiedziałam:
— Nie, nie, nie szkodzi. Po prostu myślałam, że to moja przyjaciółka nadal urzęduje w łazience — uśmiechnęłam się trochę szerzej, po czym dodałam. — Jestem Helen North, chyba nie mieliśmy się jeszcze okazji poznać. Jesteś nowy w Akademii?
Chłopak stał do mnie tyłem, więc nie wiedziałam jak zareagował na całą sytuację. Zapewne uzna mnie teraz za tak zwaną 'Rich Bitch' i nie będzie chciał ze mną rozmawiać.
— Słuchaj... — zaczęłam znowu. — Nie chciałam być niemiła, możemy uznać, że tamtego nie było i zacząć od początku? — przygryzłam wargę.
Chłopak odwrócił się w moją stronę. Ze zdziwieniem stwierdziłam, iż nie mógł mieć więcej niż 16 lat, a jego rysy nadal w pewnym stopniu wyglądały dziecięco. Dodatkowo jak na chłopaka wydawał mi się wyjątkowo niski, pewnie gdyby stanął koło Holiday byliby podobnego wzrostu, chociaż moja ruda przyjaciółka ostatnimi czasy zaczęła nosić wyższe buty
— Dimitrij jestem, miło mi poznać — mruknął niewyraźnie. — Tak, jestem tu nowy.
Ponownie się do niego uśmiechnęłam:
— Kto Cię oprowadzał? — spytałam, zakładając iż Pani lub Pan Rose zajęli się tematem. Zazwyczaj bardzo poważnie traktowali nowych uczniów, więc pewnie chłopak, którego imienia nie zdołałam zapamiętać, już wszystko widział. — Wybacz, mógłbyś mi przypomnieć jak masz na imię? Jestem dzisiaj trochę zakręcona, wyleciało mi z głowy... — tak, to tyle jeśli chodzi o całą idee o pierwszym wrażeniu. Teraz już na pewno uzna, że jestem chamska.

<Dimitrij? Sorka, że tak długo :x>

czwartek, 22 lutego 2018

Od Naomi - Regionalne Zawody w Ujeżdżeniu w Puli (P)

W zadumie skierowałam klacz na kolejny pagórek, pilnując dobrego rytmu stępa. Pojutrze miałam nią jechać zawody ujeżdżeniowe rozgrywane w klasie P i jak zwykle nie czułam się do końca przygotowana. Odkryłam już dawno, że jeśli znajdzie się odpowiedni język, z Czajnikiem można zrobić bezproblemowo wszystko. Wszystko w rozumieniu "to, co nie wymaga rozluźnienia bądź potrzebuje go w najmniejszym stopniu". Wszystko, czyli nic? Dokładnie. W konsekwencji tuż po powrocie z pierwszego konkursu (zdobytego dziwnym, ale szczęśliwym trafem srebra) wprowadziłam jej dwa treningi dziennie, choć dalej z przerwą na niedzielę. Jedna z codziennych jazd zawsze skupiała się tylko na rozluźnieniu, a dużo z nich spędziłyśmy w terenie bądź nad żuciem z ręki. Wolny czas przeznaczałam na padokowe odczulanie i odprężające masaże. Działało. Po trzech tygodniach takiej terapii Imbryk chodziła naprawdę jak należy, aczkolwiek jeszcze trochę rzeczy zostało nam do przerobienia.
- Dobrze, Karusko. Słońce zachodzi, na dzisiaj już koniec. Jutro też nie masz szczególnych wycisków, bo to dzień przedzawodowy. Dziękuję za jazdę! - powoli zsunęłam się z siodła na twardy, ubity grunt. Wyciągnęłam rękę z kawałkiem marchewki, drugą kończyną podciągając strzemiona i popuszczając popręg. Następnie zmęczona dzisiejszym dniem poprowadziłam Holenderkę do stajni, gdzie zamieniłam jej sprzęt na derkę, zadbałam także o kolację wszystkich moich podopiecznych, aż w końcu ślamazarnie podreptałam do akademika.
***
Samochód wesoło podskakiwał na wybojach, co powodowało dość dużą niewygodę leżenia - niestety, tylko w ten sposób miałam możliwość nadrobić wczorajszą, nieprzespaną noc. Byłam w dostatecznie okropnym humorze i sama myśl jechania teraz zawodów wydawała się być złym pomysłem. Rzecz jasna, koncepcja zrezygnowania zdecydowanie ją uzasadniała. Dlaczego nie umiem spać w aucie. Jeszcze mocniej wtuliłam się w prowizoryczną poduszkę.
~~~
- Halo, wstawaj!
- Nie spałam - ucięłam krótko, choć nie do końca zgodnie z prawdą, podnosząc się do pozycji siedzącej. - Jesteśmy już w Puli?
- Dokładnie stoimy na parkingu przed stajnią. Wyskakuj z auta - ponaglił Rose. Wyszłam na beton i przeciągnęłam się, stwierdzając w myślach, iż drzemka zdecydowanie pomogła, co było niewątpliwie pocieszające. Podeszłam następnie do znanej mi już dobrze przyczepy i odblokowałam skobel, spowodowało to otworzenie wejścia.
- Cześć, Ekspresie. Jak tam? - zapytałam jeszcze zaspanym tonem, jeżdżąc ręką po karej łopatce. Klacz wyglądała na zdecydowanie bardziej pobudzoną niż ja, a przy tym zadziwiająco sympatycznie nastawioną. Odpięłam czarny uwiąz i ostrożnie wyprowadziłam Holenderkę na dziedziniec, a następnie skierowałam się do szczęśliwie oznaczonych stajni.
- Zostaw mi pakę w samochodzie! - krzyknęłam jeszcze, przekraczając próg budynku. Wzrokiem zaczęłam błądzić po numerkach, którymi były oznaczone boksy. Po znalezieniu właściwego umieściłam klacz w pomieszczeniu, mając zamiar jak zwykle pójść na spacer po ośrodku.
Po powrocie zdecydowałam się na przygotowanie klaczy do jazdy.
- Tym razem chcę mieć więcej czasu na rozgrzewkę. Zdecydowanie więcej - stwierdziłam, gładząc lśniącą grzywę. - Ale bez przesady, żebyś się bardziej na rozprężalni nie zmęczyła!
Expresso przytaknęła zgodnym parsknięciem, ale po chwili zaczęła skubać rękaw mojej kurtki, utrzymując swoją wizytówkę klaczy z ADHD. - Cieszę się, że sprawę mycia załatwiłyśmy już wcześniej. I że stronisz od brudu, nie to, co reszta mojej zgrai.
Upięłam Imbryk między boksami dwoma uwiązami, po czym zdjęłam polarowy materiał i chwyciłam miękką, ryżową szczotkę z pudełka leżącego tuż obok. Na początku dokładnie zdjęłam kurz i wyczesałam sierść, używając specjalnego spreyu na błyszczące włosie. Zadowolona z efektu zajęłam się grzywą i ogonem, które po starannej pielęgnacji przyzwoicie zaplotłam. Nie zapomniałam także o kopytach, dokładnie oczyściłam je z brudu. Gotowej klaczy strzeliłam jeszcze kilka fotek, włożyłam ją z powrotem do boksu i poszłam do samochodu.
Ubrałam odpowiednio przygotowany strój, zestaw nie zmienił się od ostatnich zawodów żadnym elementem. Po dopięciu toczka wyjęłam z paki czaprak, siodło oraz ogłowie i umiejscowiłam je na wieszaku na bramce boksu mojej gotowej podopiecznej.
- Mamy dokładnie pół godziny. Super, co nie? Na serio zdążymy się spokojnie rozgrzać! - oznajmiłam lekko poddenerwowanej Holenderce. Pogładziłam czarny, jedwabisty pysk, a później wzięłam się do siodłania.
Biały czaprak wylądował na miękkim grzbiecie tuż przed żelową podkładką i w końcu wypastowanym siodłem. Ogłowie założyłam jako ostatnie, po dopięciu wszystkich pasków jeszcze raz spojrzałam na czas - za 15 minut miały rozpocząć się zawody - i zadowolona zdjęłam skórzane wodze z szyi klaczy.
- Okej, wsiadamy - postanowiłam już przed placem służącym do przeprowadzenia rozgrzewki.
- Pamiętaj, żeby dobrze ją rozluźnić. Nie zbieraj jej w ogóle na początku, wiesz, jak to na nią działa - tłumaczył nie do końca składnie pan James, kiedy podciągałam popręg z futerkiem.
- Wiem aż za dobrze - odburknęłam, wsiadając na wygodne siodło. Lekko wypchnęłam Czajnik dosiadem i łydkami, kierując na ślad maneżu. Zaczęłam oczywiście energicznym stępem w niskim ustawieniu, kreśląc dużo kół, ćwiczeń ze zmniejszaniem średnicy i serpentyn, potem dodałam jeszcze swobodne ustępowania od łydki. Czarna ku chwale była chyba naprawdę w dobrym humorze, bo całkiem przyzwoicie się uspokoiła i nie spieszyła, a jej chód był równy i rytmiczny. Nie było to oczywiście idealne, ale na pewno bardziej jakieś, niż trzy tygodnie temu. Słysząc z głośników, iż za chwilę rozpocznie przejazd pierwsza osoba - tym razem startowałam jako szósta - stwierdziłam, że Expresso jest już gotowa na przejście do kłusa. Także wykorzystałam kilka figur i ustępowania, dodałam jednak przejazd przez drągi i żucie z ręki (dalej nie tak dobre, klacz oprócz spięcia w tym ćwiczeniu miewała problemy z równowagą i utrzymaniem rytmu, miałam wrażenie, że nie idzie za ręką w obawie o utrzymanie ich). Dowiadując się o starcie trzeciej osoby, przymierzyłam się już do galopu, gdzie wykonałam najwięcej przejść, nie szczędząc rzecz jasna elementów z poprzednich chodów.
- Do startu przygotuje się zawodnik z numerem pięć - David Hosseman na koniu Pinezka! - uchwyciłam. Postanowiłam tym samym skończyć rozgrzewkę i po łagodnym przejściu do stępa wyszłam z rozprężalni na plac, a właściwie zatrzymałam się tuż przed wejściem. James coś jeszcze do mnie mamrotał, ale jego wypowiedzenie zagłuszyły słowa spikera:
- Dziękujemy Davidowi Hossemanowi na Pinezce. O prezentację prosimy kolejną parę - Naomi Sullivan na klaczy Expresso!
Ruszyłam ładnym, lekkim kłusem po ścianie, żeby w końcu skręcić na czworobok. Po wejściu w A prosto pokierowałam klacz do X, a równo obok litery zatrzymałam ją i ukłoniłam się. Następnie dosiadem i łydkami spowodowałam ponowne przejście do wcześniejszego chodu, dalej mocno siedząc w siodle.
W C według programu skręciłam w lewo, a odcinek do E poświęciłam pilnowaniu rytmu i zgrania. Przy literze wykonałam ładny łuk w lewo ku X, a potem od razu kolejną półwoltę do B, myśląc tym razem o dobrym zgięciu i odpowiednim wyjechaniu figur. Potem przez długi czas trzymałam się ściany, starając się pamiętać o równym, rytmicznym chodzie. W V po ustawieniu głowy wewnętrznie zaczęłam ustępowanie w kłusie w prawo na linię środkową, tuż przed I wyrównałam na wprost. Po dojechaniu do skraju czworoboku wykonałam manewr skrętu w prawo, a na następnej przekątnej od M do K rytmicznie anglezując, dosiadem i łydkami wyrzuciłam nogi Czajnika do przodu, jednocześnie trzymając ją w pysku. Po wyjechaniu na ścianę ponownie usiadłam w siodło i skróciłam wykrok, pamiętając już o kolejnym zadaniu, jakim było powtórne ustępowanie od łydki. Od P zaczęłam manewr, wewnętrzną wodzą nadając ustawienie głowy, a łydką tej samej strony działając na tylną kończynę. Koło I wyprostowałam klacz, natomiast w C pojechałam w lewo. Na HXF analogicznie wydłużyłam krok, jednakże przy odcinku FA znów zebrałam Expresso. Koło drugiej litery równo ją zatrzymałam, policzyłam w myślach do pięciu i ruszyłam stępem pośrednim. Od K do R pozwoliłam Karej obniżyć ustawienie i lekko wyciągnąć szyję. Na resztę ściany znowu zebrałam głowę wyżej, a pod jej koniec ruszyłam kłusem. Pośrodku krótkiego boku, tuż po ciągu półparadek, przeszłam do galopu z dobrej nogi, który szybko zaokrągliłam. W S zrobiłam ładne, równe koło w lewo, a po zakończeniu tego punktu programu wyciągnęłam wykrok konia aż do K. Następnie od F pojechałam przekątną z przejściem do kłusa w X. Ten chód utrzymałam jednak tylko do H, bo tuż po tej literze ponownie zagalopowałam, od razu zaokrąglając. Identycznie co przed chwilą, kiedy jechałam w odwrotnym kierunku, wykonałam koło, a potem wydłużenie wykroku. W F bardziej zebrałam klacz, a po krótkiej ścianie od K wyjechałam przekątną. Mniej więcej kilka metrów za X ładnie przeszłam do niższego chodu, który spokojnie utrzymałam przez całą krótką ścianę.
- Jest świetnie, jeszcze tylko trochę - wyszeptałam prawie bezgłośnie do Imbryka, mimo wszystko zdawała się usłyszeć. Te słowa były jednak czystą prawdą - Holenderka jechała w pełnym skoncentrowaniu, a mimo to z większym luzem i w rytmie. Tymczasem jednak jednak zbliżałyśmy się do właściwie ostatniego punktu programu, żucia z ręki na kole. Tuż przed E zaczęłam anglezować na dobrą nogę, a kiedy zaczęłam już wyjeżdżać okrąg, powoli oddałam wodze klaczy, która na początku zahamowała ruch, jednak po lekkim muśnięciu łydką zaczęła schodzić za ręką. Przejechała całe koło równo i bez utraty równowagi, co było swego rodzaju sukcesem. Przed zakończeniem figury ostrożnie nabrałam wodze, już nie mogąc się powstrzymać od lekkiego uśmiechu. Hola, hola, Czajnik może jeszcze zawsze uciec ci z pomocy i przeskoczyć czworobok, dając świadectwo swojej nieprzewidywalności! Naprawdę, mało brakowało, żebym się w tamtej chwili głośno roześmiała.
Skręciłam w A na linię środkową, a równo przy X wykonałam opanowaną paradę i ukłon. Usłyszałam głos spikera zapowiadający następny przejazd i ciche oklaski. Rozluźniłam wodze, po czym swobodnym stępem wyprowadziłam Expresso z czworoboku, nie szczędząc pochwał. To był naprawdę dobry przejazd, Kara zaprezentowała się wyjątkowo dobrze, co za tym idzie - ja też.
Po wyjściu z hali od razu napotkałam pana Rose.
- No, no, jestem z was dumny! - powiedział z uznaniem, klepiąc po boku Holenderkę.
- Ja z niej, no i z siebie samej też - przyznałam, zsuwając się na uklepany grunt. Mężczyzna od razu przekazał mi smakołyka, którego wyciągnęłam przed pysk podopiecznej. Później chwyciłam wcześniej przygotowaną derkę i nałożyłam na zad klaczy.
- Naprawdę, dobrze się spisałaś. Co, nie wierzysz mi? - zapytałam, łaskocząc miękkie, czarne chrapy.

Wyniki Ujeżdżenia w Puli

Drodzy uczniowie!
20 lutego odbyły się Regionalne Zawody w Ujeżdżeniu w Puli na poziomie klasy P, z Akademii wystartowała w nich Naomi Sullivan na klaczy Expresso, zajmując fenomenalne pierwsze miejsce, zdobywając dla siebie równocześnie 45 punktów do rankingu! Gratulujemy i życzymy dalszych sukcesów.
Z dumą
Elizabeth i James Rose

wtorek, 20 lutego 2018

Od Riley C.D Esmeraldy

Oporządziwszy jednego z miejscowych koni, w miarę szybko i bezproblemowo osiodłałam wierzchowca. Monte (bo tak miał na imię) stał spokojnie, zerkając na mnie kątem oka, gdy zapinałam siodło. Zwierzę było niewiarygodnie spokojne, przynajmniej w porównaniu z szaloną Meli (ta, przy niej każdy koń to aniołek).
- Już jesteśmy! - uśmiechnęłam się do stojącej przed wejściem do stajni dziewczyny.
- Super. Wobec tego w drogę! - rozpromieniła się przyjaciółka, odgarniając z twarzy kolorowe kosmyki włosów, a następnie lekko szturchnęła siwka łydką, dając mu do zrozumienia, że może ruszać. Właściwie nie znałyśmy dobrze tutejszych terenów, aczkolwiek nie przeszkadzało nam to wcale, bo przecież cóż jest przyjemniejsze, niż wycieczka krajoznawcza w miłym towarzystwie? Trochę żałowałam, że nie mogłam zabrać tutaj ze sobą Melindy, która zapewne, gdyby nie była tak bardzo zmęczona po zawodach, hasałaby teraz beztrosko w śniegu. Jakiś czas później, stwierdziłyśmy, iż chce nam się pić, a że nie chciałyśmy tak szybko wracać do Porec, zatrzymałyśmy się na chwilę przy mijanym sklepiku. Przy okazji pozachwycałyśmy się jakimś burym kotem, który najwyraźniej miał nas w tyłku; ale i tak stwierdziłyśmy, że jest wyjątkowo uroczy.
***
- Szkoda, że wyniki ogłaszają dopiero jutro... - westchnęła przyjaciółka, sięgając po słone paluszki - Mam już dość tego czekania.
- Nie ty jedyna. - zerknęłam na smętnie przemieszczającą się po tarczy zegara wskazówkę.
Dochodziła pierwsza w nocy. Cała nasza czwórka rozsiadła się wygodnie na kanapie w pokoju Esmy i Gale'a i przykryci ciepłym kocem, włączyliśmy telewizję. O tej porze niestety mogliśmy trafić tylko na jakiś tandetny horror. Zapewne miał być straszakiem, ale mnie i Esmę doprowadził do śmiechu, a nawet łez, a już w szczególności sceny rzekomego „zaskoczenia”, mające na celu wywołać u widzów dreszczyk emocji, które jak widać, twórcom filmu skutecznie udało się zepsuć, ale ja tam nie narzekałam po zakończeniu seansu, bo, prawdę mówiąc, już dawno się tak nie uśmiałam. Przez większą część filmu, obstawiałyśmy z Esmeraldą, która postać głośniej się wydrze i kogo akurat ukatrupią. Gale'a i Bellamy'ego raczej nie bawiło to, co się działo na ekranie, ale dostali paczkę chipsów i siedzieli cicho. Za każdym razem, kiedy jedna z nas wybuchała głośnym śmiechem, przy okazji nakręcając w ten sposób drugą; któryś z chłopaków zaczynał nas uciszać, choć przynosiło to tylko chwilowy skutek. W sumie to mieli rację. Szczerze wątpię, by ktoś z akademii chciał wysłuchiwać naszych wrzasków w środku nocy. Mimo to było nam bardzo wesoło.
***
Choć położyliśmy się dość późno i tak obudziłam się po dziewiątej. Zaspana przetarłam oczy i zerknęłam na leżącego obok Bellamy'ego, który jeszcze spał owinięty kołdrą. Aż żal byłoby go budzić. Biedak się dzisiaj nie wyspał i była to tylko i wyłącznie moja wina, gdyż zażyczyłam sobie, aby został ze mną dłużej u Esmy i Gale'a. Powoli wyciągnęłam rękę i zaczęłam głaskać go po głowie, przeczesując od czasu do czasu jego czarne, gęste włosy. Chyba nawet tego nie poczuł, bo ani drgnął. Choć nadal ciążyły mi powieki, nie chciałam już dłużej spać. Szkoda dnia. Cmoknęłam chłopaka w policzek i powoli zwlokłam się z łóżka, po czym wolnym krokiem powędrowałam do kuchni, żeby wstawić wodę na herbatę, lub ewentualnie w moim przypadku kawę. Ta, jedyne co może mi dziś dać jakikolwiek strzał energii po nocnym „filmowym maratonie". Swoją drogą, ciekawe co się teraz dzieje u Naomi, Ady i Adeline, bo to im wcisnęłam Nilaya na czas zawodów. Jak znam życie, już zdążył coś nabroić i pewnie mają z nim niezły ubaw. Usiadłam przy stole z kubkiem gorącej kawy w dłoni i oparłszy twarz na nadgarstku, wpatrywałam się w widoki za oszronioną szybą. Kiedy dopiłam napój, zajęłam się przygotowaniem śniadania, ale zajęło mi to stosunkowo niewiele czasu. Chłopak nadal spał, więc poszłam wziąć szybki prysznic, a następnie oznajmiłam Bellamy'emu, że wychodzę, sprawdzić jak się czuje Meli. Ciemnowłosy wymruczał coś niewyraźnie pod nosem, przez co zrozumiałam, że przyjął to do wiadomości. W stajni zastałam oczywiście Esmeraldę, która właśnie kończyła czyszczenie Jaskółki. Kasztanka z zadowoleniem skubała szalik właścicielki.
- Cześć - przywitałam się, otwierając sąsiedni boks, gdzie czekała już zniecierpliwiona Meli.
- Hej, jak poranek mija? - przyjaciółka rozpromieniła się, po czym dodała - Podobno mamy się stawić o dwunastej, jeśli chcemy poznać wyniki.

Esmuś? ^^ Sorki, że takie krótkie

poniedziałek, 19 lutego 2018

Wyniki Konkursu Skoków przez Przeszkody w Umag, klasa P!

Dzień dobry, drodzy uczniowie!
Szesnastego lutego miały miejsce Regionalne Zawody w Skokach przez Przeszkody w Umag na poziomie klasy P. Brało w nich udział trzech naszych reprezentantów - Bellamy Blake na koniu Lemon, Brenda O'Del na Paris i William Muller na Whisperze. Wszyscy przejechali parkur czysto, zdecydował więc czas. Bellamy i Will zajęli ex aequo drugie miejsce i zdobyli po trzydzieści pięć punktów, Brenda natomiast wyprzedziła ich o niecałe 2 sekundy, wskakując na pierwsze oraz dodając sobie równe czterdzieści pięć.
Zawodnikom jeszcze raz gratulujemy i życzymy powodzenia w kolejnych startach!

Elizabeth i James Rose

Od Brendy - Regionalne Zawody w Skokach przez Przeszkody w Umag (P)

Spokojnie spałam sobie owinięta kołdrą niczym gąsienica, kiedy nagle coś pacnęło mnie w nos. Skrzywiłam się i odgoniłam to ręką. Zaraz jednak ten sam stwór zaczął po mnie chodzić i miauczeć mi nad uchem, tak więc nie mogłam już dłużej leżeć spokojnie w łóżku. Niechętnie wstałam i rozejrzałam się, jednocześnie zastanawiając się w jakiej czasoprzestrzeni się teraz znajduję. Gdy wreszcie dotarło do mnie, że siedzę we własnym pokoju, za oknem ciemno jak nie powiem gdzie i
pi**** śniegiem, a godzina jest o wiele za wczesna - czyli 07:13, spojrzałam na szarą kulkę imieniem Happy i spytałam:
- Ty, co z tobą nie tak? W pieska się zamieniłeś? Wyprowadzić cię na spacerek mam? Weź daj człowiekowi spać.
Po tych słowach na powrót zakopałam się w pościeli i spróbowałam zasnąć. Niestety po paru minutach nieudolnych prób stwierdziłam, że to bezskuteczne i zdecydowałam się wstać. Byłam tak zaspana, że spadłam z łóżka uderzając ręką w stolik nocny.
- Auu - jęknęłam.
Trudno się jednak dziwić - spałam tylko sześć godzin ( i nie wiem jak dla was, ale dla mnie to mało). "Trzeba było nie siedzieć do późna wżerając chipsy i czytając The Walking Dead!"
"Jezus Maria!"
"Tym bardziej, że dzisiaj są zawody!"
Tak narzekając w myślach i potykając się po drodze dotarłam do łazienki. Spojrzałam w lustro i aż się skrzywiłam. Sama wyglądałam jak żywy trup! Wzięłam poranny prysznic i zabrałam się za makijaż. Następnie ułożyłam trochę włosy, żeby nie wyglądały jak gniazdo bocianów i ubrałam się w strój do jazdy. Ani się obejrzałam...już byłam spóźniona.
- No nie! Jak to się stało?! - spytałam samą siebie.
Duszkiem wypiłam ogromny kubek - czy wręcz powinnam powiedzieć kubeł - czarnej kawy i spojrzałam po lekko zdziwionych twarzach sąsiadów ze stolika - Bellamy'ego, Marka, Gale'a oraz Esmy i Riley - do których przed chwilą dosiadłam się do nich bez pytania.
- A nie chcesz może czegoś...na przykład zjeść? - zaproponował ten pierwszy.
- No zaraz, najpierw się muszę obudzić, co nie? - odstawiłam kubek i sięgnęłam po chleb. Kot siedzący na moich kolanach powiercił się chwilę, a potem znów zasnął. - Dzisiaj wielki dzień, muszę mieć energię! - spojrzałam na niego znacząco, ale widząc, że nie załapał dodałam - No na zawody jadę.
Kiedy robiłam sobie drugą kanapkę, a dziewczyny dyskutowały o jakimś niezwykle ciekawym zdarzeniu z poprzedniego dnia, o którym ja nie miałam pojęcia i nie za bardzo mnie obchodziło, do naszego stolika podeszła jeszcze jedna osoba. Jakiś niski chłopak, którego wcześniej widziałam tylko kilka razy, ale nie miałam jeszcze okazji poznać. Spytał, czy może się przysiąść, a po uzyskaniu pozytywnej odpowiedzi wcisnął się obok mnie. Przedstawił się jako Dimitrij, a gdy tylko zauważył mojego kota, spytał czy może pogłaskać i wywiązała się z tego krótka wymiana zdań o kotach i innych zwierzętach domowych. Zabawny z niego człowiek.
- Ej, ktoś z was jedzie też dzisiaj na zawody? - spytałam po chwili ciszy przerywanej jedynie odgłosami przeżuwanych kanapek i mieszanej herbaty.
Większość z nich pokręciła przecząco głowami, ktoś rzucił pytanie "co? jakie zawody?", a Esma pochwaliła się, że już startowała.
- No cóż, w takim razie jadę sama - odparłam trochę przygnębiona i wzruszyłam ramionami. Pomyślałam, że raźniej by mi było jechać z kimś z akademii.
- Dasz radę - Riley uśmiechnęła się do mnie unosząc kciuki w górę.
- Dzięki...ale i tak żałuję, że nie zrobili nic z kategorii westernu - zmieniłam nagle temat.
Tym zdaniem rozpoczęłam rozmowę o westernie, która później zeszła na temat innych dyscyplin, a wreszcie na temat mojego spóźnienia.
- Dobra ja lecę do konia bo już prawie dziewiąta! - krzyknęłam przerażona, wcisnęłam Happy'ego Dimitrijowi i wstałam od stołu, odpowiadając w biegu krótkim "dzięki" na rzucone z mną "powodzenia" od paru osób.
W stajni spędziłam dobre dwie godziny przygotowując Paris do zawodów. Zacznijmy od tego, że musiałam ją złapać i sprowadzić z padoku, a następnie zeskrobać z niej całe błoto. W kopytach miała trochę drobnych kamyczków, które trzeba było wydłubać; grzywa i ogon też nie były w najlepszym stanie,a le po porządnym ich rozczesaniu postanowiłam zapleść jej warkocze. Cofnęłam się parę kroków i z dumą spojrzałam na klacz. Była czysta i wyglądała bardzo profesjonalnie. Nie to co ja - cała w jej sierści i błocie.
Jak się okazało, zawieźć miała mnie Elizabeth Rose, która również przez ostatni tydzień przygotowywała mnie do tych zawodów, więc o transport nie musiałam się martwić. Kiedy już przebrałam się w galowy strój, wspólnie zapakowałyśmy klacz do przyczepy, załadowałyśmy także cały sprzęt i skrzynkę z najpotrzebniejszymi rzeczami i wraz z zatrzaśnięciem drzwi odjechałyśmy.
- Bardzo dziękuję, że mnie pani zawozi - powiedziałam już po raz drugi. - Sama nie mam samochodu, więc nie wiem jakbym sobie bez pani poradziła.
- Nie ma za co - uśmiechnęła się promiennie. Zaraz jednak zmieniła wyraz twarzy oraz temat na zupełnie poważny - ale pamiętaj co ci mówiłam...
Tak rozpoczęła się długa rozmowa o zasadach zawodów i sprytnych taktykach. Czułam się jakbym znowu była w liceum na lekcji WOS-u.
Naszą podróż zakończyłyśmy w Umag na chorwackim wybrzeżu. Wysiadłam z samochodu na prywatnym parkingu. Miasto było piękne, a stadnina, w której odbywały się zawody ogromna i tętniąca życiem. Ogarnęłam wzrokiem rozciągające się aż po horyzont pastwiska usiane końmi, nie używane o tej porze roku ujeżdżalnie, hale, z których dobiegały odbijające się echem krzyki instruktorów i tabuny ludzi ciągle się gdzieś spieszących, rozmawiających lub prowadzących konie.
- Wow - powiedziałam tylko z szeroko otwartymi oczami.
- Trochę się tu dzieje, prawda? - pani Rose pokiwała z uznaniem głową.
- Trochę ? - spytałam ironicznie.
Elizabeth zarządziła, żeby poszła już się przygotowywać, a ona pójdzie mnie zameldować. Najpierw sprawdziłam jak wygląda parkur. Nie wydawał mi się być jakoś powalająco trudny. Dziewięć przeszkód, z czego dwa szeregi. Powtarzając w pamięci kolejność przeszkód wróciłam do przyczepy. Po wyprowadzeniu wiercącej się Paris znalazłam jedno z niewielu wolnych miejsc przy koniowiązie. Po lewej stał samotnie jakiś wysoki srokaty koń, czekający na swojego właściciela, a po prawej chłopak wyglądający na młodszego ode mnie siodłał swego gniadosza. Uspokoiłam Paris, która nie wiedząc gdzie jest i co się dzieje denerwowała się nieco przestępując z nogi na nogę. Obok przeszła jakaś starsza pani ogłaszając, że za piętnaście minut chce widzieć kolejną grupę na małej hali.
- A czy ja jestem w tej grupie? - spytałam tego chłopaka stojącego obok mnie.
- Nie wiem, sprawdź na liście. - Wskazał jakąś kartkę przypiętą do stajennych drzwi.
Podeszłam i poszukałam swojego nazwiska. Zawodników było tak wielu, że zostali podzieleni na grupy. I tak, ja byłam w tej na 12:25! W pośpiechu sprawdziłam czy Paris nigdzie się nie pobrudziła, doczyściłam jej kopyta i zaczęłam siodłać.
- Spokojnie, właśnie usłyszałam, że podobno jest lekkie opóźnienie - usłyszałam po lewej.
Obróciłam się i zobaczyłam właścicielkę srokatego wierzchowca. Była to szczupła dziewczyna mniej więcej w moim wieku, o ciemnej karnacji i kręconych włosach. Uśmiechała się do mnie, a jej ciemne oczy zdawały się błyszczeć.
- Słyszałaś co powiedziałam? - spytała niepewnie i uśmiechnęła się słodko.
W tym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że po prostu się na nią gapię.
- Eee...ta jasne, że słyszałam! - udawałam, że przez cały czas ją słuchałam.
- To co powiedziałam?
- Że...mam być...właśnie...opóźniona, bo usłyszałaś, że jest lekko i spokojnie - wypaliłam nie wiele myśląc.
Dziewczyna parsknęła śmiechem, po czym spojrzała na mnie jak na idiotkę.
- Ty tak na serio? - gdy nie usłyszała odpowiedzi, powtórzyła, to co wcześniej powiedziała.
- Okej...jestem baaardzo spokojna - uniosłam kciuki w górę i zabrałam się do siodłania, co chwila zerkając zza konia na nieznajomą.
Po jakimś czasie - to faktycznie nie było 15 minut - nazwiska zostały wyczytane i ruszyłam wraz z grupą na halę, żeby trochę się rozgrzać. Kątem oka obserwowałam poprzednią turę, która w tym czasie jechała już na główną halę, na której odbywały się zawody.
Wsiadłam na klacz i zaczęłam stępować dopasowując sobie strzemiona. Ta sama starsza pani, która wcześniej chodziła po stadninie i kazała nam się zbierać, siedziała teraz na stołku pod ścianą i ogarniała naszą grupę w razie gdyby ktoś miał spadać z konia. Najpierw skoczyliśmy parę bardzo niskich przeszkód, potem kilka wyższych, takich jak miały być na parkurze. Na koniec krążyliśmy już tylko stępem, czekając aż poprzednia grupa zwolni nam miejsce. W mojej grupie było 6 osób. Ja byłam czwarta. Dziewczyna o imieniu Ally - ta, która ze srokatym koniem stała obok mnie przy koniowiązie - miała jechać tuż przede mną. Przed wyjazdem życzyłam jej powodzenia, a on ami. Chwilę później wyczytano moje nazwisko i zostałam zaprowadzona do innej - znacznie większej hali. Trybuny były w całości zapełnione widownią, w napięciu obserwującą właśnie zaczynający się przejazd Ally. Kiedy zobaczyłam publiczność, nagle zapomniałam jak się oddycha. Zaczęłam nerwowo szukać wzrokiem pani Rose, jak dziecko swojej mamy. Nigdzie jej jednak nie mogłam dostrzec. Wcześniej w ogóle się nie przejmowałam startem w zawodach. Oczywiście, wygrana była kusząca, ale uważałam, że korona mi z głowy nie spadnie jeśli nie stanę na podium. Poza tym nie miałam pojęcia co mogłoby pójść nie tak. Teraz jakoś nagle zaczęłam mieć wątpliwości. W tym momencie dotarło do mnie, że przecież...WSZYSTKO może pójść nie tak! Policzyłam w myślach od jeden do dziesięciu i od tyłu. Skupiłam się na przejeździe Ally. Jej koń galopował wielkimi susami, a na każdym zakręcie miałam wrażenie, że zaplącze się w swoje patykowate nogi. Przeszkody jednak pokonywał z gracją, a nawet z zapasem. Dopiero przed siódmą przeszkodą, która była częścią szeregu, wyłamał i ku przerażeniu widowni ledwo przecisnął się między dwoma przeszkodami, a dziewczyna o mały włos nie zaczepiła nogą o stojak. Na szczęście szybko opanowała rozpędzonego konia i wykonawszy ryzykownie ostry zakręt najechała ponownie, tym razem z powodzeniem. Rozległy się krótkie brawa, a ja wypuściłam powietrze z płuc. Zakończyła przejazd bez żadnych innych błędów, więc gdy zjeżdżała z parkuru pochwaliłam ją słowami "byłaś świetna" i szczerym uśmiechem.
- Brenda O'Del na klaczy Paris! - usłyszałam z głośników i pogoniłam konia trochę zbyt energicznie przez co wjechałam żwawym kłusem.
Zaraz po dzwonku ruszyłam galopem. Byłam dokładnie po drugiej stronie niż pierwsza przeszkoda, więc miałam przed sobą jeszcze prawie całe okrążenie. Specjalnie się tak ustawiłam, żeby móc spokojnie opanować konia i przygotować się do pierwszego skoku. Bardzo mi się to przydało! Paris wystrzeliła jak z procy i pognała jakby w ogóle nie dotykając ziemi. Usiadłam w siodło i starałam się uspokoić zarówno konia jak i siebie. Najechałam na pierwsza przeszkodę, którą był niezbyt wysoki okser. Paris wybiła się tak mocno, że aż mną szarpnęło, ale udało mi się elegancko utrzymać równowagę i wyhamować nieco klacz przed dość ostrym zakrętem w lewo. Gdy tylko wyjechałam na prostą od razu musiałam się przygotować do skoku przez trochę wyższą stacjonatę. Następnie miałam do przejechania duży łuk, więc mogłam znowu spokojnie usiąść w siodło i zwolnić trochę tempo galopu. Po wejściu na prostą miałam przed sobą szereg składający się z dwóch kopert. Pierwszą z nich klacz przeskoczyła idealnie, natomiast po drugiej znów się rozpędziła widząc przed sobą duży dystans dzielący nas od oksera. Próbowałam trochę zwolnić, ale było już za późno i postanowiłam po prostu mocno się trzymać. Jak się okazało nawet to nie pomogło, gdyż przy lądowaniu wyleciałam na przedni łęk a prawa noga wypadła mi ze strzemienia. Na chwilę spanikowałam, nie wiedząc co robić, gdzie teraz skręcić i jak zwolnić tempo, jednocześnie nie lądując zębami w piachu. Na szczęście byłam przechylona w prawo więc zanim dążyłam poprawić pozycję klacz i tak sama skręciła w dobrym kierunku. Teraz gdy już siedziałam jak przystało na skoczka, naprowadziłam ją na drugi szereg - stacjonatę i okser. To tutaj koń Ally wyłamał. Wiedząc, że jest to trudny fragment, usiadłam pewniej w siodle i nakierowałam głowę konia lekko w prawo, żeby przypadkiem nie przyszła jej do głowy ucieczka. Przeleciałam nad stacjonatą i - sama nie wiem dlaczego - na chwilę spuściłam wzrok. To był błąd! Pani Rose powtarzała, że jadąc na koniu zawsze trzeba patrzeć przed siebie! Miała rację. Przez tę chwilę nieuwagi nie zauważyłam jak Paris zjechała na lewo i z przerażeniem zorientowałam się, że zaraz stanie się to samo co z poprzednim zawodnikiem. Zdecydowanie - nawet trochę za bardzo - przełożyłam ciężar na prawą nogę i tym sposobem w ostatniej chwili uratowałam skok. Co prawda nie można było tego w żadnym wypadku nazwać skokiem przez ŚRODEK przeszkody, ale przynajmniej nad nią, a nie obok! Teraz zostały już tylko dwie przeszkody. Zakręciłam ostro w lewo i na końcu długiej ściany skoczyłam wysoką stacjonatę - chyba była to najwyższa przeszkoda na tym torze. Znów skręciłam w lewo i znów nieco zbyt szybkim galopem popędziłam na ostatnią kopertę. Tym razem jednak, prawdopodobnie po wpływem szczęścia, pozwoliłam klaczy się trochę rozpędzić. Ostatnią przeszkodę pokonałam z zapasem, a po skoku wykonałam jeszcze jedno kółko by powoli zatrzymać konia i dojechać do bramki. Na mojej twarzy zagościł uśmiech zwycięstwa gdy tak galopowałam wśród braw i wiwatów publiczności zachwyconej moim pełnym napięcia, ale zakończonym sukcesem przejazdem. Ludzie wzruszeni wstawali z miejsc, fani rzucali mi róże pod kopyta... nie no dobra. Tak się tylko czułam. W rzeczywistości po prostu zatrzymałam konia na ostatniej prostej, a dookoła rozległy się uprzejme brawa.
Wyjechałam stępem i wróciłam na rozprężalnie. Tam też zostałam do czasu aż ogłoszą wyniki. Wiedziałam, że nie pojechałam idealnie, ale całe napięcie już ze mnie wyparowało i znowu niczym się nie przejmowałam. Nie obchodziło mnie jakie dostanę miejsce, ważne było dla mnie to, że zdecydowałam się wziąć udział, pokonałam wszystkie przeszkody i...ani razu nie spadłam!

Od Williama C.D Riley - Regionalne Zawody w Skokach przez Przeszkody w Umag (P)

Odstawiłem nogę Sabiny na ziemię - było pewne, kuleje.
-Dobra, masz przerwę w jazdach.- pogładziłem szyję Holenderki, która jedynie cicho zarżała.
Nim zdążyłem się obejrzeć, za mną pojawił się instruktor, ulubiony Pan James z chytrym uśmiechem na twarzy i dłońmi zaciśniętymi w kwadrat. Czując, że coś się szykuje, zamknąłem boks, po czym wysiliłem się na piękny uśmiech, zwiastujący wybuch płaczu. Mężczyzna jedynie poprosił mnie do gabinetu, na co przewróciłem oczami, spodziewając się już opieprzu o za głośne słuchanie muzyki, tym razem to nie byłem ja, przyrzekam na najświętsze banany. Na jakże niewygodnym taborecie w pokoju dyrektora, nerwowo przełykałem ślinę, którą w nadmiernych ilościach produkowały ślinianki.
-A więc Williamie...podobno nie bierzesz udziału w zawodach...- dyrektor był obrócony do mnie tyłem, widziałem tylko jego czubek głowy zza oparcia czarnego obrotowego fotela.
-Zgadza się.- odparłem zdecydowanie, podejrzewając już temat ciągniętej przez następne parę godzin rozmowy.
-Jednak na treningach radzisz sobie bardzo dobrze, a Sabina świetnie skacze...- James nie rezygnował, tym razem twarzą do mnie, lekko się uśmiechnął, co w ostatnim czasie było zjawiskiem dość niespotykanym.- Poza tym jej nietypowe umaszczenie wzbudziłoby podziw...- mężczyzna wstał z fotela na kółkach, sięgając po kubek z kawą.
-Kuleje, nie da rady jechać. Może pan nie przedłużać?- zapytałem błagalnie, spoglądając na siorbiącego człowieka w garniturze.
-Dobrze, chcę, byś jechał klasę P, na Whispherze, poradzicie sobie, zresztą narzucacie zawsze świetny czas grupie.- I tu umarłem, gdyż byłyby to pierwsze poważne zawody, zwiastujące pierwszą poważną porażkę.
-Mogę się zastanowić.- niepewnie powiedziałem, opierając łokcie na kolanach, a dłońmi podpierając głowę.
-Świetnie, jutro staw się o 8 na trening prywatny, zniżę ci nawet cenę.- Właściciel usiadł na fotelu, wyganiając mnie z pokoju.- Tylko nie słuchaj tak głośno muzyki!- rzucił na koniec, zamykając drzwi.
***
Przecierając zmęczony oczy - gdyż w nocy do około trzeciej godziny oglądałem horrory, których obecnie szczerze nienawidzę, godzina 6 była zdecydowanie za wczesną dla mojego leniwego organizmu, a Oriane mówiła „Idź spać, bo nie wstaniesz."- szybko podniosłem się z łóżka, ubierając ocieplane bryczesy, ze względu na minusową temperaturę, którą odczytałem na termometrze, po czym z szafy wyciągnąłem czarny golf. Przed wyjściem umyłem jeszcze zęby i zagarnąłem kurtkę i portfel. Przez korytarz przemknąłem szybko, nie witając się z prawie żadną osobą, choć prawie żadnej nie znałem, gdyż no...dużo osób ostatnio przyjechało do Akademii. Nim doszedłem do boksu mojego konia, spotkałem Riley, która czyściła karą Melinde. Wymieniliśmy parę zdań, po czym spoglądając na śpieszący zegarek, zdjąłem z pręta ciemnobrązowe siodło Whisa, biały pad, kremową podkładkę i żel, a robiąc drugą rundkę, złapałem skrzynkę ze szczotkami i wędzidło. Z boksu wyprowadziłem Wiatraka, następnie przypinając go po obu stronach korytarza dwoma uwiązami. Kopystkowanie zacząłem od lewej przedniej nogi, kończąc na prawej przedniej, później znów spoglądając na ekran telefonu, na którym wyświetliła się zgubna godzina, siódma czterdzieści pięć. Wrzucając do skrzynki szczotki, którymi już operowałem, zająłem się szybkim ubraniem go w przygotowany osprzęt. Whisphers gotowy był minutę przed ósmą, więc byłem geniuszem czasowym. Sam wsiadłem na niego przy instruktorze równo o ósmej, jeszcze podciągając popręg, porozciągaliśmy się na drągach, jeżdżąc je najpierw kłusem w półsiadzie, a później galopem.
Wałach sprawował się bardzo dobrze, jego galop był energiczny i zaangażował też zad, co dobrze wróżyło - dobrze rozciągnięty i chętny do współpracy koń zrobi więcej niż uparty osiołek, którym jest na przykład Sabina. Na początek skoczyliśmy szeregi podwójne, później w kłusie jakieś niższe. Kiedy za nami była już połowa zaplanowanych przeszkód, pan Rose rozkazał mi zsiąść z konia.
-Za bardzo przyśpieszasz przed przeszkodami.- powiedział surowo, obchodząc mnie i Wiatraka wokoło.
-To nie ja. To on.- wskazałem na gniadego, który w tym czasie skubał swoją nogę.
-Ale to ty na nim jeździsz, nie wyrobicie się przed przeszkodami, jak tak dalej pójdzie.- mężczyzna znów warknął, wyrywając mi wodze z dłoni.- Pokażę Ci, jak to powinno wyglądać.
Ku mojemu zdziwieniu James wsiadł na zdziwionego nagłą zmianą jeźdźca wałacha. Odsunąłem się z podłym uśmiechem na bok, widząc, jak Whisphers przyśpiesza przed stacjonatą i wybija się w dobrym momencie, przynajmniej dla mnie.
Poranek i przygotowania do jutrzejszych zawodów zagarnęły Akademią. Każdy plątał się pod nogami, a tylko my z siostrą siedzieliśmy przed programem skokowym i analizowaliśmy wszystko na prawdziwej ujeżdżalni.
-Dobra, tu możesz jeszcze trochę przyśpieszyć galop. I to właściwie koniec, nie daj mu za bardzo szarżować, bo polegniecie na drugiej przeszkodzie. - dziewczyna podbiegła do mnie, rzucając mapką.
-A ty nie jedziesz?
-Nie ma sensu męczyć Draculi niższymi klasami, ale myślę nad jazdą w Rijece, Pani Rose na mnie liczy.- Esma szybko odbiła, idąc w swoją stronę.- Idę, widzimy się jutro.
Wiatrak musiał wyglądać dobrze, bardzo dobrze. Szybko udało mi się go wprowadzić do pustej myjki, gdzie namydliłem gniadosza i spłukałem również szybko, by się nie przeziębił, choć w stajni było dość ciepło i nic nie sprzyjało kolejnej chorobie.
***
Dzień zawodów, ah....wczesna pobudka, by dojechać do Umag na odpowiednią godzinę. Oriane postanowiła jechać z nami, co było bardzo miłe. Okazało się, że Riley też jedzie, tyle że nie będzie startować w zawodach, a jedynie dopingować swojego chłopaka. Gdy zjadłem już śniadanie, które ograniczyło się do sałatki z nieznanymi mi składnikami, poszedłem po Whisa, by następnie wprowadzić go do przyczepy, którą z Esmą wozimy nasze konie. Z siodlarni musiałem jeszcze wziąć pakę, w której był niezbędny na zawody sprzęt. Gdy owa rzecz znalazła się w przyczepie, wsiadłem do auta, gdzie z tyłu siedziała Esma z Oriane, gadające w tej chwili w najlepsze. Zasiadłem na miejscu obok kierowcy, którym w tej chwili był James.
-Drodzy moi, kto bierze jeszcze udział w jakichś zawodach, skokowych najlepiej?- Pan James Rose zapytał, poprawiając nogę na gazie.
-Ja biorę w P w Rijece i jeszcze w N.- moja siostra dumnie uniosła czoło, przerzucając włosy z ramienia do tyłu.
-Szczerze, to nie wiem.- Oriane zaśmiała się, spoglądając na mnie, na co odchyliłem się do tyłu, w celu pocałowania brunetki.
-Zapnij pasy Müller.- kierowca chwycił mnie za rękę, wciskając w siedzenie.
Samochód wybuchnął śmiechem, w wesołej rozmowie zapominając o tych cholernych zawodach, którymi mocno się stresowałem, tak na marginesie. Dojazd na miejsce zawodów zajął nam mniej więcej czterdzieści minut, o ile GPS się nie pomylił, co było całkiem prawdopodobne, gdyż najpierw wyświetlił trasę do całkiem innej miejscowości. Już na miejscu udało mi się szybko wyczyścić konia, gdyż w Porec był już czyszczony, po czym wyoliwkowałem go, by trochu, choć błyszczał i odciągał uwagę ode mnie - wysokiego bruneta, z poszarpanymi przez wiatr włosami. Ubrany w czarny frak, kremowe bryczesy, czarny toczek i czarne wypastowane oficerki, udałem się do stajni, by przyszykować Wiatraka, który niespokojnie kręcił się po boksie.
-Witaj Williamie.- Riley stanęła przy boksie, oglądając, jak to zgrabnie zakładam na gniadosza ogłowie.
-Witaj Riley, jeśli zechciałabyś mi pomóc z koreczkami, to byłbym rad, moja droga.- zaśmiałem się, wskazując na niedokończoną fryzurę. Właściwie ze wszystkimi się uwinąłem, ale do końca zostały jeszcze dwa, a sam najpewniej nie zdążyłbym do końca.
Dziewczyna sprawnie spięła pozostałe dwa kosmyki włosów w małe, zgrabne koreczki, które później obwinęła wstążką. Kilkanaście minut później, Esma wzięła Whisphera na rozprężalnie, twierdząc, że chce zobaczyć, w jakim jest stanie. Gdy zobaczyłem, jak nieznana mi kobieta macha numerkiem 2, zrozumiałem, że w całym tym zamieszaniu, zapomniałem odebrać numeru startowego. Czym prędzej pobiegłem do stoiska, gdzie starsza brunetka z kwaśną miną nalepiła mi na kurtkę czerwoną dwójkę, tak, miałem wystartować jako drugi, co jednak trochę mnie przeraziło. Pierwszy zawodnik dość mocno wstrzymywał konia, przez co przekroczyli czas i zrzucili jakiś drążek.
-Dajesz brat, wierzę w ciebie.- Esma poklepała Gniadego po łopatce, po czym rzuciła słodki uśmiech w moją stronę.
Pokiwałem głową, po czym w wyczekiwaniu popatrzyłem na mężczyznę przy mikrofonie.
-Teraz William Schrase na Whispherze!
Wałachowi dałem znak łydką, po czym, gdy koń ruszył kłusem, znów powtórzyłem, na co Gniadosz wystrzelił z zadu i zagalopował ładnie, po czym za wodzą ruszył na pierwszą przeszkodę, która była jednocześnie końcem. Stacjonata nie wyglądała strasznie, była całkiem niegroźna, więc puszczając wałachowi wodzę, zrobiłem półsiad, w momencie, gdy koń wybił się tylnymi kopytami, by po chwili przelecieć dobrze nad przeszkodą. Po nie powiem, że wygodnym wylądowaniu, dodałem lekko łydą na krótkiej prostej, by obudzić trochę galop, po czym spoglądając na następną przeszkodę, skręciłem konia. Whisphers przed przeszkodą mocno przyśpieszył, czego nie zdążyłem ogarnąć i wybił się zdecydowanie za szybko, co mogło się zakończyć zrzutką na drugiej przeszkodzie. Dzięki wyjątkowemu talentowi wrodzonemu mojego wałacha bezpiecznie wylądowaliśmy po drugiej stronie przeszkody i czując, jak Wiatrak chętnie nabiera prędkości, nie hamowałem go, gdyż był tu dłuższy odcinek.
-Nie ciśnij Will!- myślałem, że Pan James nie byłby zdolny do krzyku, ale jednak był.
Ostro zakręciliśmy, by wyrobić na następnej przeszkodzie, a dokładniej dwóch. Whis wyskoczył z charakterystycznym dla niego przytupem, po czym z krótkim parsknięciem wylądował pośrodku obu przeszkód, by znów tupnąć kopytem i przeszybować nad double barrem. Lądowanie było twarde, tak samo, jak w przypadku następnego, w którym byłem pewien, że przez moje roztargnienie belka postanowiła zlecieć. Na zakręcie na całe szczęście wyrobiliśmy i udało mi się nawet rzucić okiem na poprzednią przeszkodę i przed okserem zrobiłem półsiad, co gniadosz potraktował jako namowę do skoku. Szóstą przeszkodą była stacjonata, którą sprawnie pokonaliśmy, jednak ze strachem, że ten skok wyglądał bardziej jak pokaz orangutanów. Teraz był dłuższy odcinek, więc docisnąłem łydką kilka razy, a Whis strzelił baranka i pogalopował szybciej na szereg. Kolejny ostry zakręt, swego rodzaju pułapka na niezogniskowanie jeźdźców i pierwsze wybicie i przelot nad całkiem wysokim okserem. Między przeszkodami było miejsce na jedną foule, więc tutaj znów gniadosz przytupnął i wyskoczył. Następną przeszkodą był kolejny double barre, który pokonaliśmy ładnie, zgrabnie i bez większych obaw. Czułem, że i tak galopowaliśmy bardzo szybko, więc czas, gdy wreszcie przeskoczyliśmy ostatnią przeszkodę, musiał być dobry.
***
-Riley, William, dziś wy wymieniacie koniom stajennym siano, już, migiem.- James wydał nam rozkaz, gdy zamknąłem boks mojej mieszanki na zasuwę.


Rileey? Opko super złe, przepraszam :<

Od Bellamy'ego - Regionalne Zawody w Skokach przez Przeszkody w Umag (P)

Budzik rozwył się tak głośno, że dosłownie byłem pewien, że za chwilę rozsadzi mi głowę. Wydałem z siebie cichy jęk, rozciągając się i rozkopując nogami całą pościel, jak to miałem w zwyczaju. Tyle że tym razem zapomniałem, że nie leżałem w łóżku sam... Riley, moje słoneczko, leżała właśnie na ziemi, piorunując mnie wzrokiem. Ledwo zdążyła ogarnąć, co się dzieje, a już spadła z hukiem z łóżka.
- Bell! - krzyknęła zabawnie zdenerwowana, trzepiąc mnie po głowie.
- Przepraszam, skarbie - spojrzałem figlarnie na brunetkę, mocno przytrzymując, gotowe pobić mnie nadgarstki. - Po prostu z rana nie kontaktuję.
Długowłosa skrzyżowała ramiona na piersiach, patrząc na mnie spode łba. Nie odzywała się przez cały czas, jak dopinałem walizki z ubraniami i pakowałem torbę ze strojem konkursowym, kaskiem i innymi pierdołami.
- Nie zapomnij ostróg - burknęła, podając mi dokładnie wyczyszczoną parę ze skórzanym rzemykiem. Te kosztowały w cholerę dużo, a właściwie były gorsze, niż najprostsze z pierwszego lepszego jeździeckiego sklepu.
- Dzięki - puściłem jej oczko i rzuciłem się na nią, zaczynając łaskotać.
- Przestań! Przestań! - Riley krzyczała tak głośno, że miałem wrażenie, że słyszy ją cały akademik.
- Tylko jak mi wybaczysz - przycisnąłem ją mocno do siebie, spoglądając na zasapaną dziewczynę, która ledwo nabierała oddechu.
- O... o... okej - brunetka uniosła ręce w akcie kapitulacji i jeszcze przez moment ledwo nabierała oddechu.
Sprawdziłem godzinę w telefonie. 6.30. Za jakieś dwie, trzy godziny powinniśmy wyjeżdżać. Od Porec do Umag dzieliło nas góra 48,5 kilometra - i to w wypadku, jeśli pojedziemy najdłuższą trasą E751.
- Sprawdzę, czy wstała Esma i Gale - oznajmiła moja księżniczka, naciągając na siebie szare legginsy i związując włosy w niedbały koczek. Trzasnęła drzwiami i tyle ją widziałem. Sam natomiast zająłem się znoszeniem walizek do auta i krótkim przeglądem owego środka komunikacji. W końcu moja podstarzała terenówa miała dziś pociągnąć przyczepę z koniem, a ostatnio zgasła w połowie drogi do miasta.
- Na moje oko wszystko powinno być okej... - warknąłem cicho, ze skupieniem obserwując liczniki.
- Stary... - Gale zaszedł mnie z tyłu i poklepał po ramieniu. - Wszystko będzie dobrze, zapewniam cię.
Chyba dobrze rozumiał, że to moja pierwsza klasa P i ogólnie pierwsze chorwackie zawody. Trochę się stresowałem, ale zapewniam - nie za bardzo.
- Nie dziękuję - uśmiechnąłem się do przyjaciela i podniosłem z siedzenia, zamykając z trzaskiem drzwi rovera. Na dzisiejszych zawodach to właśnie Riley, Esma i Gale mieli pomagać mi przy Lemon i dawać wskazówki, co do przejazdu.
W oddali już tuptały towarzyszki naszej wyprawy, a tym samym nasze... no, krótko mówiąc dziewczyny.
- Poczwórna randka! - zaśmiała się Esmeralda, zarzucając długimi włosami.
- Fajna atmosfera i ładne zapachy gwarantowane - dogryzła jej moja maleńka brunetka ze złośliwym uśmieszkiem.
Ruszyłem do stajni po hanowerkę, na której miałem startować i poklepałem ją po szyi. Klacz oddychała spokojnie, co jakiś czas parskając radośnie. Sprawnym ruchem założyłem jej kantar i uwiązałem do krat w boksie. Przyzwyczaiłem się już, że lubiła się wiercić przy zakładaniu derki.
Gdy było już po wszystkim skierowałem konia do przyczepy, którą Gale już zdążył zaholować. Lemon uniosła wysoko głowę i zaczęła nerwowo przystępować z nogi na nogę. Cały jej czar prysł, a moje pozytywne nastawienie rozmyło się gdzieś i zostało zadeptane przez jej czyściuteńkie kopytka.
- Prowadź ją na spokojnie - poleciła mi Esma, dorównując mi kroku. - I nie pozwól jej się nabuzować. Szarpnij w dół, niech się ogarnie.
Wykonałem jej polecenie, a koń troszkę zwolnił swój krok. Po chwili hanowerka stała rozluźniona w przyczepie, rozkoszując się świeżym sianem. Ja natomiast rozmasowywałem rozgrzane uwiązem dłonie i zająłem miejsce za kierownicą. Obok mnie siedział Gale, a zaraz za nami podekscytowane Riley i Esmeralda. Około 12 z minutami byliśmy już na miejscu. Ja szykowałem sprzęt, Esma i Gale ogarniali przyczepę, a moja ukochana czyściła dokładnie ciemnogniadą klacz.
- ZAPRASZAMY ZAWODNIKÓW DO ZAPOZNANIA SIĘ Z PARKUREM! - z głośników rozległ się głośny komunikat kobiety o całkiem sympatycznym głosie.
- Pójdę z tobą - zaoferowała Esmeralda. Mega doceniałem jej doświadczenie i wiedziałem, że może mi dać wiele cennych wskazówek.
Ze skupieniem oglądałem parkur i słuchałem przyjaciółki, która tłumaczyła mi gdzie, co powinienem zrobić. I w ten sposób wiedziałem, że w linii powinienem wydłużyć krok, a przed trzecią przeszkodą ostro go skrócić.
- Pamiętaj też, aby wypuścić Lemon mocno przed okserem - przypominała mi dziewczyna z poważnym wyrazem twarzy. - Żeby cię nie wyciągnęła, bo zrobi się nieciekawie...
- Obiecuję, że zapamiętam - uśmiechnąłem się szeroko z wdzięczności. - No, i jeszcze mam nie podbijać wodzą na prostych, bo się zdenerwuje i wysadzi mnie z siodła.
- Co ty byś beze mnie zrobił, Blake! - krzyknęła entuzjastycznie Esma, poklepując mnie po ramieniu.
- Ty no, ja nie wiem...
Szybkim krokiem wróciliśmy do naszego stanowiska, gdzie czekała na nas osiodłana hanowerka i dumni z siebie Gale oraz Riley. Nigdy nie widziałem tak zadowolonych uśmiechów. I musiałem ich pochwalić - koń wyglądał cudownie. Szkoda, że ja już trochę gorzej. Przeczesałem ręką burzę kręconych włosów i nałożyłem na siebie grafitowego, matowego uvex'a. Poprawiłem też oficerki i zapiąłem ostrogi.
- Bell... - Riley ujęła mnie za rękę i spojrzała z przejęciem w oczy. - Pamiętaj! Jedź ją raczej z batem i łydką. Mniej ostróg, bo w końcu wybuchnie.
- Wiem, wiem - przewróciłem oczami, gładząc ciemne włosy zestresowanej dziewczyny. Miałem wrażenie, że denerwuje się bardziej, niż ja.
- BELLAMY BLAKE! - z głośników, z których jeszcze przed chwilą kobieta wydała komunikat o zapoznaniu z torem, teraz wzywano mnie na parkur.
- Dajesz, stary! - Gale klepnął Lemon po łopatce, a klacz podskoczyła z energią.
Uśmiechnąłem się pod nosem i zaraz gdy usłyszałem dzwoneczek ruszyłem na pierwszą przeszkodę. Tak, jak mówiła moja "najlepsza trenerka", wydłużyłem klacz przed pierwszą stacjonatą i dałem mocny sygnał do skoku. Pamiętałem też o tym, by używać jak najmniej ostróg. Póki co zachowywaliśmy rytm, a hanowerka starała się zachowywać zapas. Nie martwiłem się więc, aż tak o punkty.
Przed drugą przeszkodą, jaką był rów z wodą starałem się także zachowywać spokój. Odbiło się to na Lemon, która ją płynnie pokonała i z energią gnała do kolejnej.
- Skróć! Skróć, Bell! - krzyczała rozentuzjazmowana Esmeralda, przypominając mi, co mam robić.
Wziąłem konia mocno na siebie i dopchałem dosiadem. Klacz nie protestowała i pomogła mi wręcz, angażując mocno zad. Niestety, oboje postaraliśmy się za bardzo, bo na ostatnim członie oksera usłyszałem puknięcie. Odjeżdżając od trójki, modliłem się, aby drąg zachował miejsce. I tak też się stało. Na razie, przejazd był znakomity i samej Lemon, widocznie sprawiał przyjemność.
Dopchałem klacz do linii, a pomiędzy dwoma stacjonatami mocno wypuściłem klacz. Protestowała, gdy chciałem wydłużyć krok z ustawieniem, więc dałem jej luźniejszą wodzę. Mogłem zepsuć cały przejazd, ale równie dobrze, mogło nam się udać i ugrać dobre miejsce. Hanowerka szybowała nad przeszkodą, chociaż wyskoczyła odrobinę za wcześnie. Skok całkiem się udał, ale lądowanie było twarde i niezbyt przyjemne. Gniadoszka jednak nie dawała za wygraną, pędząc przed siebie dalej. Na kilku ostatnich przeszkodach zrobiła się nieco twarda na pysku, ale udało mi się doprowadzić ją równym tempem do każdej z nich. Na ostatniej przeszkodzie - okserze, Lemon zaczęła protestować i podnosić głowę, więc podbiłem ją wodzą. I popełniłem błąd... Zapomniałem o uwadze Esmy, a klacz podkurzona zaatakowała kolorowe drągi. Starałem się jeszcze trochę ją podpracować, ale zbyt wiele nie mogłem zmienić. Hanower wyskoczył spod samej przeszkody, więc oddałem klaczy rękę i pozwoliłem jej zabaskillować tak mocno, jak tego potrzebowała. I było to... bardzo mocno. Lemon niemalże położyła się podczas lądowania, ale w ułamkach sekund uratowała nas oboje przed upadkiem. Tym samym zaliczyliśmy całkiem dobry przejazd na czysto.
Podjechałem do przyjaciół, głaszcząc klacz po szyi. Gniadoszka parskała spokojnie, rozciągając szyję i ziewając.
- Chyba niezbyt wymagający był dla niej ten przejazd - Gale skwitował reakcję klaczy.
Zaśmiałem się, zeskakując z wierzchowca. Od razu, gdy stanąłem na ziemi, poczułem, jak ktoś dosyć mocno daje mi w pysk.
- Bell, to ostatnie było nieładne! - Esma spiorunowała mnie wzrokiem. Wiedziałem jednak, że żartuje. - Nigdy nie podbijaj wodzą na prostej, głuptasie!
Jedynie moja dziewczyna bez żadnych uwag podeszła do mnie podając mi szarą, miękką bluzę i wtulając się w mój tors.
- Psiapsia, nie panikuj - uśmiechnąłem się, przyciskając do siebie Esmeraldę. BYŁEM JEJ NIESAMOWICIE WDZIĘCZNY! Wytłumaczyła mi praktycznie od podstaw cały przejazd i zdradziła swoje "sekretne" sposoby. Żeby było sprawiedliwie, nigdy w życiu nie powinienem z nią już konkurować.
- Zaraz wyniki - oznajmił Gale, przerywając nasze przekomarzanki. Wszyscy ze skupieniem czekaliśmy więc na ogłoszenie wyników. Najmniej wydawało się obchodzić to jedynie Lemon, która zaczęła już przysypiać oparta o ogrodzenie.

Od Naomi C.D Louise

Ostrożnie otworzyłam dębowe drzwi, machinalnie wycierając ośnieżone sztyblety o dywanik. Zlustrowałam wzrokiem wnętrze pokoju, Esma leniwie rozciągała się na łóżku, a reszty dziewczyn dziwnym trafem nie było.
- Gdzie mi wchodzisz w tej kurtce! - wrzasnęła tęczowowłosa, mrożąc mnie, chyba niepotrzebnie, wzrokiem. Rzeczywiście, moje ubranie siarczyście kapało, nie szczędząc czystej jeszcze przed chwilą podłogi. Westchnęłam głęboko, plując sobie w brodę, iż dzisiaj według dokładnie rozrysowanego harmonogramu wiszącego na ścianie sprzątanie przypada mnie.
Po misternym ułożeniu wszystkich mokrych rzeczy na kaloryferze zdecydowałam ogarnąć całą moją osobę - była dopiero siódma wieczorem, zostało mi więc jeszcze kilka ładnych godzin do spoczynku. Włożyłam na siebie szarą, nierozpinaną bluzę z kapturem, czarne, ciepłe dresy, a niesforne kosmyki włosów upięłam w niechlujnego koka. Nie mając już więcej chęci do życia, rzuciłam się na łóżko, w locie łapiąc smartfona. Zaczęłam ślamazarnie przeglądać media społecznościowe, mając nadzieję na nagły przypływ weny. Nie musiałam długo szukać - na głównej stronie Instagrama zobaczyłam filmik ukazujący proces przygotowania fondanta czekoladowego, który wywołał u mnie nie tylko nagłe burczenie w brzuchu, co chęć zrobienia swojego deseru.
Zbiegłam na dół, nie obdarzając żadnym spojrzeniem zdziwionych chłopaków. Kiedy znalazłam się już w kuchni, zebrałam z szafek wszystkie potrzebne składniki - nie było tego dużo, do na pozór prostego przepisu potrzeba było tylko gorzką czekoladę, masło, jajka, cukier i mąkę. Kiedy szukałam jeszcze foremek, usłyszałam znajomy mi już głos:
- Ty już w kuchni?! Co robisz?
- Fondanta. Chodź, pomożesz mi - zaciągnęłam zdezorientowaną Louise do kuchennego blatu. - Ty rozpuścisz czekoladę, a ja przygotuję masę z jajek, cukru i mąki.
Dziewczyna po krótkich negocjacjach (jedna cała porcja dla niej) zaczęła wykonywać wskazane przeze mnie czynności, ciągle przerywając daleko idącą rozmową. Ja także wzięłam się do pracy.
Po ostatnim zmiksowaniu na jednolitą masę rozlałyśmy ją do foremek. Następnie przez niecałe 10 minut w niespokojnym oczekiwaniu sterczałyśmy przed piecem. Gotowe ciastka ostrożnie przełożyłyśmy na talerzyki i oprószyłyśmy cukrem pudrem.
- Mmm, co to za zapach? - do pomieszczenia wkroczył Will, a widząc fondanty w ostatnich poprawkach...
- NIE, ZOSTAWCIE NASZE DESERY! - krzyknęłam zaciekle, ale było już za późno - chłopak zwołał swoich przeciwników w niedawno skończonej grze. Szybko ściągnęłam z blatu dwie salaterki i tylko te udało nam się uchronić przed zgubą w żołądkach głodnych graczy.
- Cóż... Przynajmniej spróbujemy - uśmiechnęłam się ironicznie, podając talerzyk Louise. Usiadłyśmy z boku, przyglądając się zagładą ciastek. Sama zrobiłam kilka fotek wypiekowi i oddałam się jedzeniu.
- Wyszło całkiem smacznie - zaczęłam po skończonej konsumpcji. - Ale szczerze chyba lepiej zdjęcie, niż ciastko.
Obie głośno się roześmiałyśmy. Spojrzałam na bałagan i oczywiście od razu poinformowałam kończących posiłek chłopakom o tym, na kogo spada sprzątanie. Następnie wstałam i odłożyłam naczynie do zlewu, czekając jeszcze z wyjściem na towarzyszkę.

Lou? To.jest.zue.

sobota, 17 lutego 2018

Od Gale'a C.D Esmeraldy - Walentynki /+16/

- Byłaś niesamowita!- niemal krzyknąłem. Eska się zarumieniła. Ucałowałem jej policzek. Każdy czekał na wyniki z zapartym tchem, widać było po Esmie, że się stresuje. Stałem tuż obok niej, żeby ją wspierać. Gdy już minęła godzina od wystartowania wszystkich uczestników, przyszedł czas na werdykt. Miejsca na podium były odliczane od trzeciego.
- ... a na pierwszym miejscu stanie dziś: Esmeralda Müller i Desert Jackal aka Queen of Samba!
Esma skakała z radości i w napływie szczęścia przytuliła się do mnie tak mocno, że czułem strzelanie moich żeber.
- O Boże... Wybacz Gale, zapomniałam o tym, że nadal masz siniaki...- pocałowała mnie w policzek.
***
W aucie było głośno. Pani Rose z panem Gilbertem śmiali się z tak suchych sucharów, że aż mi się pić zachciało. Wraz z Eską siedzieliśmy na tylnych siedzeniach, trzymając się mocno za ręce i rozmawiając o jej zwycięstwie. W radiu leciały znane każdemu piosenki. Podczas trajkotania Eski rozmyślałem jakby tu urządzić romantyczne walentynki dla dziewczyny. Esma wyciągnęła telefon, żeby napisać do dziewczyn z Akademii, ale kiedy włączyła Messengera, pojawiła jej się dość zabawna reklama Durexa z podpisem "Pozwól ponieść się rozkoszy". Eska spojrzała na mnie rozbawiona i szepnęła mi do ucha:
- Wypróbujemy?
- A dasz radę wytrzymać tak dużego napływu emocji, kotku?- mruknąłem rozbawiony, po czym wbiłem się w jej usta.
- Woster! Proszę uszanować przestrzeń osobistą panny Müller.- warknął instruktor.
- Ale spójrz na nich. Czyż nie są uroczy?- dopowiedziała właścicielka Akademii.- Miłość młodych jest piękna. Na pewno jutro będzie o wiele romantyczniej.
- Właśnie Gale, jutro walentynki...
Powrót ciągnął się jeszcze dłużej niż dojazd. Esma zasnęła, opierając głowę na moim ramieniu. Delikatnie odgarnąłem kosmyki włosów, które zsunęły się na jej twarz. Złożyłem pocałunek na jej czole, po czym sam odleciałem. Obudziliśmy się już przy Akademii. Było trochę po północy. Zaniosłem bagaż Eski do jej pokoju, a ona odprowadziła konia do boksu.
Tego samego dnia tylko o jakiejś 13.30 wziąłem Avka i go wyczesałem. Po zawiązaniu na jego szyi muchy, do środka kokardki włożyłem liścik, a do pyska przyjaciela róże bez kolców.
- Szukaj pani! Szukaj!- powiedziałem do Avengera, który od razu popędził pod pokój z numerem 3. Pies zaczął cicho szczekać i drapać pazurami o drzwi. Zaskoczona Eska otworzyła drzwi i wpuściła Avka. Po przeczytaniu liściku, który brzmiał:
„Witam moją księżniczkę! Może miałabyś ochotę gdzieś wyskoczyć? Jestem do dyspozycji. Będę czekał na Ciebie w pokoju.^^”
Eska zaczęła się przebierać. Czekałem u siebie jakąś godzinę, zanim dziewczyna się zjawiła.
- Nareszcie, kotku.- powiedziałem zadowolony. Eska podeszła do mnie powoli, atrakcyjnie ruszając biodrami.- To, co...? StarBucks?
- No jasne! Mam straszną ochotę na kawę.- Za to ja miałem ochotę na zupełnie coś innego
- miałem ochotę na Esme, heh.
W kawiarni usiedliśmy naprzeciwko siebie. Trzymaliśmy się za ręce, splatając palce. Wypijając gorący napój, nie mogliśmy się powstrzymać od śmiechu, bo cały czas nad naszymi wargami robiły się wąsy od bitej śmietany. Jak tak wpatrywałem się w oczy dziewczyny, uświadamiałem sobie jakie szczęście miałem, kiedy ją poznałem, i to jak bardzo ją kocham. Z racji tego, że kawy samej pić nie wypada, zamówiliśmy sobie jeszcze sernik. Następną stacją był spacer. Przechadzaliśmy się po mieście, robiąc sobie zdjęcia. Wrzuciliśmy do fontanny kilka grosików. Podałem dziewczynie czerwone pudełeczko. Esce zaświeciły się oczy, kiedy je otworzyła i zobaczyła srebrny łańcuszek z serduszkiem ozdobionym malutkimi diamencikami. Wystarczyło przekręcić malutką korbkę, żeby otworzyć serce, w którym było zdjęcie moje i jej koni. Esma znów wtuliła się we mnie tak mocno, że ledwie powstrzymałem się od syknięcia. Zapinając na jej szyi wisiorek, pocałowałem jej policzek. Kiedy zaczęła dochodzić godzina osiemnasta, podeszliśmy pod jedną z licznych w mieście restauracji, ale nie było tam żadnego wolnego miejsca. Na nasze nie szczęście, rozpadało się na dobre. Postanowiliśmy jeszcze trochę pospacerować. Z jednego budynku dobiegała bardzo głośna muzyka, przy której aż chciało się tańczyć. Eska pociągnęła mnie za rękę i położyła dłoń na moim barku. Objąłem ją w talii i zaczęliśmy śmiesznie tańczyć na swój sposób. Eska wirowała pod wpływem obrotów. Kiedy muzyka ucichła, a na jej miejsce weszła nowa żwawsza piosenka, przy której nam coś odwaliło. Esmeralda objęła mnie nogą i zjechała w dół, zmysłowo kręcąc biodrami. Przyciągnąłem o siebie dziewczynę, lekko ją przekręcając i odchylając do tyłu, przejechałem dłonią po jej pośladku i udzie.
***
W Akademii na stołówce zakradliśmy się do kuchni, z której porwaliśmy lody śmietankowo-czekoladowe. Zamówiliśmy pizzę. Leżeliśmy sobie w pokoju Eski i zajadaliśmy się kawałkami capriciosy. Ja, Esma, Naomi, Ada i Adelka siedzieliśmy na kanapie (a dokładniej to moja dziewczyna siedziała na górze oparcia sofy i usadowiła uda na moich barkach). Oglądaliśmy „Zmierzch”, który szczerze mówiąc, nie przypadł mi zbytnio do gustu, ale z racji tego, że do oglądania dziewczyny miało piwko i chipsy siedziałem cicho. W końcu film się skończył, a ja chyba trochę za dużo wypiłem. Kiedy się pożegnałem i wyszedłem z ich pokoju, przeciągnąłem się. Ale to, co usłyszałem, mnie powaliło.
- I jak, Esma? Wykorzystaliście dzisiaj już walentynkową magię?- roześmiała się Nao.
- Jeszcze nie, ale mam zamiar mu coś pokazać…- wyszeptała wesoła dziewczyna. Z tego, co słyszałem, Eska wyciągnęła pudełko z siatki, po którego otworzeniu wszystkie dziewczyny zaśmiały się wrednie. Zbity wszedłem do pokoju. Chcąc zmyć z siebie dzisiejsze emocje, wziąłem prysznic. Już miałem iść spać, kiedy do pokoju wbiła Esmeralda.
- Eska? Co ty tu…
- Ciii…- przerwała mi dziewczyna, przypierając mnie do ściany. Jej dłonie przeczesały moje mokre włosy.- Mam coś dla Ciebie… Eska zaczęła powoli rozpinać guziczki od swojej cienkiej, białej, luźnej koszulki ze wzorkiem czerwonych buziaków, spod której wyłonił się czerwony, koronkowy stanik. Nie mogłem od niego oderwać oczu, a dokładniej to od jej piersi. Jeansy Esmeraldy odleciały dwa metry za nią. Myślałem, że zwariuję, po tym, jak dziewczyna odsłoniła swoje również koronkowe, czerwone majtki, które podkreślały jej pośladki. Eska wbiła się w moje usta, powodując, że czułem się jak w nierealnym świecie.
- Eska? Mrrr…

Od Lucy C.D Riley - Zakup Kota

Przekroczyłyśmy próg schroniska. Od razu uderzył mnie tak wielki smród, że odechciało mi się tam przebywać. Jednak brnęłam w to, podeszłam do siatki. Zza niej patrzyło na mnie tysiące oczu, a w każdej parze była nadzieja, nadzieja na nową przyszłość. Zachciało mi się płakać. Jak oni mogą traktować te zwierzęta?
Riley szła obok mnie i zakryła dłonią usta, ona też była tym zażenowana.
W końcu jednak poszła dalej, aż usłyszałam:
- Lucy, chodź! Patrz na tego dziwaka! Uśmiejesz się! - parsknęła z drugiego końca schroniska.
Co prawda nie miałam ochoty na śmiech i wątpiłam, aby cokolwiek mnie tam rozbawiło, ale z impulsu pobiegłam. Stanęłam i popatrzyłam za siatkę, ale nic tam nie było. Już chciałam zawrócić, gdy złapała mnie za ramię i powiedziała:
- Nie tam, tu! Jest teraz pod Twoimi nogami!
Popatrzyłam pod siebie i ujrzałam szczyt moich marzeń. Albo była to podróba, albo oryginał Grumpy Cata.
- Riley, bierzemy ją. - powiedziałam i wzięłam kotkę na ręce.
- Lucy, biuro jest tam - pokazała za siebie kciukiem.
- Co Ty, to nawet nie jet ich kot - powiedziałam. - żaden nie dałby rady się wydostać.
Koleżanka pobiegła za mną. Kot przeraźliwie miałknął. Gdy dotarłyśmy do koni, ostrożnie włożyłam ją do transportera i przypięłam pasem. Wsiadłam delikatnie na Pompeję i spojrzałam na Riley.
- Jedziemy? - zapytałam.
< Riley? :> >

piątek, 16 lutego 2018

Wyniki Gonitwy w Porec!

Dzień dobry, najmilsi uczniowie!
Dwunastego lutego odbyła się siódma edycja Gonitwy w Porec. Naszą akademię reprezentowały Riley Black na Melindzie i Esmeralda Muller na Jaskółce - obie osiągnęły wspaniałe wyniki! Szybsza o zaledwie niecałą sekundę okazała się Riley, zdobywa ona czterdzieści punktów do rankingu, Esmeralda natomiast otrzymuje równą trzydziestkę. 
Dziewczynom jeszcze raz gratulujemy i życzymy kolejnych osiągnięć!

Elizabeth i James Rose

Od Esmeraldy C.D Riley - Gonitwa w Porec


***dwa miesiące później***
-Riley! Idziesz ćwiczyć?- wrzasnęłam, wybiegając przed budynek stajni dla koni prywatnych.
-Tak. - dziewczyna, dociągnęła popręg swojej karej klaczy, po czym pomachała do mnie.
-To wait, Jaskółke trza tylko osiodłać. Czekaj na placu!- znów wrzasnęłam, znikając w stajni.
Podbiegając do przypiętej po obu stronach korytarza Jasi, wzięłam żelową podkładkę i czaprak, niezwykle przypominający kawałek firanki, powszechnie nazywany ścierką, po czym wygładzając ochronę przed czasami ocierającym ją siodłem, chwyciłam leżące nieopodal siodło wyścigowe, klepiąc ją po szyi, powoli założyłam je na grzbiet Kasztanki.
***
Z moją pomocą, Riley zasiadła w wyścigowym siodle Melindy, po chwili wsadzając nogę w strzemiona, ruszyła na tor. Włączając złoty czasomierz w momencie startu dziewczyny, lekko zakaszlałam, pierwsze co pomyślałam, albo co mi przyszło na myśl "No proszę, czyli jednak kiwanie w fontannie to był zły pomysł.",  a w chwili, w której klacz z Riley na swym silnym grzbiecie wpadła na metę, zatrzymałam czasomierz, z zadowoleniem odczytując całkiem niezły wynik. Towarzyszka zsiadła z klaczy, przywiązując ją do ogrodzenia węzłem bezpieczeństwa, sprawnie pomogła mi z zasiąściem na młodym ciałku folbutki, która czując mnie na sobie, strzeliła focha i uparcie stając w miejscu, podniosła wysoko łeb w formie jawnego buntu, którego niezwykle nie lubiłam, tak samo jak klacz w tej chwili mnie.
-Podasz mi bat na chwilę?- zapytałam, trzymając klacz mocno na wodzy.
Po chwili do mojej ręki wpadł krótki bat, którym po opuszczeniu nieco wodzy, na początek lekko, przyłożyłam w zad upartej klaczy. Mimo użytej pomocy, Jaśka nadal nie raczyła ruszyć z miejsca, więc jeszcze raz przykładając klaczy w jej starannie wypucowane cztery litery, wygięłam się jak do gry w limbo, czując jak złośnica próbuje mnie strącić z wygodnej miejscówki w mniej wygodną, jaką był po prostu rów ogradzający tor. Mając nadzieję, że Riley ze śmiechu nie zapomniała włączyć stopera, walcząc z Jaskółką zabijałam się w myślach za użyty bat, pamiętając, że nie chcemy jej zepsuć. W omalże ostatnim momencie przyjęłam dobrą pozycję, inaczej złe sny mogły stać się rzeczywistością i znów miałabym szczęście wylądować w krzakach. Nietrzymanie sztywno wodzy było jedną z podstawowych rzeczy, które dżokej miał wiedzieć, jednakże nie było to tak łatwe co w normalnym siodle przy normalnej długości strzemion, w normalnym ustawieniu tyłka, pleców i nóg. Przecięłyśmy punkt mety w dość dobrym czasie, jednakże początkowe zmagania z uruchomieniem petardy w tyłku młodej wyścigówki były strasznie niefartownym zrządzeniem losu i gdyby nie jej przedstartowy foch, czas byłby zdecydowanie lepszy. Ze zmęczonego pyska Jaśki i Meli płynęła piana, więc mimo krótkiego treningu postanowiłyśmy ich więcej dziś nie męczyć, a jedynie zabrać w krótki teren. Po powrocie do stajni, zajęłyśmy się błyskawiczną zmianą siodeł (ja zdecydowałam jechać na oklep), a kilka minut później stępowałyśmy je przez oszroniony lasek, w którym gwar Akademii cichł.
-Hej, nie bocz się. Ty też nie zachowywałaś się ładnie moja droga.- spokojnie odpowiedziałam na bryknięcie klaczy, gdy próbowałam ją zatrzymać.- Możemy je tu wypuścić, teren jest od tamtego miejsca do padoków ogrodzony. - zsiadłam z klaczy, zabezpieczając wodze.
Niecałe dwie godziny później siedziałyśmy z dziewczyną pod kocem z kubkiem gorącej herbaty malinowej z imbirem, a przed nami na ekranie leciał właściwie nieznany nam film.
***
Klacz do pierwszego wyścigu była przygotowywana prawie cały rok, a jednak gdy na jej grzbiet założyłam ponownie lekkie siodło, Jaśka stała nadal ze zwieszoną głową, zamiast cieszyć się z okazji na grube pobieganie przed tysiącami ludzi. Do tranzelki przypięłam lonżę i odpinając niepotrzebne uwiązy, zaprowadziłam ją na duży lonżownik, po czym strzelając batem za jej zadem, cmoknęłam.
-No, mała, stęp tylko.- powiedziałam, cmokając nadal.
Jaśka stępowała powolutku, patrząc co chwila na mnie. Klacz krążyła blisko mnie, rzucając głową całkiem nagle ruszając galopem. Niechcący wypuściłam z ręki lonżę, na szczęście po chwili zorientowałam się, że coś jest nie tak i zatrzymałam galopującą klacz.
-Stój! Prrr!- krzyknęłam, nie myśląc, zabiegłam drogę kobyle.
Kasztanka stanęła przede mną, jakby chcąc mi pokazać, że jestem całkowitym debilem i szybko odwróciła się. Niespodziewanie przeskoczyła przez ogrodzenie, by po chwili wbiec prosto do stajni w ręce...Willa.
-Nie radzisz sobie, moja droga.- chłopak złapał klacz, rzucając mi wściekłe spojrzenie, po czym krzyknął do mnie tak znienawidzone zdanie, które padało z ust mojego ojca, przy każdym spotkaniu.
-Wal się, Will.- mruknęłam cicho.
Chłopak podszedł spokojnie do lonżownika, przywiązując swojego ogiera do ogrodzenia, wziął ode mnie bat i wprowadził folbutkę na okrąg, po czym cmokając, ruszył ją do galopu. Z otwartą japą patrzyłam na pięknie chodzącą Kasztankę, w ręce mojego brata, który z zadowoleniem na twarzy, popędzał klacz nadal cmokając. Klacz po kilkuminutowym galopie była lekko spocona na piersi.
-Dobra, biorę ją za chwilę do przyczepy i jedziemy do innej stajni. - oznajmiłam, całując brata w policzek.- Dzięki braciszku. - wzięłam Jasię w dłoń, po czym zaprowadziłam ją do boksu, w którym ją oderkowałam.
Jakiś czas później wprowadziłam nie współpracującą klacz do przyczepy, w której już stała Melinda, a Riley po moim wejściu do koniowozu zamknęła drzwi. Klepiąc klacz po łopatce wyszłam z przyczepy, po czym zasiadłam z tyłu, za panią Mondgomery. Plotkując z Riley, te 10 minut minęło wyjątkowo szybko.
-Dziewczynki, wyprowadźcie klacze i idźcie je ubierać, bo za 30 minut zaczyna się wyścig, migiem!- pani Smith pogoniła nas, zamykając tylne drzwi przewozu dla koni.
Jaśka grzebała kopytem w ziemi i co chwila trącała moje ramię łbem, na co odpowiadałam klepnięciem jej w szyję. Pociągnęłam konia na uwiązie, po czym za Mondgomery poprowadziłam ją na stanowisko, gdzie przywiązałam pełną energii klacz do rury. Udało mi się w 10 minut dokładnie ją wyczyścić i kilka razy pochwalić za to, że grzecznie stała i nie wyrywała kopyt jak to miała w zwyczaju. Cały osprzęt wyścigowy odziedziczyłam w spadku po dziadku, z tym, że rolę dziadka objął Edward, który nie miał co zrobić z Jaskółką. Gdy na podekscytowanej klaczy ułożyłam już żel i piankową podkładkę, obok mnie przemknęła niespokojnie coś mrucząca pani Smith.
-O, Esmeralda, właśnie, jak nazywa się twoja klacz?- kobieta poprawiła swoje wpadające w kolor rudy włosy, po czym podrapała się po głowie, przestępując z nogi na nogę.
-Jaskółka.- odparłam lekko zdziwiona zapominalstwem nauczycielki wyścigów, której na identyczne pytanie odpowiadałam dzisiaj rano.
Nim na klacz założyłam siodło, z kieszeni wyciągnęłam jabłkowo-porzeczkowe smaczki, które były nagrodą za zajęcie 1. miejsca w zawodach z ujeżdżenia. Desert ich nie lubiła, za to Jasia wręcz uwielbiała, i byłabym skłonna stwierdzić, że wolała je nawet bardziej niż musy jabłkowo-marchewkowe, które przyrządzam wszystkim koniom co piątek, według sprawdzonego przepisu. Dopięłam lekki popręg, po czym chwyciłam obergur i mocno podciągnęłam, zapinając go.
-Dobra maluchu.- podrapałam Jaskółkę po pysku, po czym kantar zsunęłam na szyję i założyłam na nią wodze.
W lewą dłoń chwyciłam ogłowie, a prawą wprowadziłam do pyska folbutki wędzidło. Tranzelka w jaskrawych kolorach świeciła na smukłym pysku angielskiej klaczki, która obserwowała wszystko wokół, tylko nie to, co chciałam by zobaczyła. Po kilkunastu minutach wróciłam do klaczy, podciągając jeszcze popręg oraz obergur, następnie odpięłam ją. Na starcie stawiłyśmy się jako prawie ostatnie, po czym założyłam na oczy gogle. Nie wspomniałam nic o moim ubiorze - na sobie miałam kamizelkę ochronną, którą założyłam pod niebieski kamzon (jak to sie pisze). Białe bryczesy i lekkie,czarne buty z cholewami, oraz piankowy bat, którego zwolenniczką byłam od kilku lat. W chyba 5 stanowisku ma dobrze znanej mi klaczy siedziała Riley, już z goglami na oczach. Pani Smith wprowadziła nas do stanowiska, po czym jedyne co słyszałam, to niespokojne oddechy innych zawodników. Nagle - wystrzał, drzwi od stanowisk otwierają się, a wszystkie konie wypruwają do przodu, tylko my nadal stoimy w stanowisku. W głowie od razu straszne przepowiednie. Przed oczyma widziałam tylko konie w pełnym biegu, jednak coś się działo. Jaśka ruszyła niczym torpeda, wypruła ze stanowiska elektrycznie, jak za dotknięciem paralizatora. Nim się spostrzegłam wyprzedziła ostatniego konia, jednakże podejrzewałam, że na końcu zabraknie jej sił, więc lekko wstrzymywałam jej zapał. Jaskółka targała strasznie wodzami, więc musiałam je poluzować, by nie porozdzierała sobie pyska, gdyż to byłoby dość...utrudniające pracę, a i ją trawił by ból przez całe dnie.
-Spokojnie!- powiedziałam do klaczy, która niczym pocisk armatni gnała przed siebie.
Z trybunów dobiegały okrzyki dopingujące jakieś bardziej znane konie, nikt nie dopingował Jaskółki, jednakże było to na pewno lepsze, gdyż nikt najpewniej nie liczył na naszą wygraną. Uderzenia o piaszczyste podłoże, przyśpieszony oddech klaczy i mój, tabuny kurzu przed nami. Do końca zostało parę prostych, jeśli można to tak nazwać, a my byłyśmy, hmm, szóste? Dałam upust energii klaczy, a ku mojemu zdziwieniu, pominęła do przodu, wymijając siwego konia, chamsko (moja krew) wepchnęła się bardziej do wewnętrznej bariery, a po chwili za nami zniknął gniady i kolejny siwek, jednakże przed nami nadal były trzy konie, wraz z Melindą. Lekko uderzyłam o zad klaczy bacikiem, który wytworzył mały hałas, a ta jak za dotknięciem magicznej różdżki, którą w tej sytuacji był bat piankowy, momentalnie przyśpieszyła, wyrównując z karą klaczą mojej koleżanki. Słyszałam bicie serca rozpędzonej kasztanki, która pobijała wszelkie granice szybkości i rekordy, ustanowione przez nią samą. Z samego końca znalazłyśmy się w czołówce peletonu. Szeptając coś do klaczy, niemal straciłam równowagę, ale raczej szybko ją unormowałam. Kilkanaście sekund później, nie zwracając uwagi na nic, stanęłam wyżej w strzemionach, na co klacz zarżała, wpadając na metę...
***
Przytuliłam smukłą szyję folbutki, w rękę biorąc masażer, którym następnie wymasowałam dokładnie obolały kłąb mojej klaczki, która z zadowoleniem skubała mój polar.
-Esma? Jedziesz się przejechać po terenach tej Akademii? I tak jutro wracamy, ale musimy poczekać na wyniki. - Riley stanęła przy drzwiach boksu.- Możemy wypożyczyć konia stajennego stąd podobno, więc...idziemy?- dziewczyna zapytała, a ja ekspresowo wyszłam z boksu.
-Jasne.- uśmiechnęłam sie do przyjaciółki, idąc za nią do stajni.
Udało mi sie wybrać siwego wałacha, imieniem Dumbledore, którego oporządziłam i osiodłałam. Z Riley spotkałam sie przed stajnią, w ręce z pięknym (no koniem)...

Rileyu? ^^