Strony

wtorek, 28 sierpnia 2018

Od Riley C.D Gai

Prawdę mówiąc, reakcja Gai miło mnie zaskoczyła (a może wręcz ucieszyła?), bowiem gdy zawitałam w Magic Horse i spacerując po lesie przypadkowo natknęłam się na to miejsce, również dostałam takiego ataku zachwytu z domieszką głupawki. Uff, a już się bałam, że tylko ja mam takie odpały. Jak widać mamy w tej kwestii sporo wspólnego. Właściwie nie wiem dlaczego, ale dobrze czułam się w towarzystwie nowej koleżanki, która po prostu wrzuciła na luz. Hm, ja chyba też powinnam.
Nie myśląc już o dobrym pierwszym wrażeniu, jakie miałam zamiar wcześniej zrobić (albo przynajmniej zachować jakiekolwiek pozory normalności); wbiegłam w wysoką trawę w pogoni za blondwłosą, która pędziła przed siebie rozpraszając żółte kwiatki.
~•~●~•~
- Dobra, wygrałaś, jesteś szybsza... - wysapałam, gdy zatrzymałyśmy się pod jednym z drzew znajdującym się nieopodal niewielkiego jeziorka; po czym padłam na ziemię, obserwując przelatujące nad nami ptaki. Ach, cóż za cudowne miejsce! Mogłabym tu siedzieć godzinami. Swoją drogą trochę dziwi mnie, że przychodzi tu tak mało osób, ale cóż, najwyraźniej nie wszyscy gustują w bieganiu po łąkach, aczkolwiek to już chyba nie nasz problem.
- Co myśmy dzisiaj właściwie wyprawiały? - zagaiła Lavelle, jednocześnie zerkając kątem oka na liście usytuowane na niewielkiej gałązce, która delikatnie drgała poruszana przez lekkie, ciepłe podmuchy wiatru.
- A ja wiem? Korzystałyśmy z wakacji i doznałyśmy nieuleczalnego syndromu letniej głupawki? - przeciągnęłam się z rozbawionym uśmiechem. Tak, zdecydowanie powinnyśmy to jeszcze kiedyś powtórzyć.
Eh, aż mnie ściska w gardle na myśl, iż ta cała sielanka wkrótce się skończy i znów przyjdzie nam wstawać o nie wiadomo jakich porach, gapić się beznamiętnie na wskazówkę klasowego zegara w oczekiwaniu na błogi odgłos dzwonka i zarywać nocki z nosem w książkach.
- Riley, czujesz to? - zwróciła się do mnie nieoczekiwanie Gaia. Nim jednak zdążyłam odpowiedzieć, dziewczyna zerwała się z miejsca podskakując w zagadkowy sposób. Niestety, długo nie musiałam czekać aż podzielę jej los.
- To mrowisko?! - wydarłam się zrzucając z siebie chmarę insektów. Dobra, to akurat nam się udało, nie powiem.
Nie czekając ani chwili dłużej wbiegłyśmy w ubraniach bezpośrednio do jeziora, byleby pozbyć się natrętnych owadów. Na szczęście złowroga "mini armia" po zetknięciu z wodą postanowiła szybko się wycofać. W efekcie wyszłyśmy na brzeg przemoczone od stóp do głów.
- To co? Wracamy do akademika? - zapytała zielonooka zaciskając dłonie na materiale bluzki, z której ściekł cienki strumień wody.
- Okey, ale przyjdziemy tutaj jeszcze?
- No pewnie, tylko tym razem jedźmy już konno - koleżanka puściła mi oczko i obróciwszy się na pięcie pomaszerowała przodem w stronę leśnej ścieżyny prowadzącej prosto do Magic Horse.
Dotarłszy do budynku każda z nas powędrowała do siebie. Wpadłam do łazienki tak szybko, jak tylko było to możliwe i zaraz po zrzuceniu z siebie ociekających wodą ciuchów przesiąkniętych już "cudownym" rybim zapaszkiem, wskoczyłam pod prysznic. Kiedy już się możliwie ogarnęłam, narzuciłam na siebie czyste ubrania, by następnie skierować się w stronę wyjścia. Nim jednak opuściłam pokój, przywołałam jeszcze do siebie Nilay'a. W końcu czemu tylko my mamy się dobrze bawić? Jemu też przyda się trochę ruchu na świeżym powietrzu, zwłaszcza że ostatnimi czasy strasznie się przez te upały rozleniwiliśmy. Z drugiej strony, gdybym organizowała pupilkowi wolne loty w gorące dni, prawdopodobnie skończyłby podobnie jak jego dzisiejszy obiad - usmażony.
Po kilkunastu minutach poświęconych na oczyszczenie sierści Mel, byłyśmy praktycznie gotowe do drogi. Wyprowadziwszy klacz przed stajnię, ujrzałam Gaię siedzącą już w siodle na...
- Ha! Wiedziałam, że weźmiesz Blancę! - rzuciłam wskakując na grzbiet swojego wierzchowca, na co czarna parsknęła tylko stukając kopytami w podłoże, dając mi do zrozumienia żebym się pospieszyła. Czy to możliwe, że wiedziała dokąd jedziemy? Cóż, tej zagadki pewnie nigdy nie rozwiążę...
- Czyżby? - Lavelle posłała mi chytry uśmieszek i nie czekając ani chwili dłużej, dodała łydki, a pozornie spokojny fiord ruszył dziko przed siebie, pozostawiając nas daleko w tyle.
- Hej! Tak to nie ma, to nie fair!
~•~●~•~
Zaledwie paręnaście minut później byłyśmy już na miejscu. Frunący obok koni Nili poszybował gdzieś hen daleko między drzewa.
- Ale tym razem bez kąpieli, dobrze? - zasugerowała Gaiś zeskakując z siodła.
- No coś ty? A już myślałam, że organizujemy pokaz skoków do wody! - parsknęłam śmiechem i przypięłam Melindzie uwiąz, którego drugi koniec został przywiązany do drzewa. Niby mogłabym ją tutaj puszczać bez żadnych linek, ale biorąc pod uwagę fakt, iż ostatnio podczas wycieczki do lasu cieszyła się wolnością do tego stopnia, że nie mogłam jej złapać przez ponad dwie godziny, chyba lepiej nie ryzykować. Przynajmniej na razie.
- Wzięłaś aparat?
- Tak, tak, poczekaj... - szybko wygrzebałam z torby upragniony przedmiot, po czym skierowałam wzrok na blondynkę - No to teraz uśmiech do zdjęcia! - rzuciłam naciskając spust migawki.
- Ej no! Nie byłam gotowa! Oddawaj! - krzyknęła Lavelle starając się wyrwać mi przedmiot z dłoni. Teraz to ja zaczęłam uciekać.
Patrząca na nas przez cały czas Meli, w pewnym momencie postanowiła dołączyć do zabawy, jednak znając delikatność czarnej nie trudno wydedukować, że po chwili puknęła mnie w plecy w starym dobrym stylu, przez co nieopatrznie wywinęłam eleganckiego koziołka lądując na przebiegającej akurat obok Gai.
- Sorry, niechcący... - zachichotałam podnosząc cztery litery trawy, po czym skierowałam wzrok na winowajczynię naszego upadku  - To jej wina!
W odpowiedzi na mój komentarz Gaia wybuchła śmiechem, a Melinda zarżała triumfalnie, zataczając kółko wokół pobliskiego drzewa, co wyglądało mniej więcej tak, jakby się z nas po prostu nabijała.
- Super. Nawet ona nas wyśmiewa! - stwierdziła wciąż rozbawiona blondynka wstając na równe nogi.
Swoją drogą chyba na miejscu Melindy też wybuchłabym śmiechem. Zaiste, musiałyśmy wyglądać wyjątkowo komicznie.
- Wiesz co, teraz to by nam się sesja zdjęciowa przydała, tobie w szczególności... - ściągnęłam z włosów koleżanki malutkie, kolorowe kwiatki, na co ta zachichotała tylko cicho.
- Wiesz, tobie to raczej nie. Masz ziemię na głowie.
- No co ty nie powiesz? To ty nie wiesz, że piasek i suche liście są teraz najnowszym trendem mody? - wyszczerzyłam się udając zdumienie, by po chwili otrzepać kudły z pozostałości gleby. Ta, i tak pewnie wyglądałam beznadziejnie, ale jakoś tak w towarzystwie Gai niezbyt mi to przeszkadzało. Jak znam życie, za chwilę znów wpadniemy na jakiś genialny pomysł. Oparłam się plecami o pień wielkiego dębu, jednocześnie wędrując palcami po podłożu, aby upewnić się czy przypadkowo nie przycupnęłyśmy na kolejnym mrowisku.

Gaia? Obawiam się, że głupawka jest zaraźliwa XD

1032 słowa = 6 punktów

niedziela, 26 sierpnia 2018

Drugie urodziny AMH i event!

Ah, to już dwa latka! Tak, nie mylicie się - 26 lipca Akademia Magic Horse kończy już w internetach drugi obieg wokół słońca! Wiele osób przewinęło się przez naszą historię, mimo to trwamy i działamy nadal. Postanowiliśmy to uczcić długo wyczekiwanym eventem!
Zabawa będzie trwała aż miesiąc, dokładnie do 26 sierpnia.


Dodatkowo, przez czas świętowania przygotowaliśmy jeszcze kilka innych nowości:

- pojawią się w końcu challenge, już za kilka dni,
- poprzez ankiety będziemy wybierać maskotkę naszej akademii,
- wszyscy, którzy dołączą w tym okresie, dostaną gratisowe 30 punktów na start.

Miłego dnia! :D

PS. Już przypominałam, ale przypomnę one more time o nowych zasadach: KLIK 

piątek, 24 sierpnia 2018

Od Navarro C.D Winter

Trzymana w rękach dziewczyny wyglądała jak podarunek od tajemniczego wielbiciela, do tego z wyjątkowo starannie napisanym liścikiem.
-Mam być zazdrosny? - mruknąłem raz jeszcze, kiedy oderwałem się od jej szyi.
-Nie, chyba nie. - dziewczyna z lekkim uniesieniem kącików ust odparła, przeglądając zawartość koperty raz jeszcze.
Bez większego wysiłku przerzuciłem Zimkę na siebie, przy okazji muskając jej usta z uśmiechem. Winter walnęła mnie kopertą w nos, nadal szukając jakiejś wskazówki, która naprowadziłaby ją na osobę odpowiedzialną za dostarczenie przedmiotu. Blondi oparła podbródek o moją klatkę piersiową, wzdychając głośno.
-Najlepszym sposobem będzie chyba zadzwonić na ten numer.- Zimka przybliżyła się nieco do mnie, rzucając mi niepewne spojrzenie, jakby czekając na to, iż poprę jej pomysł.
Nie musiała zbyt długo wpatrywać się we mnie, gdyż sam chciałem jej to zaproponować. I znów zagapiłem się w jej oczy zdecydowanie za długo - nie potrafiłem określić ich prawidłowego koloru, więc uznajmy, iż ich kolor waha się między szarym a głębokim brązowym, w każdym razie działały na mnie jak magnes - mianem magnesu mogę również określić usta dziewczyny, od których by się oderwać potrzeba czasu. Kategoryczny zakaz całowania Zimki (a jego złamanie oznaczało oberwanie po pysku) i tak poszedł się walić jakieś kilka sekund temu, gdy wpiłem się w jej usta po raz któryś tego dnia, tym razem wiedząc, iż nikt nas nie nakryje. Nim się zorientowałem, blondynka znalazła się pode mną, oplatając mój kark dłońmi. Po chwili już naprawdę nie było u nas mowy o samokontroli, a jedynie o odrobinie zdrowego rozsądku, która ledwo co kierowała mózgiem. Odrywałem się od dziewczyny tylko po to, by zaczerpnąć powietrza, a następnie wrócić do całowania. Początkiem musnąłem jej usta, kontrolując tempo falowania naszych ust. Pocałunek na raczej półtoraosobowym łóżku nie był do końca przemyślany, gdyż za drugim obrotem wokół naszej osi, z hukiem spadliśmy z miękkiego mebla.
-Ja pierdole...- zaśmiałem się, obejmując dziewczynę w talii. - Nic Ci nie jest?
-Chyba nie.- Dziewczyna przyjęła pozę lecącego ptaka [B)], po czym znów popatrzyła na liścik.
-To co, dzwonimy?- zapytałem, spoglądając na nieopodal leżący telefon.
-Mhm...- Winter chwyciła swój telefon, kilkoma ruchami palców wybierając numer napisany na karteczce.
-Czekaj, może zadzwonimy z mojego? Nie wiemy w końcu, do kogo dzwonimy.- powiedziałem szybko, z kieszeni spodni wyciągając telefon.
Gdy na ekranie widniał już dziewięciocyfrowy numer wraz z kierunkowym, chwilę jeszcze wahaliśmy się, czy na pewno dzwonić, ale skoro kości już zostały rzucone, nie było drogi powrotnej - znaczy była, ale my jej nie widzieliśmy. Winter kliknęła po chwili zielony przycisk na ekranie, by następnie suwak głośności przesunąć na max. Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź - po dwóch sygnałach usłyszeliśmy cichy szum, a następnie gruby głos...mężczyzny.
~Halo?~ wręcz tubalny, nieco zmieniony przez telefon dźwięk rozległ się w słuchawce.
-Ja pierdole. -Zimka, nim zdążyłem zareagować, nacisnęła czerwoną słuchawkę i zaczesała włosy do tyłu.
Całkowicie przez przypadek, przy wyłączaniu telefonu, drugi raz wykręciłem numer tajemniczej osoby - i tym razem odebrał.
~Dlaczego się rozłączyłaś? Winter, to ty? Odezwij się, proszę.~ Usta Winter delikatnie drgały, dziewczyna nie była w stanie nic powiedzieć.
-Kim Pan jest?- Navarro, naprawdę gratulację, na nic bardziej kreatywnego nie było cię stać?
~To nie jest ważne w tej chwili. Daj mi do telefonu Winter.~mężczyzna krótko odparł.
Dziewczyna obok pokręciła głową, odsuwając się lekko. Najlepszą decyzją w tym momencie było wciśnięcie czerwonej słuchawki, co też po chwili zrobiłem, odrzucając telefon na łóżko.
-Ej, będzie dobrze, spokojnie. - zamknąłem Winter w objęciu, kilka razy przeczesując jej włosy.


Zimuś? Ja przepraszam, za tak ch*jowy opek ;-;


569 słów = 3 p.

Od Navarro - zadanie 1 - Dzierżawa Jumpera

Mogę powiedzieć jedynie tyle, iż wezwanie mnie do gabinetu właścicieli o godzinie niezwykle wczesnej jak na takie wezwania, wzbudziło we mnie lekki niepokój, bo przecież mogło to również zwiastować, że coś przeskrobałem. Stanąłem przed czarnymi, obitymi skórą drzwiami, po czym drżącą ręką zapukałem.
-Proszę wejść. - dotarł do mnie stłumiony głos pani Rose.
Oczywiście pierwsze co zrobiłem, to przywitanie się z kobietą, bo w końcu pierwsze wrażenie (olejmy to, iż jestem tu od ponad 2 tygodni) jest najważniejsze. Dyrektorka wskazała na fotel za biurkiem, na którym posadziłem swoje cztery litery i z uśmiechem przyglądałem się kobiecie.
-Czy coś się stało, iż zostałem tu wezwany?- z uśmiechem na twarzy zapytałem, opierając się plecami na tyle krzesła.
-Wraz z mężem uznaliśmy, iż jesteś już gotowy na dzierżawę któregoś z naszych koni.- kobieta beznamiętnym i chłodnym tonem odparła, stukając długopisem o czerwoną podkładkę do kartek, którą wykorzystywała na apelach. - Czy już wybrałeś? Podejrzewam, że będziesz kierował się również wzrostem, więc proponuję Jumpera, to najwyższy z naszych koni. - Rose szybko skierowała lodowaty wzrok na mnie, pokazując w telefonie zdjęcie kasztanowatego ogiera na pastwisku w jej towarzystwie.
-Czy jest możliwość, bym przejechał się na nim?- nieco ostudzając wesoły ton głosu, znów zadałem pytanie.
-Oczywiście. W takim bądź razie idź proszę do niego. Oczekuję na kolejną osobę. - odparła, odbierając mi swój telefon.- Do widzenia.
Również się pożegnałem, po czym wyszedłem z gabinetu. Nie miałem do czynienia z żadnym z koni do dzierżawy, więc postanowiłem wszystkie je obejrzeć. Długo nie zeszło mi na przejściu się do stajni dla koni do dzierżawy - stajnia była w kolorach szarości, nawet drewniane drzwiczki od boksu pomalowanie były na kolor szary. Bez większego entuzjazmu oglądałem stojące tam wierzchowce - największą uwagę przykuł Dancing, który spokojnie przeżuwał wrzucone do żłobu marchewki. Zdecydowałem się nawet na pogładzenie jego chrapek, lecz czas gonił, a około godziny 13 powinienem pojechać do sklepu, by kupić parę owocków. Na końcu stajni, w boksie opatrzonym numerem dziewiętnastym stał wysoki kasztan, z łbem uniesionym nad moją głowę. Cmoknąłem na ogiera, a ten zniżył łeb, trącając mnie w bark.
-Hej... To co? Może spacerek?- zapytałem, gładząc szyję Jumpera.
Z siodlarni przytaszczyłem stosunkowo lekki osprzęt, w kolorze ciemnej czekolady oraz bialy czaprak i podkładkę. Na wieszaku dyndał swobodnie błękitny kantar z dopiętym czarnym uwiązem, więc chwyciłem owe przedmioty i nadziałem je na pysk kasztana, uprzednio oczywiście wchodząc do boksu. Ogier wykonując parę niezadowolonych ruchów łbem, ruszył za mną, co chwila, przystając przy boksach innych koni. Czarny uwiąz szybko zawiązałem na haku w węzeł bezpieczny, przekładając końcówkę przez pętle. Kiedy koń stał już bezpiecznie, zacząłem czyszczenie od kopyt, gdyż wyglądały jak specjalnie napchane błotem, przez stajennego żartownisia - już nawet nie wspomnę o tym, iż przy okazji ich szczotkowania na rękę poleciał mi kawałek łajna, przez co gwałtownie odskoczyłem, strasząc przy okazji Jumpera. Jakieś 20 minut zajęło mi całkowite wyczyszczenie kasztanowatej bestii oraz odzianie go w siodło. Jeszcze przed założeniem mu ogłowia, zapiąłem czarne ochraniacze na jego nogach, po czym zsunąłem kantar na jego szyję. Wędzidło przyjął bez problemu, jedynie później z zapięciem skośnika było trudniej, gdyż po prostu cały czas mlaskał i otwierał pysk, kiedy przy czyszczeniu nie zauważałem u niego ziewania, jak w tej chwili. W teren postanowiłem na wszelki wypadek wziąć kamizelkę ochronną, więc dopiąłem ją i już w kasku wpakowałem się na ogiera. Póki co stał spokojnie, więc dociągnąłem popręg i wyregulowałem strzemiona, następnie zebrałem wodze i przyłożyłem łydkę. O koniu tym wiedziałem tyle, co kot napłakał, więc dość uważnie obserwowałem jego zachowanie przy dodaniu łydki czy podczas wjechania do lasu. Jumper miał dość energiczny stęp, więc postanowiłem przejść po około pięciu minutach do kłusa, oglądając pobliskie widoczki. Akurat przejeżdżaliśmy obok rzeczki, gdy zza krzaku wybiegł zając. Mały szarak przekicał przed zaciekawionym kasztanem, niestety strasząc ogiera na tyle, by wpędzić go w szaleńczy galop. Kasztan wjechał niemal do rzeki, w ostatnim momencie wykonując szybki wyskok, aczkolwiek nieudany z dwóch powodów - po pierwsze nie wylądował tam, gdzie chciał, po drugie zgubił jeźdźca.
-Cholera jasna Jumper! Wracaj tu natychmiast ciulu!- krzyknąłem, niczym lord, otrzepując się z błota.
Koń zniknął w gęstwinie, nim zdążyłem się obejrzeć. Przekroczyłem rzekę, uważając, by nie poślizgnąć się na błocie - po drugiej stronie ku mojemu zdziwieniu znalazłem parę śladów kopyt, ale moje szczęście i w tym wypadku nie dało o sobie znać - ślad urwał się po zaledwie 10 odbiciach. Szybkim krokiem ruszyłem prosto, gdyż spanikowany koń biegnie przed siebie, a nie szuka miejsca, gdzie by się ukryć. Kilka razy zawołałem konia po imieniu, choć nie usłyszałem żadnej odpowiedzi, wiedziałem, że kieruję się w dobrą stronę. I tak - kierowałem się w bardzo dobrą stronę. Jumper po kilku minutach ukazał mi się stojący przy drzewie z zaplątanymi wodzami - czyżby to tu poczułem, że ten koń jest idealnym odzwierciedleniem mnie?



789 słów = 3 p. 

20 punktów za zadanie + dzierżawa Jumpera



Steven!

Imię: Steven.
Nazwisko: Knighton.
Data urodzenia: 20.10.2000
Płeć: Męska.
Nr pokoju: 18.
Rodzina: Martha Summer Rangle - Kobieta, która zawsze dostaje to, czego chce. Niegdyś piękna i szczęśliwa, a po rozwodzie ze swoim mężem, całkowicie inna. Jej celem jest zadbanie, by firma, którą odziedziczyła po ojcu, dobrze prosperowała, a syn miał jak najlepsze życie. Swoją pociechę kocha ponad wszystko i nie chce, by kiedykolwiek spotkało go coś takiego, jak ją.
Jest wielką pasjonatką jazdy konnej, jednak z powodu pracy i miejsca zamieszkania (jakim jest aktualnie duże miasto), musiała z niej zrezygnować. Nic innego nie sprawiało jej tyle radość, więc kiedy zaprzestała jeździć, jej smutek tylko się pogłębił. Oprócz tego czasem maluje obrazy i pisze wiersze, jednak nie wychodzi jej to zbyt dobrze. Mimo swojej pewności siebie, nikomu nie pokazuje swoich prac. 
Jest wysoka, jej długie, czarne włosy kaskadami spływają na szczupłe ramiona. Ma przepiękny uśmiech i zmarszki, którymi w ogóle się nie przejmuje, bo ma ważniejsze rzeczy na głowie. Mimo swojej wybuchowości stara się być miła oraz pogodna.
Thaddaeus Christopher Knighton - Zawsze poważny i zdystansowany. Chociaż tego nie pokazuje, kocha swojego syna i chciałby spędzaćz nim czas, jednak Martha na to nie pozwala. Życie i jego przytłoczyło, żałuje swoich decyzji. W przeciwieństwie do swojej byłej żony nie potrafi wyjść na prostą. Pracuje na dość wysokim stanowsiku w firmie.
Podobnie jak jego żona, jest bardzo wysoki. Ma bujne, ciemno-brązowe włosy i srebrzyste oczy. Na jego twarzy nadal widać zmarszczki, które pozostały po szerokim uśmiechu.
Charakter: Steven jest cichy. Do czasu. Jego charakter jest tak różny, że niektórzy uważają go za dwulicowego. Zazwyczaj jest naburmuszony i wcale się nie odzywa, strojąc niezadowolone miny. Nigdy nie prosił się, by matka wysłała go do akademii jeździeckiej, bo z końmi żył jak pies z kotem. Mimo to, uszanował jej decyzję bo wiedział, że chce dla niego jak najlepiej. W jeździe konnej odnalazł spokój, podczas kiedy dookoła trwała burza. Wcześniej był wybuchowy, jak jego rodzicielka, jednak przeszedł diametralną zmianę, która sprawiła też, że stał się introwertykiem. Jedynym wspomnieniem przeszłości pozostała jego krzykliwość, której chyba nigdy nie zdoła się pozbyć.
Pierwsza strona młodego Knightona nie jest przyjazna, jednak całkiem inaczej jest wtedy, kiedy bliżej się go pozna. Chociaż nadal nie jest najprzyjemniejszy, okazuje się, że jest świetnym słuchaczem i rozmówcą. Ma jednak problem z nadmierną gadatliwością, bo zazwyczaj nikt nie chce go słuchać. 
Aparycja: Chociaż jego rodzice byli wysocy, on wzrostem nie grzeszy. Wszystko przez rodzinę ze strony babci, która częściowo składała się z azjatyckich emigrantów. Dlatego też mapewne cechy wyglądu, które upodobniają go do mieszkańców Azji i sprawiają, że jest ulubieńcem wszystkich babć i cioć, bo jest perełką rodziny.
Po swojej matce odziedziczył ciemne włosy (chociaż, kto wie, czy to nie sprawka tych cudacznych genów), a po ojcu stalowe, zimne oczy. Wiele osób mówi mu także o rysach twarzy, na przykład mocno zarysowanej szczęce czy charakterystycznym nosie, jako pozostałościach po rodzicach, ale on tego nie potwierdza.
Steven zawsze był szczupły, chociaż przez pewien czas miał małe problemy z nadwagą, kiedy prawie wcale nie wychodził z domu. Ma krótkie nogi, co zawsze go denerwuje, ale za to jego palce są naprawdę długie (i krzywe, ale to szczegół).
Najbardziej w swoim wyglądzie nienawidzi jednak uszu, bardzo odstających uszu. Kiedy był młodszy, próbował na wszelkie sposoby sprawić, żeby wyglądały lepiej (nie żeby któryś zadziałał), ale raczej już się z nimi pogodził.
Ulubiony koń: Sifil, Lemon.
Własny koń: Brak.
Poziom jeździectwa: Średniozaawansowany.
Partner: Brak.
Historia: Do czasu nastoletniego wiódł spokojne, normalne życie. Nie był wyjątkowym dzieckiem, geniuszem czy czymkolwiek takim. Jego rodzice dogadywali się znakomicie. Dopiero kilka miesięcy przed jego jedenastymi urodzinami wszystko obróciło się o trzysta sześćdziesiąt stopni i w ciągu roku stracił ojca, który do tego czasu był spójną częścią rodziny. Wtedy też rozpoczął się jego burzliwy okres dojrzewania, który dodatkowo pogorszył burzę panującą w jego rodzinie. Na szczęście, Martha nie załamała się i zrobiła wszystko, by jej syn powrócił do normalności. Nie zmuszała go do niczego, oprócz jednego - jazdy konnej. Początkowo Steven nie chciał nawet o tym myśleć, jednak w końcu kobieta dopięła swego. Wyprawiła go w nowiutki sprzęt i zabrała do stajni, w której niegdyś jeździła. Tam chłopak poznał podstawy, jednak nie brnął w to dalej. Dopiero po czasie okazało się, że jego matce udało się poprawić stan swojego syna tym zabiegiem. Mimo to Steven nadal nie przepadał za jeździectwem, co całkowicie nie przeszkadzało jego matce, by zapisać go do Akademii.
*Inne:
- Kiedy zaczął jeździć konno, miał 15 lat, ale naprawdę tego nienawidził. Jego poziom jeździectwa pozostawał taki sam przez dłuższy czas, aż jego matka nie postanowiła zmusić go do roboty, by jakoś zaprezentował się w Akademii.
- Ma wadę wzroku, choć naprawdę niewielką. Czasem nosi okulary, ale, jak na złość, zerówki.
- Lubi koty i psy, mógłby mieć ich całą masę.
- Nie przepada za słodyczami i nie potrafi pić kawy.
- Kiedyś został zapisany na karate. Po kilku treningach nigdy nie wrócił do sali treningowej.
- Czasem maluje farbami matki, ale tylko dlatego, że uwielbia się w nich babrać. 
Kontakt: Howre - TenebraeLumen, e-mail: mystery1389@gmail.com (Preferowany kontakt e-mailem)

Od Alyss C.D Mali

Wkoło mnie toczyły się dyskusje, gdzie iść, w jakim gronie i w ogóle po co. Kolejno wodziłam wzrokiem po rozmówcach, próbując zapamiętać wszystko to co mówili.
- Słuchajcie, może po prostu pojedziemy na plażę? Ciepło jest, a na plaży można zrobić prawie wszystko. - odezwała się w końcu Mali. Gdy nikt nie zgłosił sprzeciwu, każdy otworzył boks swojego ulubionego konia, osiodłał go i po chwili wszyscy znaleźliśmy się na drodze prowadzącej na chorwacką plażę. Było cicho, bardzo cicho, jedynym hałasem był stukot końskich kopyt i głośne rozmowy pozostałych trzech uczestników wyprawy. Nie ingerowałam w rozmowę, w końcu nie miałam możliwości w ogóle się porozumieć, bo trudno jest pisać ołówkiem na podskakującej kartce papieru, podczas, gdy się jedzie na koniu. Może niektórzy akrobaci czy inni ludzie mający utrzymanie równowagi w małym palcu uznaliby to tylko z wyzwanie, któremu na pewno podołają, ale mi było jeszcze daleko do takiej perfekcji. Po kilkunastu minutach jazdy ujrzeliśmy lekko żółtawy piasek na plaży i błękitozielone fale uderzające o brzeg. Zatrzymaliśmy się i wciągnęłam w płuca wspaniałą chorwacką morską bryzę. Podjechałam nieco bliżej trzyosobowej grupki. Zsiadłam z konia i przywiązałam go solidnie do jakiegoś płotka. Wyglądał na mocny, nie wydaje mi się, żeby mogło go coś wyzwać znowu tak łatwo. Usiadłam na piasku i popatrzyłam naprawie niewidoczną linię horyzontu. Kolor morza doskonale zlewał się z kolorem wiosennego nieba. Widok był przecudny. Nagle posmutniałam. Właśnie w takich chwilach bardzo żałowałam, że nie ma ze mną nikogo bliskiego. Owszem, w akademiku jest wiele wspaniałych osób, wszyscy są dla mnie mili, ja również, ale to wszystko. Wiem, że jestem tu od kilku tygodni i, że powinnam się już zaaklimatyzować, ale dla mnie to wciąż za mało. Wszyscy są tutaj tak bardzo zgrani, przyjacielscy, że ciężko jest się gdziekolwiek przebić... A może to tylko ja? Może to tylko ja sobie wmawiam, że tworzą się tutaj kółka wzajemnej adoracji? Nie wiem, potrzebuję czasu. Potrzebuję czasu by się tego dowiedzieć. Usłyszałam kroki za mną, a po chwili obok mnie usiadła Mali.
- Piękny widok, co? - zapytała luźno. Pokiwałam głową, uśmiechając się lekko - Mogę cię o coś zapytać? - dodała patrząc na mnie. Wyjęłam szaro-czerwony zeszyt
"Już to zrobiłaś, ale śmiało"
- Jak to się stało, że nie mówisz? Jeżeli mogę wiedzieć oczywiście... - powiedziała szybko dziewczyna, jakby bojąc się, że mówi coś niestosownego.
"To nie jest żadna tajemnica, ani nie jest to żaden temat tabu, by nikt nie mógł o to pytać... Po prostu tak się urodziłam. Nie wiem dlaczego. Jedni rodzą się niepełnosprawni, inni głuchoniemi, a ja nie mówię. To normalna kolej rzeczy, nikt na świecie nie może być idealny. Inaczej było  by bardzo nudno. Same zalety i zalety, nie ma niczego co można by doskonalić i w końcu ludzie stracili by jakiekolwiek zajęcie, bo wszystko by umieli i wszystko by im szło doskonale"

<Mali?>

465 słów = 3 p.

środa, 22 sierpnia 2018

Od Winter C.D Navarro

Ależ będę miała przerąbane.
Tak mocno.
- Emm…możemy uznać, że tego nie było? – burknęłam, dźgając Navarro lekko w bok, by się ode mnie wreszcie odsunął. I przy okazji przestał patrzeć mi się w oczy, jakby chciał wywiercić we mnie dziurę. O nie, źle to zabrzmiało.
- Winter, od kiedy ty masz chłopaka? – zapytała, oczywiście, ciotka z pięknym i cholernie szerokim uśmiechem. Szczerzyła się, jakby co najmniej moja matka nagle ozdrowiała czy ojciec do nas wrócił… O ojcu szczerze mówiąc, nigdy nie powinnam wspominać, nawet w myślach.
- Od… nigdy? – mruknęłam, skubiąc paznokcie. No, bo co miałam odpowiedzieć? Parą nie byliśmy, więc w sumie…obowiązku mówienia, że byliśmy razem czy coś nie miałam.
- Dzięki Zimka – prychnął cicho brunet. Odpowiedziałam mu twardym spojrzeniem, wyraźnie każąc mu się zamknąć. W sumie, gdyby nie fakt, że akurat przyłapały nas kobiety, to Nav dostałby w twarz jeszcze raz. Sam fakt tego, że wystarczyło, że mnie całował w taki sposób, że z mózgu robiła mi się gąbka. Sama już mało się kontrolowałam. Navarro, był po prostu…no cóż, pociągający. Więc zastanawiające było dla mnie to, czemu akurat jak wpadłam mu w oko.
Rozkminy Weters.
- Mamy zaraz cross, więc no – mruknęłam, popychając Nava w kierunku boksu Jumpera. Szczerze mówiąc, jakoś specjalnie nie miałam pomysły co do konia, którego chcę dzierżawić. Postawiłam sobie warunek, że musi to być wałach albo ogier. Pier*olenia się z kobyłami miałam dość.
I tak padło na Blue Sky.
Od razu, gdy mnie zobaczył, skoczył do mnie z zębami. Jednak po paru razach jak dostał w łopatkę, uspokoił się. Potem był już bardziej skory do współpracy.
- Cześć Blue – poklepałam go po ganaszu, łapiąc go za kantar i weszłam do boksu. Wyczyściłam go już wcześniej, więc zostało mi osiodłać. Kary wydawał się być koniem dla mnie idealnym, ale idealne konie nie istnieją. Każdy miał swoje wady, ale Blue w większości mi odpowiadał.
- To twój koń? – czysty hiszpański utwierdził mnie w przekonaniu, że Dora dalej nie nauczyła się angielskiego. A dla mnie rozmowa w ojczystym języku była po pierwsze niewygodna, a po drugie ciężka, bo bez odpowiedniego akcentu ciężko mi było wypowiedzieć większość słów.
- Nie. Będę go dzierżawić – odparłam, ostrożnie dobierając słowa. Zarzuciłam wałachowi podkładkę na grzbiet, czekając na jakże błyskotliwą odpowiedź kuzynki.
- Z twoim poziomem to współczuję mu – prychnęła z lekko wyższością. – I temu chłopakowi też.
Prychnęłam krótkim śmiechem, „przypadkiem” uderzając ją rozwiniętym strzemieniem, kiedy zdejmowałam ze ścianki boksu siodło. Miałam jej konkretnie dosyć, choć może byłyśmy z wyglądu dość podobne, to nasze charaktery znacznie się różniły.
- Wiesz co? W dupie mam twoje zdanie – warknęłam. W końcu dziewczyna się zamknęła, dzięki czemu w spokoju mogłam dokończyć siodłanie. Blue był w miarę spokojny, więc bardzo dobrze.
Zanim Navarro skończył przygotowywać gniadego, wsiadłam na Blue na korytarzu. Dopasowałam sobie strzemiona, dopięłam popręg i poprawiłam kask, który zsunął mi się na lewo. Gdy Navarro już podszedł do mnie z ogierem. Wdrapał się na niego i w ramię, w ramię, ruszyliśmy do wyjścia. W kompletnym milczeniu.
- Jesteś na mnie zła? – zapytał w końcu, kiedy jechaliśmy między padokami. Spojrzałam na niego nieco z ukosa.
- Nie, czemu mam być zła – wzruszyłam ramionami, zbierając lekko kontakt. Wałach już kilka razy próbował zwiać mi na bok i lekko zarzucał zadem. – To tylko moja pier*olnięta rodzinka. To bardziej ty powinieneś być na mnie zły.
- Chodzi mi bardziej o ten pocałunek – no to doj*bał. Rozmawianie ze mną o takich rzeczach najmądrzejszą sprawą nie było. – Okej, teraz o tym może nie rozmawiajmy.
Ruszyliśmy lekkim kłusem. Nie narzucałam Blue szybkiego tempa, dałam mu luz i po prostu oglądałam widoki. Po około trzydziestu minutach przeszliśmy w galop. Tutaj już karego musiałam konkretnie kontrolować, by nie gazował. W ciągu drogi zdążyłam zmienić nogę już z pięć razy, bo nie ogarniałam, na którą stronę jedziemy. Taka sytuacja.
***
Naprawdę, wylądowanie Navarro w rowie z wodą nie było moim pomysłem. Ch*j z tym, że specjalnie wyminęłam akurat tą przeszkodę, by Nav się rozproszył.
- Serio Winter? – zapytał taki tonem, że natychmiast wybuchnęłam śmiechem, prawie wypluwając pitą przeze mnie wodę. Cudownie. – Co cię śmieszy?
- Nic nic. Tylko wyglądasz jak zmokła kura – odparłam, dławiąc się przezroczystą cieczą. – Navarro nie.
Chłopak przymierzał się właśnie do oblania mnie wodą z węża. Odruchowo schowałam się za Blue, mając tym samym nadzieję, że zimna ciecz mnie tam nie dosięgnie. Niestety się myliłam.
- Ja jestem zmokłą kurą? – mruknął mi tuż przy uchu, trafiając mnie wodą w nogi. Automatycznie odskoczyłam od niego z piskiem. Rzuciłam w niego gąbką, ale on nie zamierzał skończyć tych tortur. Zdążył zmoczyć mnie całą, kiedy wreszcie się ogarnął.
- No dzięki. Teraz muszę iść się przebrać – burknęłam, rzucając mu koński szampon.
- To idź. Odprowadzę Blue, ale potem przyjdź do mnie. Porozmawiamy o tym, o czym mieliśmy – odpowiedział, dalej zanosząc się śmiechem. Obrzuciłam go ostatnim spojrzeniem i ruszyłam do akademików. Już tam ogarnęłam się i dałam zwierzętom jeść. Zdradziecka szuja Novis, oczywiście musiała mnie ugryźć podczas podawania suplementów.
I wtedy właśnie znalazłam ten list. Był zaadresowany do mnie, jednak danych nadawcy nie znalazła. W środku znalazłam dość dużą sumę pieniędzy.
Nawet nie zastanawiając się, o co robię, przeszłam przez korytarz i wparowałam do pokoju bruneta. Zignorowałam fakt, że był półnagi, po prostu walnęłam się na łóżko i zaczęłam oglądać kopertę dookoła.
- Co tam masz? – zapytał Nav, kładąc się obok mnie. – Czy to jest kasa?
- Nie, papier ścierny – mruknęłam dość sarkastycznie. – Tak, owszem. To są pieniądze. Duże pieniądze, a w dodatku nie wiem kto, mi to wysłał.
Navarro, wyciągnął rękę po przedmiot trzymany przeze mnie w ręku, a ja mu go po prostu podałam. Kiedy on oglądał papier, ja zagapiłam się na jego klatkę piersiową. Kurna mać, co się ze mną dzieje?
- A widziałaś ten liścik? – podał mi kawałek papieru. Rozwinęłam go i przeczytałam. „Zadzwoń do mnie” i numer telefonu.
- O kur*a – burknęłam, z powrotem opuszczając głowę na poduszkę. Po sekundzie nade mną znalazł się chłopak. Oparł się na łokciach po obu stronach mojej głowy.
- Nie kurwuj mi tu proszę – wymruczał, nachylając się nade mną. Po chwili poczułam jego usta na swoich.

1034 słowa = 6 pkt

wtorek, 21 sierpnia 2018

Podsumowanie!

Cześć! 
Ze smutkiem informujemy, iż wakacje niedługo dobiegną końca. Niestety aktywność nadal się nie poprawiła, więc byłyśmy zmuszone wyrzucić osoby nieaktywne. Poniżej podsumowanie. Przypominamy o evencie :D 

Helen - wyrzucenie

Naomi - nieobecność
Holiday - -20 punktów i ostrzeżenie na poczte
Esmeralda - 9 p.
Oriane - -10 punktów i przypominajka na pocztę
Riley - nieobecność
Lucy - wyrzucenie
Dagobert - nieobecność
Bellamy - wyrzucenie
Louise - wyrzucenie
Brenda - wyrzucenie
Lauren - wyrzucenie
Ana -  3 p.
Mali - -10 punktów i przypominajka na pocztę
Nikitta - wyrzucenie
Alyss - 3 p.
Cole - wyrzucenie
Christine - wyrzucenie
Gaia - -10 punktów i przypominajka na pocztę
Adrianna - wyrzucenie
Ivar - wyrzucenie
Zain - wyrzucenie
Violetta - -10 punktów i przypominajka na pocztę
David - 9 p.
Ansel - 9 p.
Czarls - -10 punktów i przypominajka na pocztę

Navarro - 24 p.
Winter - 30 p.


Przypominajki roześlemy dnia jutrzejszego :) Punkty wpisujemy dzisiaj :D ~Administracja

Od Navarro C.D Winter

-A więc, co się szykuje? - zapytałem, ścierając z wargi sos z pomidora. Tsa, lub błyszczyk Winter.
-Niestety wizyta rodzinki. - Zimka wywróciła oczyma, w gest swojego niezadowolenia.
-Dora i Sara? Nie ma co ukrywać, podsłuchiwałem, z resztą w naszym przybliżeniu było to nadzwyczaj proste. - odparłem, mocno kłamiąc, gdyż zrozumiałem jedynie imiona, a tak czy inaczej, zaplotłem dłoń z dłonią dziewczyny.
-Mhm...- Winter się odsunęła, opierając swoje wymowne tyły o ścianę.
Talia kart Uno leżała rozwalona na blacie stołu, czekając na poskładanie w jeden stos. Można by stwierdzić, że kolorowe kartoniki poległy w walce, gdyż niespodziewanie zaatakowała je Tośka, triumfalnie zwalając kilka ogonem. Zmuszony wtargnięciem drugiego kota na stół i jego niuchaniem w talerzach, naczynia odłożyłem do zlewu, by "się namoczyły". A teraz zajmijmy się jutrzejszym spotkaniem z rodziną Zimki - podstawową informacją było, ile lat mają osobniczki, noszące imiona Dora i Sara. Już nawet pominę pierwsze skojarzenie Dory z tą afro dziewczynką w różowych ciuszkach, szukającej na siłę kłopotów.
-A więc, ile mają lat? - rzuciłem szybko, wykładając się na podłodze.
Blondynka jeszcze parę chwil wpatrywała się w czarny ekran telefonu, po czym zwróciła oczy w moją stronę, przy okazji biorąc głęboki oddech.
-Dora siedemnaście, a Sara piętnaście.- usta dziewczyny zacisnęły się w prostą kreskę.
Niedługo było mi spoczywać w spokoju na wykładzinie, gdyż z rogu pokoju dobiegł głośny pomruk, po nim huk, a następnie ból - Toro wskoczył prosto na mój brzuch, tylną łapą celując idealnie w moją twarz. Już nie wspomnę o wymierzonym co do milimetra uderzeniu w dość ważne dla mężczyzn miejsce, narażone na urazy dostatecznie mocno przy leżeniu.
-Ku*...- syknąłem, w mig podnosząc się z podłogi.
Donośny śmiech Winter nie pomagał w uporaniu się z nieznośnym bólem. Wtedy stwierdziłem, iż potrzebuję chwili sam na sam ze sobą, co szybko wykonałem, z grymasem na twarzy wychodząc na korytarz.
Zrobię mały skip time do momentu, w którym wróciłem do pokoju. Pokój wyglądał równie pięknie co wcześniej, lecz mą uwagę zwróciła jedna rzecz - mianowicie Winter przyklejona twarzą do fotela. Obecnie wykonywaną przez nią czynność nie trudno było określić, dziewczyna zasnęła. Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy dziewczyna odwróciła się na plecy, rozkładając szeroko ręce. Nie wiedziałem, iż moja podłoga była aż tak wygodna, by dało się na niej spać, naprawdę, jednak na przykładzie dziewczyny można było stwierdzić, iż jej twardość pozwala na głęboki sen. Schyliłem się, podkładając rękę pod talią dziewczyny, następnie w zgięciu kolan, po czym bez większego wysiłku uniosłem blondynkę do góry.

*-*

Sam ranek zapowiadał się całkiem całkiem - temperatura na zewnątrz wahała się między 26, a 27, co już uznawałem za tropiki, a około godziny 10 miała ona sięgać aż 35 stopni, co, ekhem, lekko mnie przeraziło, gdyż mieliśmy z Winter przejechać mniejszy tor crossowy, a jak wiadomo, konie podczas upałów to jak rozsierdzone osy, uganiające się za kwiatkiem. Tośka już od świtu łaziła po oknach, czasem zaglądając do miski, spodziewając się magicznego jej napełnienia. Co można robić o godzinie 5 rano? Przeglądać media społecznościowe w poszukiwaniu pomysłu na dzisiejszy dzień, który i tak miał być delikatnie mówiąc, po prostu spieprzony.
-Kobieto, wyłaź już, bo wywalę te drzwi jak nic. - krzyknąłem szybko, do zabarykadowanej w toalecie dziewczynie, już nie wspominając o tym, iż po wejściu do niej kilka razy sprawdzała, czy na pewno się zamknęła, heh.
Dziewczyna najpewniej mruknęła coś pod nosem, jednak zignorowałem to i dalej "scrolowałem" strony na facebooku. Myślę, iż mogę już ominąć moment wyjścia dziewczyny do swojego pokoju. Przygotowanie się do reszty dnia zajęło mi niecałe 20 minut. Tabaca po chwili została odziana w czerwone szelki i wypuściłem ją na korytarz, by następnie pójść z kotką na śniadanie. Zabieranie kota na śniadanie nie miało sensu, gdyż i tak dla kotki na stołówce nie ma nic do zjedzenia, ale przecież przez to może poznać wiele nowych zapachów. Usiadłem przy wolnym stoliku z talerzem wypełnionym świeżą sałatą, z myślą o kotce przyniosłem z innego stolika dla niej krzesło, lecz ona nie skorzystała z oparcia, a jedynie wyłożyła się na stole, obok talerza. Ze zdziwieniem stwierdziłem, iż przez przesiedziane na stołówce 10 minut nigdzie nie dostrzegłem blondynki z dwoma zwierzakami przy boku. Gdy do ust włożyłem ostatni kawałek pomidora, odłożyłem talerz i z uśmiechem na twarzy podziękowałem kucharkom za śniadanie. Kotka przystawała czasem przy drzwiach, obwąchując progi i ocierając się o nie boczkiem.
W stajni od razu dostrzegłem Winter, stojącą przy boksie Melanii. Z tego, co się orientowałem, dziewczyna nie przepadała za kobyłami.
-Hej. - powiedziałem, opierając się o niedaleki boks Neveminde'a.
-Cześć.- Winter szybko odparła, gładząc gniadą po chrapach.
-Nie było Cię na śniadaniu...- powiedziałem, spoglądając na dziewczynę.
-Byłam. - odparła pewnie, odwracając się w moją stronę z pokerową twarzą.
-Nie byłaś, chyba bym nie przegapił Ciebie, moja droga. - chrząknąłem, uśmiechając się do blondynki. - Mam nadzieję, że się nie odchudzasz? - zapytałem, wkładając w głos sztuczną troskę, typu troskliwa mamusia.
-Nie! Po prostu nie miałam ochoty jeść.- Zimka oburzyła się, zaciskając dłonie na piersiach.
-Na pewno? Nie jesteś głodna? - W tym momencie poczułem całe oburzenie Zimki na sobie w postaci bolesnego liścia.
-Kurwa mać nie jestem głodna!- Blondynka walnęła pięścią o boks, co nie ukrywam...lekko mnie zdziwiło. Nie wiedziałem, że w tak drobnym ciałku może kryć się tak dużo złości.
-No już, spokojnie. - z uśmiechem na twarzy podszedłem do dziewczyny, chwytając jej ramiona po obu stronach.
Pochyliłem się nad nią, za jej plecami przełożyłem swoje ramię, po czym delikatnie położyłem swoje wargi na jej, lekko wpijając się w nią. Czyżby sposób na wszystkie złości Zimki właśnie został odkryty? Przez chwilę tak myślałem, lecz gdy na drugim policzku poczułem siarczysty ból, uświadomiłem sobie, że muszę chyba słabo całować, ale wyczułem pewne podobieństwo między Winter a nieujeżdżonym koniem. Navarro, czy już pora na to, by zrezygnować, a może warto dostać jeszcze raz po pysku, za to, co zaraz zrobisz? Popchnąłem dziewczynę na boks, przygniatając ją do drewnianych drzwiczek, ponownie wpiłem się w jej usta, o ścianę opierając się jedynie lewą ręką, gdyż prawą odgarniałem z twarzy Winter włosy. Dłonie dziewczyny zacisnęły się na moim karku, a jej usta lekko docisnęły się do moich. Jedną ręką podniosłem blondynkę odrobinę do góry, a ta oplotła nogi wokół moich bioder, dłonią wędrując na moje włosy.
-A więc tutaj trzymamy nasze konie stajenne. Jak wam się... A CO TU SIĘ?!- z daleka usłyszeliśmy przerażony krzyk dyrektorki.
Oderwaliśmy się od siebie w mgnieniu oka. Przy wejściu zauważyliśmy cztery "kobiety", w tym jedną dyrektorką. Trzy pozostałe kobiety to musiały być krewne Winter - wnioskowałem po raczej uderzającym podobieństwie. Zażenowanie wymalowało się na mojej twarzy, a w głowie zaczęły wykwitać miliony pomysłów na wytłumaczenie tej niezręcznej sytuacji. Blondynka odgarnęła włosy z twarzy, po czym spoglądnęła na mnie.

Winter? 8))


1099 slów = 6 pkt.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Od Winter C.D Navarro

Świetnie. Navarro popieścił mnie wodą, gdzie dopiero co się przebrałam. Super.
- Ja*pierdole, zimna! - pisnęłam, odsuwając się na bok. Niestety, ale moje pojebane szczęście postanowiło dać mi z liścia. Poślizgnęłam się na mydle, wpadając prosto w ramiona chłopaka.
Mhm, dziękować mojej ciapowatości.
- Wybierasz się gdzieś? - zaśmiał się Nav, odstawiając mnie do pionu. Uśmiechnęłam się delikatnie, odsuwając rękę od jego torsu. O kurwa. Uśmiechnęłam się do niego. Przecież ja zazwyczaj się nie uśmiechałam.
- Masz piękny uśmiech - powiedział chłopak, cofając się ode mnie.
Podniosłam cholerne mydło, odkładając je na półkę.
- Wiesz co? - odezwałam się po kilku minutach ciszy. Nav podniósł pytająco brwi. - Nawet cię lubię.
Lekki uśmiech chłopaka powiększył się, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że chyba mu zależało.
Na mnie do cholery.
Pani Ross poprosiła nas o wachtę wieczorną, na którą zgodziliśmy się z entuzjazmem.
- Masz rodzeństwo? - zapytał nagle Navarro. Spojrzałam na niego znad miarki paszy.
- Mam. Brata. Jest sześć lat młodszy - odparłam, wzruszając ramionami. - Nie za dobrze się dogadujemy. Za duża różnica wieku.
Ale ściemniasz Weters.
- A rodzice? - z jego ust padło kolejne pytanie. Rzuciłam mu szybkie spojrzenie. - Przepraszam, że tak pytam, ale...
- Spoko - przerwałam mu gwałtownie. - Mam tylko matkę, ojca nigdy nie poznałam. Zostawił nas.
Z psychiczną matką, ale to tylko małe niedomówienie.
- No to mamy ze sobą coś wspólnego. Co prawda mnie ojciec nie zostawił, ale... nie był zbyt dobrym człowiekiem. Siedzi.
Na chwilę mnie zatkało. Jakoś tak sobie zawsze wyobrażałam, że brunet ma idealną rodzinę, która go kocha. A tu taka niespodzianka.
- Telefon ci brzęczy - chłopak podał mi starego grata. Na wyświetlaczu pojawiło się imię mojego brata. Automatycznie spanikowałam. Jak Charlie do mnie dzwonił, to oznaczało, że nie działo się dobrze.
- Halo? - powiedziałam do słuchawki, zastanawiając się co mogło się stać.
- Winter Weters? Dzwoni doktor Coor. Pańska matka trafiła do szpitala, podejrzewamy krwawienie do mózgu. Jest może pani w stanie przyjechać? - słysząc płynny hiszpański, natychmiast przypomniałam sobie o ojczystym języku.
- Ale... jestem w Chorwacji. Jak to się stało, czemu ona...? - język plątał mi się jak cholera. Posługiwanie się czterema językami level ekspert.
- Jeszcze nie wiadomo. Pańską matkę znalazł pani brat. Od niego dowiedzieliśmy się, by dzwonić do pani.
No tak. W końcu byłam najtrzeźwiej myślącą osobą w całej rodzinie.
- No dobrze. Da mi pan znać, jak będzie już coś wiadomo?
- Oczywiście.
Po tych słowach rozłączyłam się i aż musiałam usiąść. Żeby nie było, kochałam mamę. Fakt, była uciążliwa, ale wciąż była moją matką.
Odgarnęłam włosy z twarzy, zakładając krótkie kosmyki za ucho. Z tego, co się orientowałam, krwawienie do mózgu mogło zwiastować śpiączkę.
- W porządku? Nie brzmiałaś szczególnie ciekawie - poczułam ciepłą rękę chłopaka na swojej.
- Moja matka... trafiła do szpitala. Pewnie nic jej nie będzie, ale trochę mnie to zdziwiło - odparłam powoli. Podniosłam wzrok na zielone tęczówki Navarro i zobaczyłam w nich coś pomiędzy troską, a współczuciem. Dało mi to swego rodzaju poczucie, że rzeczywiście kogoś przy sobie mam. Już nawet nieważne było to, ile go znałam. Po prostu... nawiązała się między nami nić zaufania.
- Coś poważnego? - w jego głosie wyczułam autentyczną troskę.
- Nie znam się na medycynie. Ale chyba tak - głos mi się delikatnie załamał. Nie rozklej się do cholery.
- Chodź - mruknął, obejmując mnie ramionami. Oparłam czoło o jego ramię, zaciskając palce na materiale jego koszulki. Cholera. On naprawdę ładnie pachniał. I miał przyjemnie ciepłe dłonie. Nie wiem jakiego żelu pod prysznic używał, ale obłędnie pachniał piernikiem.
- Kocham zapach piernika - wymamrotałam, już w zasadzie nie zastanawiając się, co mówię.
Navarro zaśmiał się krótko, dłonią przeczesując moje włosy. Pamiętam, że kiedyś ojciec mi tak robił. To było bardzo stare wspomnienie, nawet nie wiem, czy prawdziwe. Ale to nie zmienia faktu, że to mnie odprężało.
- Serio - mruknęłam. Nav ponownie się zaśmiał. - Co się śmiejesz. Taka prawda.
Poczułam przelotny dotyk jego warg na szyi. Zadrżałam delikatnie. Takie gesty nie były dla mnie normalne w żadnym stopniu. A jednak się nie broniłam.
- Nie wątpię - odparł brunet, kiedy w końcu się od niego oderwałam. Nie miałam na to kompletnie ochoty. - Wracajmy do pracy. Potem pogadamy.
Zgodziłam się z nim, bo w końcu mieliśmy całą stajnię do nakarmienia.
*
Jak się okazało, Navarro postanowił zaciągnąć mnie do swojego pokoju. Dlatego wzięłam ze sobą psa oraz Novis i ruszyłam do jaskini smoka.
A nie. Pokoju chłopaka.
- Ty... umiesz gotować - stwierdziłam, widząc, jak wykłada składniki na kuchenny blat. Była to dla mnie swego rodzaju nowość.
- Takie hobby. Pomożesz mi? - zapytał, choć znał odpowiedź.
Podczas procesu przygotowywania nam posiłku, zdążyłam dość mocno się uwalić. Głównie jajkiem, którego od cholery nie potrafiłam wbić. Z pomocą dopiero przyszedł mi Nav.
- Szakszuka. Dobrze to czytam? - zmarszczyłam brwi, próbując przeczytać nazwę naszego dania. - Gorzej nie mogli tego nazwać.
Navarro delikatnie się uśmiechnął.
- Cóż. Parzone pomidory - odparł chłopak, podając mi moją porcję.
- Też można - na moje usta wpełzł ledwo widoczny uśmiech. - Pytanie trochę z dupy, ale... śpiewasz może?
- Nie ciągnęło mnie nigdy do śpiewania. A ty, śpiewasz?
Chwilę wahałam się z odpowiedzią. Niby od dwunastu lat grałam na fortepianie i skrzypcach, moja rodzina zachwycała się moim głosem, ale od kilku lat tego nie robiłam.
- Nie. Już nie - odparłam, zajmując się jedzeniem, czując na sobie spojrzenie bruneta. Ten facet był chyba stalkerem. Tylko mam nadzieję, że nie takim, który prześladował mnie przez gimnazjum.
To nie skończyło się zbyt dobrze.
Po skończonym posiłku chłopak zaproponował grę w Uno. Wszystko spoko tylko, że go ograłam. Dziesięć do zera.
- Cholera, Zimka. Jak? - prychnął niby wkurzony, kiedy położyłam ostatnią kartę.
- Tak oto kończą się godziny spędzone z babcią, mój drogi - powiedziałam zadowolona z siebie.
- Nie wnikam w tajniki twojego sukcesu - zaśmiał się, pochylając się do mnie nad stolikiem. Przełknęłam ślinę, wiedząc co się zaraz stanie. W pierwszej chwili, kiedy jego usta dotknęły moich, chciałam uciekać. W drugiej, po prostu postanowiłam dać się ponieść.
Objęłam jego kark dłońmi, przysuwając się jeszcze bliżej. Ja naprawdę wariowałam. Nie miałam ochoty tego kończyć, ale dźwięk dzwonka telefonu skutecznie oderwał mnie od zielonookiego.
Z paniką rozejrzałam się po pomieszczeniu, szukając komórki, która jak się okazało, leżała za mną na kanapie. Złapałam ją i natychmiast odebrałam nawet, nie patrząc kto dzwoni.
- Hola Winter! - takie przywitanie miała tylko jedna osoba. Ciotka Dona. Mam prze*ebane.
- Cześć ciociu - wydusiłam, odsuwając się lekko od Navarro. Chłopak miał chyba jednak nieco inną koncepcję mojego położenia względem niego, więc z powrotem znalazłam się bardzo blisko jego torsu.
- Odwiedzamy cię kochanie! Dora i Sara chcą się z tobą zobaczyć. No i zabieramy twojego brata na czas, który twoja mama spędzi w szpitalu - wytrajkotała ciotka. No tak. Mama. Zoperowali ją i teraz musiała zostać dwa tygodnie na obserwacji. Tyle dobrego, że nie wpadła w śpiączkę.
- Ale kiedy ciociu? - zapytałam ostrożnie.
- Jutro najlepiej - odparła wesołym tonem. - Niestety muszę już kończyć kochanie. Do zobaczenia!
Nie zdążyłam się nawet pożegnać, kiedy się rozłączyła. Ale jedno wiedziałam.
- Mamy przewalone - mruknęłam do Nava.

1194 słowa = 6 pkt.

piątek, 17 sierpnia 2018

Od Ansela do Naomi

Porywisty, wiejący znad morza wiatr rozwiewał moje włosy we wszystkich możliwych kierunkach. Wtedy lekko przydługie, bo sięgające niemalże do ucha, brązowe kosmyki zaczęły mnie irytować, gdy nie udało mi się ich zaczesać do tyłu. Uparcie zakrywały mi czoło, ograniczając komfort przyglądania się powoli zachodzącemu słońcu. Gwiazda, choć długo i dla większości osób nieznacznie, sunęła ku horyzontowi, by w najbliższym czasie zakrzywić swój blask w tafli niespokojnego morza. Robiło się coraz chłodniej – gdyby nie to, że brałem tego dnia prysznic już dwukrotnie, rzekłbym, że po wysokich temperaturach, obecnych jeszcze kilka godzin wcześniej, nie było już najmniejszego śladu. Wreszcie nastał odpowiedni moment, w którym bez skrupułów mogłem pomyśleć o wyjeździe poza granice stajni — nie musiałem w końcu targać już ze sobą cysterny wypełnionej wodą, by móc przetrwać chociażby chwilę na końskim grzbiecie. Tym razem, podążając po usypanej kamyczkami ścieżce w kierunku pastwisk, trzymałem w lewej dłoni zgrabny, zielony kubek. Naczynie wypełnione było niemalże po samą górną granicę kawą, upijaną przeze mnie stopniowo, wraz ze wzrostem pokonywanej odległości. Zupełnie tak, jakbym usilnie nakłaniał siebie do przełykania wrzątku, pocieszając się wizją wcale już nie tak nierealnego terenu. Pozostało tylko dotrzeć cało do odpowiedniego budynku, dopić kawę i odnaleźć mityczną postać, poleconą mi przez właścicieli, rzekomo zwaną Naomi i znającą okoliczne szlaki.
  Jak się okazało, dopełnienie tych trzech prostych czynności było dla mnie zbyt trudne. Zachwiałem się. Straciłem równowagę, w panice rozglądając się za czymkolwiek, czego mógłbym się złapać. Zrobiłbym wówczas wszystko, byleby nie runąć na ziemię i zbierać ze ścieżki resztek swojej poobijanej godności. Cała sytuacja trwała zaledwie moment, bo w przeciągu kilku, może kilkunastu sekund głośno przekląłem, wylałem na siebie całą zawartość kubka i prawie skręciłem kostkę na zbyt ruchomych kamieniach.
- Zajebiście. – Odkaszlnąłem, uświadomiwszy sobie, że podczas całego tego zajścia uparcie broniłem się przed uskutecznieniem niezbędnego jednak oddychania. Pierwszy raz odważyłem się też spojrzeć w dół, gdzie spoczywały w drobnych odłamkach resztki porozbijanego naczynia. Zaraz po oblaniu się kawą, nie dbałem o to, by wciąż mocno trzymać uchwyt. – Za – je – biście.
Tego dnia, choć był spokojny i skończyć miał się równie dobrze, albo trzymał się mnie pech, albo wrodzony kretynizm postanowił poinformować najbliższe otoczenie o moich drobnych lukach w psychice. Zamiast od razu pozbyć się przylegającego do mnie, oblanego wrzątkiem materiału, wolałem zastanawiać się nad sensem egzystencji i przewrotnością losu. Dopiero po kolejnej, choć pewnie krótszej niż podejrzewam chwili, zrzuciłem z siebie koszulkę, do której zacząłem zbierać roztrzaskaną porcelanę. I nie, choć sam się wtedy tego obawiałem – poradziłem sobie całkiem nieźle, nie kalecząc się w dłonie i nie wyrządzając kolejnych szkód. Zawinięte w mokrą bawełnę odłamki brzęczały tylko czasem, gdy stawiałem bardziej gwałtowne kroki. Podążając już do głównej stajni, tylko podświadomie cieszyłem się z chłodnych powiewów wiatru, napierających na mój odkryty tors. Zagryzałem po prostu wargi, licząc, że ból związany z delikatnym zaczerwieniem na moim brzuchu przeminie, a zmarnowane przeze mnie wcześniej sekundy nie okażą się wyjątkowo kluczowe i okrutne w skutkach.
  Do prowizorycznego pomieszczenia socjalnego wpadłem szybko, odszukując własną szafkę, a zawiniętą na co najmniej kilka różnych sposobów bluzkę wrzuciłem do zbłąkanej, leżącej na ziemi siatki, notując szybko w głowie, by wyrzucić jej zawartość potem w bardziej bezpieczny i adekwatny sposób. Dziękowałem wtedy w myślach po raz pierwszy i pewnie ostatni właścicielom, którzy pomyśleli o zamontowaniu dla uczniów blaszanych, dosyć pojemnych kredensów, gdzie nie tylko trzymałem rzeczy stricte niezbędne do jazdy, ale też kilka zapasowych koszulek. W panujące ostatnimi czasami upały nietrudno było się prosić o częste zmiany ubrań.
Przekręciłem szybko zamek we właściwej szafce po wpisaniu kodu, by w pośpiechu móc w końcu przeszukać wszystkie trzy półki i udać się w niedalekiej przyszłości do przydzielonego mi konia. Z tego, co było mi wiadomo, Paris nie jeździła już trzeci dzień, więc na przygotowanie jej wolałem dać sobie więcej czasu, abyśmy najlepiej obydwoje wyszli z tego cało. Prawdopodobnie ratowało mnie tylko to, że przewyższałem ją wzrostem i zdążyłem w miarę przyzwyczaić się do jej zachowania w ciągu mojego krótkiego pobytu w akademii.
Nawet udało mi się całkiem uwinąć. Na bark zarzuciłem nową koszulkę, rękawiczki wrzuciłem do trzymanego przeze mnie kasku, podczas gdy drugą ręką siłowałem się z opornie zamykającymi się drzwiczkami. Zawiasy w końcu ustąpiły pod moim naporem, zamykając się z hukiem.
Siłując się z szafką, widocznie nie usłyszałem, jak przestałem w pomieszczeniu być sam. W odległości dosłownie trzech może czterech metrów, jak gdyby znikąd, pojawiła się niewysoka, drobna szatynka. Chyba ją przestraszyłem, bo usłyszawszy huk, wzdrygnęła się, przyciskając trzymany w ramionach top mocniej do swojego ciała.
- Długo będziesz się tak przyglądać? – warknęła, nie przerywając wymiany dziwnych, lecz absolutnie nieskrępowanych spojrzeń. Fakt faktem, trwaliśmy tak chwilę – uświadamiałem sobie, dosyć wolno jak na swoje dotychczasowe zmagania, że to właśnie ją polecali mi właściciele do zaciągnięcia w pierwszy teren. Zgodnie z opisem rozpoznałem ją po wzroście (a sięgała mi może nieco ponad zgięcie w łokciu), pojedynczym cechom aparycji i pierwszemu wrażeniu – małżeństwo opisało ją w punkt. Pewnie podejrzewali, że odstraszy mnie od siebie na dobre. W końcu, czy ja, najmilszy na świecie Ansel, mógłbym skrzywdzić nawet muchę? Dziewczyna stała przede mną odziana w biustonosz i dolne części garderoby, jak gdyby udając, że wcale sama nie wpatrywała się we mnie o sekundę za długo. Widoki dziewcząt w bieliźnie nie robiły już na mnie żadnego wrażenia. Choć musiałem przyznać – gdyby nie to, że… po prostu nie, to może i zwróciłbym na nią uwagę. Miała w sobie to coś.
- Naomi? – Dziewczyna uniosła wzrok jak poparzona, pewnie spodziewając się, że nie zamieni ze mną już ani słowa. Rozbawiła mnie reakcja na znajomość jej imienia. – Właściciele chyba nieszczególnie za tobą przepadają?
Wydawało mi się to dosyć oczywiste. Nie dość, że dawali jej do wykonania czarną robotę, bez możliwości sprzeciwu, to na dodatek wysyłali mnie. I nie przychodziłem z dobrą nowiną ani kuponami do fastfooda.
- Zawsze wtrącasz się w nie swoje sprawy? – Spojrzała w moim kierunku, uprzednio odwracając go ode mnie, chyba żeby dyskretnie nabrać powietrza. Czyżby hamowała się przed wypowiedzeniem kilku słów za dużo?
- A Ty zawsze jesteś naburmuszoną zołzą? – Narzucając na siebie podkoszulek, obdarowałem ją sztucznym uniesieniem kącików ust. – Za pół godziny wyjeżdżamy w teren.
- Słucham?
Nagrodziła moje starania dokładnie tym samym – kpiną. Przyglądanie się jej coraz to jaskrawszym odzewom było czystą przyjemnością. Na moje słowa wyprostowała się, tym razem już w pełni ubrana, skrzyżowała ręce na biuście i wyzywająco oczekiwała na nadchodzący odzew.
- Jak dla mnie, możesz wziąć nawet i metrowego kucyka – odparłem, z cieniem uśmiechu na ustach. Irytowała ją moja pewność siebie – dokładnie tak samo bardzo, jak mnie wyprowadzała z równowagi jej beznamiętność i ostentacyjne ignorowanie moich drobnych gestów.
Zanim zdążyła mi odpowiedzieć, sięgnąłem po pozostawiony kask i rękawiczki, szykując się do wyjścia z pomieszczenia. Prawie już je opuściwszy, obróciłem tylko głowę przez ramię i szybko rzuciłem:
- Chociaż Rose powiedział, żebyś przygotowała Euforię.
- Żartujesz sobie? – Zagrodziła mi nagle drogę, nie spuszczając wzroku z mojej twarzy. Musiała unieść głowę nieco do góry, by móc wciąż kontynuować tę czynność.
Tym razem całkiem szczerze parsknąłem śmiechem, dając wciągnąć się w trwającą bitwę na spojrzenia. Rozśmieszała mnie.
- Wyglądam, jakbym nie był w stanie cię do tego nakłonić? Szczerze mówiąc, to nie masz innego wyjścia. – Uśmiechnąłem się, robiąc krok w bok, by móc wyminąć ją w przejściu. – Będziesz mogła sobie wpisać dzisiejszy wieczór do CV.
Szybko, by sprawnie mieć czyszczenie za sobą, skierowałem się do boksu Paris. Co prawda Naomi z całą pewnością nie uważała dyskusji za skończoną i miała coś jeszcze do powiedzenia, jednak w tamtym momencie zupełnie nie zwracałem na to uwagi. Liczyło się dla mnie tylko to, żeby za mniej niż dwa kwadranse znaleźć się w siodle i wyjechać poza akademię. Na dobrą sprawę, dziewczyna była jedynie przykrywką dla całego przedsięwzięcia – nie szukałem towarzystwa na siłę, ale nie miałem ochoty tłumaczyć się właścicielom z samotnego i całkowicie nieprzemyślanego wyjazdu.
Klacz stała w kącie boksu, na oko przybrudzona tylko z lewego, wytarzanego w błocie boku. Odłożyłem więc wszystkie swoje rzeczy. Puste, trzymaniem niczego zajęte już ręce pokierowałem po kantar i uwiąz, przewieszony przez metalowy haczyk. Na dźwięk otwieranych drzwiczek holenderka poruszyła się nieco energiczniej, odwracając łeb w moim kierunku. Zainteresowana wąchała jedną z moich dłoni, podczas gdy drugą nakładałem jej kantar na smukły, siwiejący pysk.
- Nic dla ciebie nie mam – wytłumaczyłem się, kiedy przeszukiwała kieszenie w moich bryczesach w poszukiwaniu czegokolwiek, co nadać mogłoby się do ewentualnej konsumpcji. Poklepałem ją po masywnej szyi, by zaraz zająć się przywiązywaniem uwiązu do krat po wewnętrznej stronie obszernego boksu. Wychodząc na chwilę od niej, by zabrać kilka szczotek i większą część osprzętu, usłyszałem tylko skrawki nieopodal toczącej się dyskusji. Jedno było pewne – Naomi, bo jeden z głosów należał do niej, próbowała przekonać właścicielkę o braku konieczności naszego wyjazdu. Śmieszyła mnie jej zawziętość i robienie wszystkiego, byleby trzymać się swojego diametralnie odmiennego zdania. Intrygowała mnie tym, choć byłem przekonany, że na dłuższą metę zdrowe zainteresowanie przerodzić się może w irytacje i bezwarunkowe chamstwo. Na razie byłem miły i starałem się nawet słuchać, gdy coś do mnie mówiła. Dziewczyna po krótkiej chwili, w której zdążyłem zaledwie odnaleźć sprzęt podpisany imieniem klaczy, wparowała do tego samego pomieszczenia. Zanim się odezwała, niemalże niezauważalnie wciągnęła powietrze i obdarowała mnie krótkim spojrzeniem spod gęstych rzęs. Gdybym był normalny, pewnie doceniłbym jej starania.
- Za dwadzieścia minut spotkamy się pod stajnią – wymamrotała, zaciskając zęby. – Nie spóźnij się, bo wyjadę wtedy sama. – Po czym wyszła, zostawiając mnie z triumfalnym poczuciem wyższości. Podwoiła u mnie idealne mniemanie o samym sobie. Nie, żebym nie spodziewał się, że i tym razem stanie na moim. Pomijając sprzyjające okoliczności, po prostu wygrałem argumentami. Mimo tego, że nie musiałem nawet wypowiedzieć ich na głos.
Wróciłem dwie minuty później do Paris. Siodło zawisło na stojaku, podczas gdy zająłem się czyszczeniem całego jej grzbietu, zadu, nóg i właściwie całej reszty ciała, do której należało dotrzeć szczotką. Po żmudnej, ale na szczęście absolutnie niemęczącej pracy, odetchnąłem z ulgą, gdy ponownie odzyskać mogła status czystego, zadbanego konia. Z kopytami był nieco większy problem – tutaj holsztynka nie zamierzała współpracować, a przynajmniej nie na takich zasadach, jakich oczekiwałem. Nawet jeśli otrzymywałem kopyto, zostało ono raz po raz zabierane sprzed zasięgu mojego wzroku, zanim zdążyłem na dobre schylić się z kopystką. Przy tylnym kopycie nie dużo brakowało, żebym oberwał we wciąż lekko opuchnięty brzuch. Jednak Paris widocznie postanowiła się nade mną w ostatnim momencie zlitować. Ostatecznie spód każdej z czterech nóg był dokładnie oczyszczony, a ja z czystym sumieniem mogłem nałożyć na nie bordowe ochraniacze. Czaprak, zresztą w tym samym kolorze, już w nieco szybszym tempie znalazł się na jej grzbiecie – zaczął gonić nas czas. Potem poszło już z górki – zarzuciłem na nią kolejno puchatego, amortyzującego miśka, wyprofilowane pod skoki, brązowe siodło i luźno dopiąłem skórzany popręg tuż za jej przednimi nogami. Wyciągnąłem też prawie maksymalnie strzemiona w dół – choć na Paris nie wyglądałem tragicznie pod względem wzrostu, tak moje nogi wciąż wymagały długich, często specjalnie dobieranych puślisk. Nim w jej pysku spoczęło wędzidło, poczęstowałem ją kawałkiem marchewki, zabranej wcześniej po drodze z paszarni. Podczas gdy ona mieliła zębami warzywo, ja sam założyłem już kask i poruszyłem dla upewnienia zamkiem oficerek. Po krótszej chwili wraz z klaczą wyszliśmy na pusty, zamieciony korytarz, będąc w pełni gotowi na w zasadzie… wszystko.
Nie odnalazłszy w zasięgu wzroku szatynki, przed wejściem do stajni zatrzymałem się na pustym uboczu. Zarzuciłem na szyję Paris wodze, zebrałem je tuż nad siodłem i odbijając się od ziemi, po chwili siedziałem na jej grzbiecie, po raz kolejny sprawdzając popręg. Klacz chyba niecierpliwiła się bardziej niż ja w oczekiwaniu na towarzyszki naszej drobnej ekspedycji.
- Ruszamy. – Ni stąd, ni zowąd, za nami pojawiła się Naomi, zajęta wsiadaniem na kasztanowatą arabkę. Nie zajęło jej to zbyt dużo czasu – poprawiła się w siodle, odrzuciła upięte w kucyka włosy do tyłu i prędko nas wyminęła. – Zasad jest kilka…
Prychnąłem.
- Nie siedzę pierwszy raz na koniu – odparłem szybko, nie dając dokończyć dziewczynie zdania. – Możesz sobie darować.
- Albo jedziemy po mojemu, albo możesz wracać. Z tym chyba dasz sobie sam radę? – zakpiła, zatrzymując Euforię.
Odwróciła się w siedzisku, obrzucając mnie wyczekującym spojrzeniem. Czyżby to jednak nie było pytanie retoryczne?
- Słuchaj, Słoneczko. – Pokręciłem ze śmiechem głową, również zatrzymując konia. – Po prostu już jedźmy. Ty mnie oprowadzisz po terenach, a ja sypnę dobrym słowem o tobie do właścicieli. Brzmi dobrze?
- Nie potrzebuję żadnych rekomendacji.
- Czyli jesteś nową Matką Teresą i działasz bezinteresownie? Dobre sobie.
- Nie, ale…
- Nie ma ale- uciąłem, czym tylko ją rozzłościłem. – Po prostu wiszę ci przysługę. Może kiedyś ci się przyda.
- Nie obiecuję, że tego nie pożałujesz. – Odwróciła się z powrotem, polecając arabce ruszenie stępem. – Pojedziemy na plażę. Mamy teraz kawałek do przejechania lasem, potem musimy przejść przez drogę, znowu wejść do lasu i znaleźć zejście do morza, gdzie nie będzie zbyt dużo ludzi.
- W porządku. – Przyjąłem, lekko dociskając łydki do boków klaczy. Mimo wszystko nie uśmiechało mi się zgubienie jedynego przewodnika i ponowne odzywanie się do Chorwatów. Nie wyobrażałem sobie spędzenia tutaj okresu dłuższego niż kilka miesięcy, góra rok. Rdzenni mieszkańcy przyprawiali mnie o nerwy, a ja sam nie zamierzałem z nimi kontynuować dyskusji, jeśli nie potrafili porozumiewać się po angielsku w stopniu choćby komunikatywnym. Być może było to egoistyczne, ale nieszczególnie mnie to interesowało. Gdybym stracił teraz Naomi z zasięgu wzroku, prędzej zdałbym się na intuicję i wracał do akademii na własną rękę, niż szukał pomocy w okolicach. Plusem było jednak to, że z uwagi na porę roku, Chorwację zalała fala turystów – podobnie jak i ja, nie mówili oni ani słowa w tutejszym języku i polegiwali na najbardziej uniwersalnej mowie świata. Choć biegle mówię także po niemiecku i norwesku, to uwielbiam swój rodzimy dialekt i znając życie, będę używał go tak długo, jak tylko się da.
Po krótkiej chwili kłusa, zarządzonej przez wykwalifikowaną, nieomylną i wprost cudem natchnioną instruktorkę, zwaną ponoć rzadko panienką Sullivan, ponownie wróciliśmy do najwolniejszego chodu. Dosiadana przeze mnie holsztynka wywarła na mnie pozytywne wrażenie – choć czasem trzeba było ją przytrzymać, by nie wyrywała się przed prowadzącego konia, to poruszała się wyjątkowo przyjemnie i reagowała na najdrobniejsze sugestie z mojej strony. Miło było dla odmiany jeździć na koniu, który nie miał betonu w pysku.
Korzystając z tego, że wyjeżdżaliśmy z lasu, z kieszeni wydobyłem ostrożnie schowanego papierosa i drobną zapalniczkę. Co prawda czynność ta była utrudniona przez założone na moich dłoniach rękawiczki, ale przez coraz dłuższą już wprawę szło mi to za każdym razem lepiej.
- Ty tak na poważnie? – Wskazała na trzymaną przeze mnie między wargami fajkę, której końcówkę zdążyłem podpalić kilka sekund wcześniej. – To infantylne i egoistyczne.
- A, rzeczywiście, gdzie moje maniery. Chciałabyś się poczęstować?
- Przecież wiesz, o co mi chodzi!
- Może i lepiej, bo to był ostatni – uśmiechnąłem się kpiąco. – Ale w ramach koleżeńskiej uprzejmości mogę dać ci bucha. Kuszące?
- Jesteś cholernie nieodpowiedzialny, to czysta głupota palić przy koniach. – Zmierzyła mnie wzrokiem. – Ale po tobie chyba nie ma się co spodziewać czegoś racjonalnego.
- Nie znasz mnie, Naomi. – prychnąłem, wypuszczając z ust kłębek dymu.
- I nie wiem, czy chcę poznać, Ansel. – Auć? Właśnie dlatego dowiedziała się nie ode mnie, jak mam na imię? W jej ustach wyraz ten brzmiał jak najgorsze, wypowiedziane z obrzydzeniem bluźnierstwo. Lekko ugodziło to w moją godność.

Naomi?


2507 słów= 9 pkt

piątek, 10 sierpnia 2018

od Navarro C.D Winter

-Gdzie lecisz? - zaśmiałem się cicho, gdy dziewczyna zawisła na mojej ręce.
Czyżby sam diabeł w tamtym momencie we mnie wstąpił, czy do końca już wtedy ogłupiałem?
Nie wiem co skłoniło mnie do tak długiego trzymania dziewczyny podemną, a sytuacja robiła się nieco niekomfortowa. Naprawdę nie wiem o czym wtedy myślałem.  W głowie miałem tylko jedną myśl, a raczej sprzeczałem się sam ze sobą czy pocałować ją, czy też nie.Tak długo tego chciałem, pragnąłem jej do cholery, po prostu jej pragnąłem. Ni jak to kontrolowałem, gdy czubki naszych nosów zetknęły się nie było już drogi powrotnej. Nim się spostrzegłem, nasze twarze dzieliły ledwo dwa centymetry, poszedłem w ślady Zimki, która już dawno przymknęła swoje śliczne oczy, zasłaniając je gęstym wachlarzem rzęs. Tak mało, a jednak tak dużo dzieliło mnie od jej miękkich ust, nadal spierałem się z myślami, a hormony rozpoczęły szaleńczą walkę ze zdrowym rozsądkiem. Lekko musnąłem jej usta na początku, by następnie delikatnie wpić się w jej usta, przy okazji naruszając jej strefę nietykalności cielesnej, jednak dbając o to, by być delikatnym. W tym momencie nawet nie pamiętałem, kiedy czułem się aż tak zadowolony i wypełniony pozytywnymi uczuciami. Nie miałem na celu zrazić jej do siebie, ani tym bardziej, by po tym pocałunku traktowała mnie jak nachalnego napaleńca, bałem się tego w chuj. Już siebie nie kontrolując, spotęgowałem pocałunek, chwytając dziewczynę mocniej pod plecami. Winter nie sprzeciwiała się, nie zauważałem niechęci z jej strony, Zimka po prostu oddała się temu, zresztą tak samo jak ja - gdy poczułem na swoich plecach jej dłoń, zaciskającą się na mojej koszulce ostatni raz musnąłem jej usta, odsunąłem się od niej łapiąc oddech. Blondynka otworzyła oczy i chyba nawet lekko uniosła kąciki ust w górę w nerwowym uśmiechu,  na co sam się uśmiechnąłem.
-Przepraszam, to nie miało tak wyjść...- odrzekłem zawstydzony, pionizując dziewczynę, na której policzkach pojawił się nieśmiały rumieniec.
Winter rozejrzała się pośpiesznie, jakby chcąc ukryć swoją dezorientacje, a jednocześnie ochłonąć po tym, co się tu odwaliło.
Cisza zazwyczaj odpręża, jednak tutaj cisza dała odwrotny skutek i tylko podniosła poziom mojego zawstydzenia - nie sądziłem, że cholerny pocałunek może przystworzyć takiego stresu. Moje serce chyba nie nadążało za oddechem, co potwierdzał tylko jego szybki bieg. Toro i Novis szalały w wodzie, za to Tośka siedziała na brzegu, czasem muskana przypływami morskiej wody. Pierwszy raz chyba nie miałem pomysłu jak zagadać do Zimki, właściwie po prostu bałem się, że wróci stara Winter, obojętna na mnie. Navarro, popisałeś się, całując dziewczynę z którą znałeś się tydzień.
-Nav...gdzie jest Toro?- nagle Winter odezwała się, tym razem rozglądając się za cętkowanym zwierzakiem.
Również rozglądnąłem sie po prawie pustej plaży, jedynie z pozostałymi kotami, które nadal siedziały blisko piaszczystej części brzegu.
-Toro? Toro, do nogi!- krzyknąłem, składając dłonie w tubę.
Po chwili zagwizdałem, przechadzając się wzdłuż lasku, gdy niespodziewanie z krzaków wybiegła nasza zguba, z pełną parą uderzając we mnie.
-K**wa...- Nim się spostrzegłem, wylądowałem dupą w piasku, a psiak zaczął lizać mi twarz swoim wielkim jęzorem.
Śmiech dziewczyny uświadomił mnie, iż humor jej powrócił - przy okazji usłyszałem najpiękniejszy śmiech świata, przynajmniej według mnie.
-Powinnaś częściej się śmiać!- rzuciłem szybko, otrzepując spodnie z piachu.
*~*
Pompeja strząsnęła głową, kiedy w jej pysku wylądowało plastikowe wędzidło podwójnie łamane. Bez zważania na jej kaprysy, założyłem na jej przednie nogi niebieskie ochraniacze skokowe i poklepałem kobyłę po szyi.
-Navarro, czekamy!- pani Laura krzyknęła do mnie, gdy Nikitta i Lucy już stępowały konie.
Sprawdziłem, czy klacz ma dobrze dopięty popręg i przełożyłem wodze z jej szyi na przód, po czym pociągnąłem Pompeje do przodu, na co ona ruszyła energicznym krokiem w stronę wyjścia. Już od początku było widać, że klacz ma dobry dzień i będzie chętnie przyjmować kaprysy pani Laury. Młoda blondynka trzymała mi furtkę, kiedy przeprowadzałem wierzchowca przez bramkę. Ustawiłem się na środku ujeżdżalni, przyłożyłem swoją rękę do puślisk, dopasowując sobie strzemiona, znów przełożyłem wodze nad jej szyją i lekko usiadłem w siodło o profilu wszechstronnym. Od razu poczułem, że dzisiejszy dzień był jakiś lepszy, zdecydowanie lepszy.
-Navarro, stępuj w prawo, a dziewczęta kłus w lewo. - pani Laura usiadła na krześle z boku, przyglądając się szybkiej rozgrzewce.
Jakieś pięć minut później, pani Laura przekazała mi, bym dołączył do dziewczyn. Pompeja po przyłożeniu łydki, wdzięcznie przeszła do wyższego chodu, stabilizując głowę. Sam skróciłem wodze i zmieniłem nogę, gdyż nie ukrywając, od początku anglezowałem na złą - kolejne subtelne dodanie łydki ostatecznie doenergizowało ruch klaczy, więc skupiając się na okrągłych woltach, momentalnie cofnąłem nogę na popręg.
-Po kolei najeżdżajcie na pijane drągi. - Laura założyła swój kaszkiet,stając na środku ujeżdżalni przy drągach.
Jako, że ostatni wjechałem na ujeżdżalnię, tak oczywiście ostatni wjechałem na drągi, co z resztą wyszło mi na dobre, gdyż klacz za innymi szła pewniej i szybciej. Po dziesięciu minutach kłusa anglezowanego, Laura kazała nam wjechać w kłus ćwiczebny i ruszyć galopem.
-Navarro, pilnuj nogi. - krzyknęła po chwili, montując przeszkodę. Na oko około 40 centymetrów.- Lucy pierwsza.
Dziewczynom skok poszedł całkiem ładnie, za to gdy przyszła pora na mnie (osobę, która nigdy nie skakała) oczywiście pokierowałem klacz na przeszkodę. Raz, dwa, trzy i hop! W półsiadzie przeskoczyliśmy małego krzyżaka i z uśmiechem przejechaliśmy ją i drugi raz.
Po skończonej jeździe, od razu zaklepałem myjkę, w której zacząłem namydlać Kasztanke.
-Hej.- za mną usłyszałem głos Winter, więc że w dłoni akurat dzierżyłem myjkę, to postanowiłem poczęstować dziewczynę kapką wody.
Ups.

Zimuś? 8))


883 słowa = 3 pkt







środa, 8 sierpnia 2018

Od Winter C.D Navarro

Nie powiem,  spięłam się w ch*j.
W pierwszej chwili poczułam ogromny strach, ale zaraz po tym, rozluźniłam się i nawet w niego wtuliłam. Kto mi wytłumaczy co mi odwala, bo nie ogarniam.
W końcu mu się wyrwałam i cofnęłam kilka kroków w tył. Wsadziłam ręce w kieszenie odsuwając  przy okazji włosy z twarzy. Po chwili poczułam kota wskakującego mi na plecy, więc odwróciłam głowę i pogłaskałam Novis po grzbiecie.
- Nie mam karmy dla psa, cholera – mruknęłam przypominając sobie o małym szczylku, który został pod opieką Esmy. Jak wychodziłam, to mały akurat wstawał by zjeść drobinę kociej karmy. – No i jeszcze szelki, obroża, legowisko, kaganiec i jakieś zabawki.
- Mogę cię podrzucić do miasta jak chcesz – uśmiechnął się lekko. Kiwnęłam głową i zaczęłam kierować się w kierunku akademii.
Rozdzieliliśmy się dopiero przy pokojach. Ja wchodząc do swojego miałam wrażenie, że będą w nim wszystkie dziewczyny, a tu pustka. Przesunęłam wzrokiem po pomieszczeniu w poszukiwaniu zwierzaków, a gdy je zlokalizowałam leżące pod wiatrakiem,  natychmiast się uśmiechnęłam. Toro spał na mokrym ręczniku, a kotka Esmy rozłożyła się na gołej podłodze. Cętek wyglądał dużo lepiej po kąpieli, dopiero po niej dostrzegłam urok tego psiaka. Z tego co zdążyłam wyczytać, był psem rasy  catahoula leopard dog, co było dla mnie zdecydowanie dziwne. Nigdy wcześniej nie słyszałam o takiej rasie.
- Toro  – zagwizdałam cicho wybudzając zwierzę  ze snu. Toronto pomachał ogonem, przeciągnął się  i do mnie podszedł wąchając mi rękę. Novis polizała go w nos, a ja chwilę zastanawiałam się  co może nam posłużyć za tymczasową obrożę. W końcu postawiłam na szeroki pasek do spodni. Założyłam go zwierzakowi, dopięłam do tego uwiąz i wyszłam na korytarz z dwoma zwierzakami. Na Navarro czekałam dosłownie pięć minut.
- Cześć Toronto – powiedział, głaszcząc delikatnie psa po grzbiecie. Uśmiechnął się do mnie na co próbowałam odpowiedzieć tym samym gestem, ale chyba słabo wyszło.  – Jak chcesz go wpakować do samochodu?
- Wezmę go pod nogi. Koty się przypnie z tyłu na szelki – wzruszyłam ramionami drapiąc czarną pod bródką. Zaczęliśmy iść z powrotem na zewnątrz, a gdy już doszliśmy do samochodu, zapięliśmy koty na pasy i wpakowaliśmy Toro na wycieraczkę pod fotelem pasażera. Podczas jazdy o mało co nie zasnęłam, co pewnie było  zasługą dzisiejszej dość wczesnej pobudki. Może nie powinnam tego wspominać.
- Jesteśmy – usłyszałam cichy głos Navarro. Oderwałam twarz od szyby i przeciągnęłam się lekko. Wyciągnęłam Toronto z wycieraczki oraz koty z tylnych siedzeń. Przekazałam białą kotkę  jej właścicielowi i ramię w ramię ruszyliśmy do sklepu. Już w środku, od razu dostrzegłam karmę, którą dawała swoim psom zaprzyjazniona hodowczyni.  Dlatego też złapałam worek, który po chwili został mi odebrany przez Navarro. Spojrzałam na niego tylko z ukosa po czym poszłam do działu z obrożami i tak dalej. Wybrałam czerwoną, półzaciskową obrożę, czarne guardy oraz dwie smycze – linkę odblaskową i zwykłą parcianą, czarną. Wzięłam też kaganiec. Na legowisko wybrałam w miarę dużą poduchę i kocyk. Znalazłam też miski, jakieś smaczki i produkty do pielęgnacji. Przy kasie wzięłam również smakołyki.
- Założysz mu to teraz? – zapytał brunet kiedy już wyszliśmy przed sklep. Pokiwałam głową i zmieniłam pasek na linkę, szelki oraz obrożę. – Co powiesz na wypad na plażę?
- Może być – zgodziłam się i z kotem na ramieniu oraz psem przy nodze zaczęłam iść w kierunku plaży. Kilka osób nas zaczepiło z pytaniem o rasę psa czy o to czy może pogłaskać. Dość uciążliwe, ale prawdziwe.
Na plaży było spokojnie aż do czasu kiedy Toro oraz Novis dostrzegły wodę.
- O ch*j – syknęłam kiedy wleciałam w wodę. Na szczęście złapał mnie Navarro, który z dość dziwnym uśmiechem wpatrywał się w moją twarz.
Mam przeje*ane?

>Navcik? Wiesz o co chodzi B)


606 słów = 3 punkty

Od Petera do Naomi

Obudziłem się o 5:12. Zapatrzony przez okno w dal, nakarmiłem psa, po czym spożyłem śniadanie składające się ze zwyczajnej kromki z serem żółtym. Poszedłem do łazienki, gdzie umyłem zęby i twarz, po szybkim rozczesaniu włosów chwilę poćwiczyłem. Kilka pompek i przysiadów i mogłem zaczynać się przygotowywać do wyjazdu. Chwyciłem pustą plastikową butelkę, do której nalałem wody z kranu. Pochwyciłem w dłoń torbę z rzeczami, których nawiasem mówiąc, nie było zbyt dużo. Harrison wstał. Pożegnałem się z nim, przybijając mu „żółwika". Z racji tego, iż nie lubię dotyku pożegnanie, nie trwało zbyt długo.
Pogłaskałem Southa, po czym razem wyszliśmy z domu. Po pół godziny marszu poboczem doszliśmy do zajezdni autobusowej. Razem z psem wsiedliśmy do busa i zajęliśmy miejsca, a dokładniej to ja usiadłem na siedzeniu 15, a pies ułożył się pode mną na podłodze. Gdy każdy się zjawił, kierowca sprawdził bilety pasażerów.
Przyjechałem około godziny drugiej. Część przejazdu przespałem. Pochwyciłem torbę i żwawym krokiem podążyłem w stronę wyjścia, a za mną pies. Przy pętli stał srebrny samochód, a w nim pani Rose. Podszedłem tam niepewnym krokiem. Kobieta wysiadła z auta i wyciągnęła ku mnie dłoń. Zawahałem się, ale musiałem podać jej rękę.
- Witaj Peter.
- Dzień dobry- Odpowiedziałem nieśmiało. Wsadziłem torbę do bagażnika samochodu, po czym zająłem miejsce w pojeździe. South usadowił się przy moich nogach.
- Jak Ci minęła podróż?- Zapytała mnie pani Rose.
- Niewiele widziałem z powodu słabo oświetlonych autostrad i tego, że usnąłem w połowie drogi.- Odparłem, na co kobieta się uśmiechnęła.
- A Twój brat? Kiedy przyjedzie?
- Autokary z Ukrainy do Chorwacji nie kursują zbyt często, a w moim zabrakło dla niego miejsca. Nalegałem, żeby pojechał pierwszy, ale on się uparł przy swoim.
- Rozumiem… Dostaniecie pokój 16. Jest to sypialnia dla 3 osób, ale sądzę, iż nie powinno wam to przeszkadzać. W kwestii zapłaty dostaniecie 10% zniżki. – Po jej ostatnich słowach poczułem się nieco dotknięty.
- Z całym szacunkiem, ale z uwagi na naszą chorobę nie musi pani dawać nam rabatów.- powiedziałem lekko poirytowany.
- Spokojnie. Nie z tego powodu to robię. Jak wszyscy się obudzą, poproszę Naomi, żeby pokazała Ci naszą Akademię.- Zaproponowała kobieta. Imię Naomi od razu skojarzyło mi się z dziewczyną, która jest pewna siebie, ma wielu przyjaciół i ciekawy charakter. Po chwili przejechaliśmy przez piękną bramę z napisem: Akademia Magic Horse. Zrobiło to na mnie duże wrażenie.
W biurze właścicielki otrzymałem klucz do pokoju. Na metalowej plakietce był wygrawerowany napis „16”.
- Na drugim piętrze. – Powiedziała kobieta, wskazując schody. Dziarsko ruszyłem z Southem przed siebie. W końcu stanąłem przed drzwiami pokoju ze srebrnym numerkiem szesnaście. Przekręciłem klucz w drzwiach i chwyciłem za połyskującą klamkę. Po prawej znajdywał się włącznik światłą, który kliknąłem. Mocne ciepłe światło lekko mnie poraziło. Gdy moje oczy przystosowały się do blasku, spostrzegłem cudowny pokój. Białe ściany z jednym granatowym wyjątkiem. Podłoga z drewnianymi panelami o zimno brązowym kolorze. Na środku miękki śnieży dywan z błękitnymi okręgami, a na nim szklany stolik z krzesłami po bokach. Łóżka miały dwukolorową poszewkę. Z jednej strony białą, a z drugiej granatową. Przy szmaragdowej ścianie stało biurko, a przy nim krzesło. W koncie stały 3 pufy: błękitna, śnieżna i w kolorze nocnego nieba. Przez następne godziny rozkoszowałem się wyglądem nowego pokoju, aż w końcu nadszedł ranek. Nasypałem Southowi śniadania do miski i zszedłem na stołówkę.
Po śniadaniu podeszłą do mnie dziewczyna z ciemnobrązowymi włosami.
- Naomi.- Powiedziała.
- Peter. Masz ciekawe imię. Nigdy wcześniej się z takim nie spotkałem. Przysłała Cię pani Rose, prawda?
- Tak, mam pokazać Ci naszą Akademię. Może zaczniemy od stajni, ha?
- Chętnie. Mógłbym zabrać ze sobą psa?
- Jeśli nie spłoszy koni, to tak.- Odpowiedziała pośpiesznie.
Patrzyłem jak South, chodzi w te i z powrotem wąchając wszystko dookoła. Doszliśmy do pięknej budowli, w której znajdowały się nieparzystokopytne. Przez następną godzinę chodziliśmy po terenie Akademii.
- Macie może w pobliżu las? – Zapytałem, patrząc na psiaka.
- Chyba nie lubisz patrzeć ludziom w oczy, co? Tak jest tu lasek, jak chcesz, to możemy się tam wybrać, w sumie to mam wolny dzień.- Uśmiechnęła się. Na jej pytanie odpowiedziałem, kiwając potwierdzająco głową. Ruszyliśmy do upragnionego przeze mnie miejsca. Gdy doszliśmy, zdziwiona Naomi powiedziała:
- Tej ścieżki tu nie było. Chodźmy nią. Jestem ciekawa, dokąd prowadzi.
Bez żadnej reakcji poszedłem za nią. South przyniósł mi patyk, co było zachętą do zabawy. Rzuciłem drewienkiem daleko przed siebie. Pies miał dzisiaj bardzo dużo energii, więc wiele razy powtarzaliśmy te czynności. Dziewczyna przez cały czas szła uśmiechnięta, aż miło było patrzeć. Nagle usłyszeliśmy dziwny psychopatyczny śmiech. Coś biegło w naszą stronę, więc wystraszeni zerwaliśmy się do ucieczki. Biegliśmy bez opamiętania. Nie mam pojęcia, ile przebiegliśmy. Gdy odczuliśmy brak goniącego, zwolniliśmy, jednak ja potknąłem się o kamień i rozciąłem sobie skórę na goleniu. Naomi zaczęła się śmiać.
- Zawsze jesteś taki niezdarny?
Zrobiło mi się trochę smutno, jednak nie dałem tego po sobie poznać. W milczeniu szliśmy dalej, aż dotarliśmy do rzeki. South był spragniony, więc od razu do niej wbiegł. Nagle usłyszeliśmy niepokojący szum. Spojrzeliśmy w lewo i zobaczyliśmy ogromną falę niosącą wiele zerwanych drzew. Natychmiast pobiegłem do psa, jednak ból był większy, niż się spodziewałem, ale to minie, nie powstrzymało. Zacząłem podskakiwać na jednej nodze. Wskoczyłem do wody i chwyciłem Southa. Pies zaczął strasznie puchnąć. Nie miałem pojęcia, co się dzieje, a zanim się obejrzałem, czworonóg zamienił się w PONTON. Naomi rozpędziła się i długim skokiem przeleciała nad wodą, lądując obok mnie. Dziewczyna dobrze wyczuła moment, bo gdy tylko wylądowała, fala porwała nas daleko od ścieżki.
- Co tu się odwala?!- krzyknęła nastolatka.
- Co się stało z moim psem?! – Jęknąłem żałośnie.- Zamienił się w jakiś… ponton!
- Zajebiście, co nie?
- Patrząc na to z tej strony, to rzeczywiście jest zabawnie.- Uśmiechnąłem się.
- Ale masz uroczy uśmiech- Powiedziała zauroczona. Poczułem się bardzo niezręcznie w tej sytuacji. Wielka fala zaczęła powoli zwalniać i maleć, aż w końcu całkiem zniknęła. South wrócił do swojej naturalnej, zwierzęcej postaci. Nie wiedzieliśmy, gdzie się znajdujemy, więc postanowiliśmy się rozejrzeć. W pewnym momencie ziemia, po której stąpałem, stała się dziwnie miękka. Spojrzałem więc na dół i zobaczyłem masę zużytych torebek od herbaty.
- Naomi?
- Co?- Zapytała. Ruchem głowy wskazałem na odpadki. – Co mi po tym. Patrz tam!- Dziewczyna wskazała przed siebie. Ujrzałem wtedy piękną krainę, mój nos ogarnął niesamowity zapach zielonej herbaty. Wymieniłem się spojrzeniami z dziewczyną, po czym pobiegliśmy w stronę świetnie zapowiadającej się krainy. Po chwili byliśmy na miejscu. Miasteczko składało się z wielu malutkich kramów i dziwnych domków kształtem przypominających grzyby.- To jak herbaciana wioska smerfów!- Zaśmiała się dziewczyna. Wioskę zamieszkiwały dziwne stworki przypominające gnomy. Z racji tego, iż stworzenia były naprawdę małe, patrząc na alejki widać, było ich szpiczaste kolorowe czapeczki.
Przez długi czas chodziliśmy od stoiska do stoiska, popijając wszystkie rodzaje herbat. W pewnym momencie miasto całkiem opustoszało. Niebo pociemniało, a z lasu słychać było krzyk tamtejszych ptaków. Jeden stworek o imieniu Brandon pośpiesznie do nas przydreptał, chwycił nas za rękę i prowadził do jego domku. Gnom zatrzasnął drzwi.
- Co się stało?- Zapytała podenerwowana Naomi.
- On wrócił.
- Kto? – Zapytałem nieśmiało.
- Gilbert.
- CO?! SERIO?!- Krzyknęła rozbawiona.
- Ciii…- Szepnął skrzat.- Bo jeszcze usłyszy!
- Co on tu robi?- Cicho powiedziała Naomi.
- Raz na 300 lat zjawiają się goście. Gilbert dzikim śmiechem kieruje do rzeki wybrańców, którzy lądują tutaj. Później na nich poluje, co zawsze mu się udaje.
- Jak można go pokonać?- Zapytała podekscytowana dziewczyna. Po tym można było się domyślić, iż dziewczyna chcę przeżyć przygodę.
- Tego nie wie nikt. Bestia mieszka gdzieś na szczycie Ciemnej góry.
- Gdzie to jest?- Po pytaniu Naomi krasnolud zamilkł. Ja cicho syknąłem, ponieważ przez nieuwagę ponownie dotknąłem rany na nodze.
- Widzę, że się zraniłeś.- Stwierdził, po czym przyłożył do mojego golenia jasnozielony liść.
Gdy stworki stwierdziły, że można już wyjść, Naomi wybiegła jako pierwsza. Dziewczyna bardzo chciała pokonać stwora.
- Chwila, gdzie jest South? South?! South!- Przyznaję, lekko spanikowałem i nerwowo zacząłem biegać po wiosce, żeby znaleźć przyjaciela. Krzyczałem, żeby pies mnie usłyszał. Usłyszałem pisk wydany przez Naomi. Dziewczyna zobaczyła wielką starą bestię z wielkim cielskiem, czerwonymi oczami i długimi rzadkimi czarnymi włosami, której ręka znajduje się w kłach mojego przyjaciela. Pies głośno warczał. Przybiegłem do nastolatki i zobaczyłem całą tę sytuację. Wszystko wokół zaczęło się rozmywać, a potwór zniknął. Po chwili wszystko oprócz nas zniknęło, a my znaleźliśmy się przy ośrodku, gdzie zapytałem się o las.

- Naomka? :3

Super, punkty ^^