Strony

piątek, 30 listopada 2018

Od Any C.D Riley

Zaraz po odłożeniu zakupów do samochodu, postanowiłyśmy wybrać się pieszo na lodowisko. Wyciągnęłam z bagażnika moje czarne łyżwy ze sznurówkami w kolorze malinowym. Z apteczki, która na stałe gościła w moim jeepie, wyjęłam jeszcze opaskę stabilizującą na staw skokowy i włożyłam do jednego buta, po czym związawszy ze sobą ich sznurówki, przeczyciłam je sobie przez ramię.
- Na lodowisku mają wypożyczalnię - uspokoiłam koleżankę, która rzuciła niepewne spojrzenie na moje łyżwy. - Ale ja wolę mieć swoje. Czuję się pewniej - mrugnęłam do niej porozumiewawczo i ruszyłyśmy w kierunku lodowiska.
- Tak w zasadzie - zaczęła po chwili Ril - to zastanawiałam się, po co ci ten stabilizator - gdy nie odpowiedziałam, dodała: - Nie widziałam wcześniej, żebyś z niego korzystała.
- Zdarza mi się go zakładać, kiedy biegam - odpowiedziałam po chwili. - A że robię to rzadko, to faktycznie, mogłaś nie widzieć - wzruszyłam ramionami.
- Nie zakładasz go, jak jeździsz na rolkach - zauważyła. Trafnie z resztą.
- Bo przeważnie na nich nie skaczę. A dzisiaj mam ochotę zaszaleć - uśmiechnęłam się od ucha do ucha.
Chwilę później dotarłyśmy na lodowisko. Wyporzyczyłyśmy łyżwy dla Riley, po czym przeszłyśmy do szatni, żeby je założyć.
Na lodowisku było sporo osób, ale nie na tyle dużo, żeby uniemożliwić wszystkim swobodną jazdę. Rozentuzjazmowana pociągnęłam za sobą przyjaciółkę do bramki. Gdy tylko moje łyżwy dotknęły tafli lodu, poczułam nieopisane szczęście, że w końcu mam okazję znowu jeździć. Zaśmiałam się, zrobiłam pierwszy krok i od razu obróciłam się o 180°, żeby stanąć twarzą do Riley. Dziewczyna stała niezbyt pewnie na nogach, próbując przyzwyczaić się do lodu pod nogami.
- Chodź, pojeźdźmy razem - rzuciłam z niegasnącym uśmiechem na ustach. Chwyciłam Riley za rękę i pociągnęłam za sobą.
Zrobiłyśmy tak kilka okrążeń, w czasie których ja sunęłam po lodzie z wyuczoną latami ćwiczeń gracją, podczas gdy Riley miała z rym pewne trudności. Mimo to nie poddawała się i dzielnie parła naprzód. W którymś momencie złapała już rytm i jechała już bez obawy, że zaraz się wywali.
I wtedy rozjechały jej się łyżwy, a dziewczyna wylądowała tyłkiem na lodzie.
Zatrzymałam się ustawiając łyżwy w literę "T", specjalnie popełniając drobny błąd w ustawieniu, żeby obrócić się do koleżanki, po czym dopiero powtórzyłam zatrzymanie poprawnie.
- Żyjesz? - spytałam, przykucając, żeby znaleźć się na poziomie twarzy Riley.
- Chyba tak - mruknęła, dźwigając się z powrotem na nogi. Uśmiechnęła się do mnie, gdy wyprostowałam się i znowu odwróciłam do kierunku jazdy. Gdy już miałam ruszać, wzrok Riley powędrował ku środkowi lodowiska, gdzie dwójka chłopaków popisywała się swoimi umiejętnościami: jeździli tyłem, wykonywali wymyśle sekwencje kroków... - Nie wolałabyś do nich dołączyć? - zapytała mnie przyjaciółka.
- Przyjechałam tu z tobą, to jeździmy razem - odpowiedziałam, wyciągając do niej rękę, żeby mogła się mnie złapać.
- Przecież poradzę sobie sama - zauważyła ze śmiechem Ril. - Idź, dołącz do nich, co ci szkodzi?
Sądziłam, że szerzej nie da się już uśmiechać, jednak się myliłam. Rzuciłam się przyjaciółce ma szyję, omal nie przewracając nas obydwu.
- Dzięki, dzięki, dzięki! - zawołałam.
Natychmiast ruszyłam na środek. W połowie drogi odwróciłam się jeszcze, jadąc kawałek tyłem, żeby posłać Riley całusa. Gdy odwróciłam się z powrotem ku środkowi lodowiska, skupiłam się tylko na przestrzeni, którą miałam do dyspozycji.
Zaczęłam od stosunkowo łatwej jazdy na jednej nodze. Założyłam ręce za plecy, kostkę lewej nogi oparłam mniej więcej na wysokości połowy łydki nogi prawej i manewrując ciężarem ciała, zrobiłam kawałek małego slalomu. Dwaj chłopacy, zainteresowani nowym towarzystwem, zrobili mi miejsce. Uśmiechnęłam się do nich promiennie, wyprostowałam lewą nogę, najpierw do tyłu, a potem przenosząc ją do przodu, obracając się przez to w okół własnej osi. Potem wybicie z drugiej, zmiana nogi, kolejny obrót, tym samym sposobem i wyjazd na prostą. I w zakręcie wejście w piruet. Skrzyżowałam ręce na piersi, przyspieszając tempo obrotów, a z mojego gardła wyrwał się śmiech.
O wiele szybciej, niżbym chciała, musiałam rozłożyć ręce, aby zwolnić tempo obrotów, bo zakręciło mi się w głowie. Wyszłam z piruetu, przy czym lekko się zachwiałam (dość długa przerwa w jeździe dała o sobie znać), jednak ostatecznie zdołałam się nie przewrócić. Zatrzymałam się na krawędziach płóz i spojrzałam na dwóch obcych łyżwiarzy z zadziornym błyskiem w oczach. Chłopacy spojrzeli na siebie. Gdy uśmiechnęli się znacząco, wiedziałam, że przyjęli moje nieme wyzwanie.
Zaraz też jeden z nich rozpędził się, a w zakręcie w zasadzie położył na lodzie, zakręcając w okół mnie. Wyprostował się, podjechał do kolegi i przybili sobie piątkę. Zaraz potem ruszył drugi, zrobił szybki slalom na jednej nodze w okół wyimaginowanych pachołków i minął mnie, puszczając do mnie oko. Kilkakrotnie powtarzaliśmy nasze popisy, kolejno wykonywaliśmy wymyślne sekwencje kroków walcząc o satysfakcję z bycia lepszym łyżwiażem.
Ostatecznie, choć niepisanie, wygrałam ja. Przybiliśmy sobie wszyscy piątki, dziękując za wspólną jazdę, a chłopacy się oddalili. Obrzuciłam wzrokiem lodowisko i zobaczyłam Riley, która ślizgała się już w jednym, nie wolnym, ale nadal niezbyt szybkim tempie. Podjechałam do niej.
- Już jestem - rzuciłam, nieco zziajana po wyczynach, które przed chwilą przedstawiałam.
- Byłaś niesamowita! - Riley wyglądała, jakby miała ochotę podskoczyć, ale obawiała się robić tego na lodzie. Uśmiechnęła się do mnie promiennie. - Potrafisz zrobić coś jeszcze? - spytała z błyskiem w oczach.
Spojrzałam na środek lodowiska, sunąc jednocześnie ramię w ramię z Riley, trzymając się blisko bandy. Przypomniał mi się czas sprzed kontuzji, kiedy jeszcze startowałam w zawodach łyżwiarstwa figurowego. I skoki, które wtedy wykonywałam. Axel, toe loop, salchow, rittberger...
- Tak - odpowiedziałam po chwili. - Chyba bym jeszcze potrafiła.
Odjechałam tyłem od przyjaciółki i zasalutowałam jej. Potem całkowicie skupiłam się na tym, co miałam zamiar zrobić.
Odwróciłam się z powrotem przodem do kierunku jazdy. Nabrałam prędkości, zrobiłam kilka pojedynczych obrotów. W końcu przeszłam do jazdy na jednej nodze. Rozłożyłam ramiona na boki dla utrzymania równowagi, ruchem stopy odwróciłam się o 180°, żeby przejść do jazdy tyłem. Obejrzałam się szybko przez ramię żeby ocenić, czy mam wystarczająco dużo miejsca, po czym gwałtownym ruchem nogi, którą do tej pory unosiłam w powietrzu, wbiłam ząbki z przodu płozy łyżwy w lód, jednocześnie składając ręce na piersiach. Wybiłam się.
Zrobiłam potrójnego flipa. Niepodpartego. Kostka wytrzymała. Po wylądowaniu, również tyłem na jednej nodze, przejechaniu kawałka w ten sposób i później zgrabnym przejściu do jazdy przodem, natychmiast wyszukałam Riley w tłumie ludzi, którzy przyglądali się mojemu skokowi z opadniętymi ze zdziwienia szczękami. Podjechałam do niej i ze łzami szczęścia w oczach rzuciłam się jej na szyję.
- Dziękuję, że namówiłaś mnie, żeby tu przyjechać - szepnęłam, nie będąc w stanie wydobyć z siebie głośniejszego dźwięku z obawy przed wybuchnięciem płaczem.
W końcu: udało się. Skoczyłam i nie wylądowałam na lodzie, kostka nie ugięła się pod moim ciężarem. Przełamałam i to się OPŁACIŁO.
- Przecież to ty zasugerowałaś lodowisko - zauważyła Riley, ciesząc się ze mną choć zapewne nie do końca wiedziała, dlaczego zareagowałam aż tak emocjonalnie. Nie wiedziała o kontuzji. Będę musiała jej kiedyś opowiedzieć. W końcu dzięki niej mam znowu szansę wrócić na lód. Raczej już nie profesjonalnie - w końcu mam teraz konia i to właśnie jeździe konnej pragnę poświęcić swoje życie - ale rekreacyjnie. Mieć okazję znowu poczuć całą tę adrenalinę związaną ze skakaniem na łyżwach. Flip, który dzisiaj wykonałam, był jednym z łatwiejszych. Takim, który mogłam wykonać na lodowisku, gdzie kręcili się inni ludzie. Ale przede mną inne, trudniejsze...
- Ale to ty namówiłaś mnie na wyjazd do miasta - odsunęłam się od przyjaciółki na odległość ręki. Przetarłam oczy rękawem, pozbywając się łez zamazujących mi widok i posłałam Riley promienny, pełen czystej euforii uśmiech. - W innym wypadku bym się chyba nigdy na to nie zdecydowała - wybiłam się z krawędzi łyżw, zrobiłam pojedynczy obrót, i wylądowałam, odjeżdżając nieco do tyłu. - To co, teraz chwila dla ciebie? - złapałam przyjaciółkę za rękę i pociągnęłam za sobą. - Nauczę cię jazdy tyłem i może kilku kroków. Oczywiście, jeśli chcesz.

Riley? :P

1247 słów

czwartek, 29 listopada 2018

Od Riley C.D Petera

- Byli? - spojrzałam na Petera ze współczuciem - Oj, tak mi przykro...
- Przecież nie możesz nic zrobić. Nikt nie może. Nikomu nie musi być przykro. - zakończył zdanie, uciekając wzrokiem gdzieś daleko, tak, jakbyśmy w ogóle nie prowadzili chwilę temu dialogu.
Również spuściłam na moment wzrok, nie wiedząc co powiedzieć. Było mi głupio, nie chciałam wyjść na wścibską ani nic w tym stylu, a tym czasem przypadkowo (ale jednak) chyba pogorszyłam sprawę. Nie zdziwię się, jeśli Peter zacznie unikać mojego towarzystwa przez pewien czas. Ach, znowu to samo. Dziewczyno, puknij ty się kiedyś w ten pusty łeb, nim dopuścisz go do głosu, bo podporządkowywanie mu języka jeszcze nigdy nie wyszło ci na dobre. Dobra, koniec z głupimi pytaniami. Trzeba to naprawić.
- Wiesz, jesteś w tym naprawdę dobry, nigdy nie zastanawiałeś się nad rozwijaniem tych umiejętności w przyszłości? Chyba masz do tego talent. - zagaiłam wracając do tematu masażu.
Słysząc to chłopak powoli podniósł spojrzenie, przez krótką chwilę zerkając kątem oka na mnie, po czym znów skierował je na stojącego tuż obok wierzchowca. Fiord parsknął cicho, lekko trącając go łbem w ramię, przy czym na ustach Petera przez moment zawitał cień uśmiechu.
- Nie, póki co raczej nie - odparł już nieco spokojniejszym głosem, ściągnąwszy ogłowie z drewnianej ścianki boksu - Idziesz do siodlarni odnieść rzeczy?
Skinęłam głową szybkim krokiem podążając za nim. Odłożywszy koński ekwipunek udaliśmy się do akademika, gdzie każde z nas powędrowało w swoją stronę. Właściwie to nie posiedziałam w pokoju zbyt długo, w końcu ktoś musi zająć się Mel. Tia, znając życie i jej nieskończone pokłady energii sam trening na krytej hali raczej jej nie zadowoli. Prawdę mówiąc niezbyt uśmiechała mi się dziś perspektywa jazdy w terenie, zwłaszcza, że od dobrych kilkudziesięciu minut z nieba zaczęły odpadać dość obfite ilości płatków śniegu; ale cóż poradzić?
~•~●~•~
Czarna stała dziś wyjątkowo spokojnie, zerkając tylko od czasu do czasu na mnie kątem oka spod przymrużonych ślepi. Nałożywszy czarnej ogłowie, siodło i całą resztę ekwipunku wyprowadziłam ją przed stajnię. Zaraz po upewnieniu się, że drzwi od budynku są dobrze zamknięte, wsiadłam na grzbiet wierzchowca i ruszyłam kłusem w stronę pobliskiego lasu.
Śnieg wciąż nie przestawał padać i nie zapowiadało się aby taki stan rzeczy miał w najbliższym czasie ulec zmianie. Pogoda chyba nie ma zamiaru mnie pocieszyć, co? Ponownie przeniosłam wzrok na upruszone już białym puchem uszy Melindy. Ujemna temperatura zdawała się w ogóle jej nie ruszać. Dziwne. Zwykle to ona prowadziła mnie do stajni, a nie na odwrót. Trudno, trzeba się będzie przemęczyć, w końcu nie po to wyjechałyśmy w teren, żeby teraz ot tak po prostu zrezygnować, nawet jeśli miałabym to przypłacić odmarzniętymi palcami.
- No dobra, pokaż na co cię stać, mała - poklepałam ją po szyi i dodałam łydki, przy czym klacz ruszyła dziko przed siebie, jakby czekała na ten moment od dawna, a może i tak było?
W zasadzie nie miałam zielonego pojęcia dokąd Mel właściwie biegnie, po prostu dałam jej wolną rękę. Jak się wystarczająco zmęczy to zawrócimy, póki co jednak nie zapowiadało się, aby nasza wycieczka miała dobiec końca, tak więc oparłam się tylko o jej grzywę, od czasu do czasu skracając ją nieco przy większych zaspach, na wypadek gdyby zupełnie przypadkiem postanowiła wpakować się w jedną z nich lub co gorsza spróbować ją przeskoczyć. Tia, znając pomysłowość Panny ADHD nie zdziwiłabym się, jeśli wykonałaby taki manewr. Nieoczekiwanie kobyłka skręciła w jedną z wąskich ścieżyn, której będąc paręnaście metrów dalej, dałabym słowo, że wcześniej tam nie było. Czyżby moja wariatka wiedziała dokąd ma biec? Tego nie wiem, aczkolwiek zdziwiło mnie nieco jej zachowanie, nigdy przedtem nie przejmowała pałeczki podczas wspólnych wypadów w teren, w każdym razie nie na tak długo. Nim jednak ogarnęłam co się dzieje, ni z tego ni z owego moim oczom ukazała się kolejna, znacznie większa droga, odgrodzona z prawej strony potężnymi, drewnianymi balami. Zaraz, zaraz, już kiedyś tędy przejeżdżałam... Tylko kiedy? Zwolniłam, lekko poklepując czarną po boku, jednak ta wcale nie zamierzała się podporządkować, uparcie idąc przed siebie, nie zważając na moje polecenia.
- Mel, Mel, wyluzuj... - podciągnęłam wodze, tym samym zmuszając konia do zatrzymania się, przy czym klacz tylko parsknęła otrzepując łeb z nagromadzonych na grzywce płatków śniegu.
Podniósłszy wzrok rozejrzałam się dookoła i ku memu zaskoczeniu miejsce wydawało się takie... znajome? Ym, chyba mam déjà vu...
Po dłuższej chwili namysłu zdecydowałam się ruszyć w dalszą drogę, tym razem jednak już na własnych nogach. Zeskoczywszy z grzbietu Melindy pozwoliłam jej w spokoju pogrzebać w puszystych zaspach, tymczasem sama udałam się na mały rekonesans. Dałabym sobie rękę odciąć, że już kiedyś tutaj byłam. Wygięty pień drzewa tworzący charakterystyczny łuk bezpośrednio nad ścieżką, pusta, jasna polana w oddali - już to gdzieś widziałam. Kiedy tak zastanawiałam się nad istotą miejsca, do którego przypadkowo (a może i nie?) udało nam się dotrzeć, me rozmyślania nagle zostały bardzo szybko rozwiane wraz z widokiem, jaki ukazał mi się gdy przekroczyłam kolejny śnieżny pagórek. Piękna, gładka powierzchnia częściowo zamarzniętego jeziora. No przecież! Jezioro! Jakże mogłam w ogóle o nim zapomnieć? Bywałam tu, nawet bardzo często, tyle że latem wyłącznie nad sąsiednim jego brzegiem. Piękne wspomnienia, pamiętam jeszcze pierwszą zimę w Akademii Magic Horse. Czasy w których nie znałam tu praktycznie nikogo, pierwsze spontaniczne wypady w teren, masa wypadków, nowi znajomi... Ostatnia myśl przywołała odległe wspomnienia. Tak, ci, którzy byli tu ze mną prawie od samego początku, aż nie chce się wierzyć, iż minęło tyle czasu odkąd Ada i Bellamy opuścili AMH...
Zacisnęłam powieki szybko ocierając napływające do oczu łzy. Ułgh, nie rozklejaj się dziewczyno! Nie teraz... Pociągnąwszy nosem zganiłam się w myślach. Za dużo wspomnień.
Nieoczekiwanie poczułam ciepły oddech na swym ramieniu. Uśmiechnęłam się niewesoło opierając głowę o chrapę stojącej obok Melindy.
- Oj, Mel, nawet nie wiesz jak bardzo mi ich brakuje. - szepnęłam całując jej pyszczek.
Westchnąwszy ciężko wsiadłam z powrotem na czarną, po czym pokłusowałam w stronę brzegu. Tak jak przypuszczałam, nic się tutaj nie zmieniło. Lustrzana otchłań lodu odbijała światło słońca połyskującego na jego powierzchni niczym tkanina posypana złotym brokatem. Zapewne zachwycałabym się tym widokiem znacznie dłużej, gdyby nie fakt, iż w zasięgu mego wzroku ukazała się pewna sylwetka. Jak widać nie tylko my lubimy sobie robić takie wycieczki. Zmrużywszy oczy przeskanowałam ową osobę od góry do dołu. Zaraz, czy to czasem nie jest... Peter? Proszę, jego się akurat tu nie spodziewałam. Swoją drogą, ciekawe od jak dawna tutaj jest. Gdy tylko chłopak zorientował się w sytuacji, postanowiłam podjechać bliżej, by się przywitać. Moja twarz w obecnej chwili pewnie nie wyglądała najlepiej, zwłaszcza, iż zebrało mi się na wspominki akurat teraz. Eh, no trudno. Pozostaje mieć nadzieję, że nic nie zauważy.
- Ello - odezwałam się odrobinę zachrypniętym głosem, spowodowanym wszechobecnym lodowatym powietrzem.
- Hej - odparł najwyraźniej nieco zaskoczony moją obecnością.

Peter?

1094 słowa = 6 punktów

środa, 28 listopada 2018

Od Petera do Any - zadanie 14

Dałem Paris delikatny znak biodrami do ruszenia się z miejsca. Klacz posłusznie ruszyła energicznym stępem. Wczuwałem się w każdy ruch konia. Trzymałem głowę wysoko, plecy prosto, nogi rozluźnione i pięty ściągnięte w dół. Zapatrzony przed siebie nawet nie zauważyłem, gdy Ana weszła na ujeżdżalnie na Lemon. Zorientowałem się dopiero, po zobaczeniu jej odbicia w lustrze. Pogoniłem klacz łydką do kłusa. Paris znacznie przyśpieszyła po zmienieniu chodu. Nie ukrywam, że nie łatwo było ją przytrzymywać. Klaczy, nie spodobało się to, że nie pozwalam jej szaleć, więc zaczęła potrząsać głową, w celu poluzowania wodzy. Nie dałem się. Gdy tylko Ana zaproponowała galop, Paris ruszyła energicznie. Wiedziałem, że koń chce się wyszaleć, jednak nie mogłem pozwolić na niesubordynację. Przeszedłem do kłusa, po to, żebym to ja zadecydował o przyśpieszeniu. Zwierzę posłusznie zareagowało na pomoce. Z każdym przebytym kółkiem trochę pośpieszałem klacz.

•~●~V~●~•

Po odstawieniu koni na padok razem z Aną powolnym krokiem kierowaliśmy się do budynku.
- Dobrze sobie poradziłeś z Paris. Może następnym razem poskaczemy?
- Możesz poskakać.- Odpowiedziałem.
- Ty nie chcesz?
- Nie.
- Dlaczego?- Dociekała. Przez następne metry szedłem w ciszy. Nic to jednak nie dało, bo Ana wciąż miała na mnie swój wzrok. Gdy już chciałem odpowiedzieć dziewczynie, tuż przede mną przeszedł starszy mężczyzna, marudząc coś pod nosem. Był to pan Rick Withmore.
- Dlaczego instruktor jest w złym humorze? - Zapytałem. Dziewczyna chwilę się zastanawiała, po czym powiedziała:
- No jasne! Withmore ma jutro imieniny. Ponoć ich nie obchodzi.
- To musi być dla niego smutne.- Powiedziałem, utożsamiając się z jego sytuacją, gdy mówisz, że czegoś nie chcesz tylko dlatego, żeby ktoś o tobie nie pomyślał źle.- Chcesz ze mną zrobić ciasto dla niego.
Następnego dnia wstałem o równej 5:00. Od razu się ubrałem i nakarmiłem Southa. W łazience przepłukałem twarz i umyłem zęby, po czym wyszedłem z pokoju. Po zamknięciu drzwi, pies zaczął głośno skamlać. Nie chciałem go zostawić, musiałem go zabrać ze sobą. Z przyjacielem podeszliśmy pod drzwi od pokoju Any. Zapukałem kilka razy. We framugach stanęła zaspana dziewczyna.
- Cześć, co ty tu robisz tak wcześnie?- Zapytała, ziewając.
- Mieliśmy upiec coś dla pana Withmora.
- O Jezu, tak wcześnie?- Jęknęła zaspana.
- Oczywiście możesz iść spać, a ja pójdę zrobić ciasto sam... - Zaproponowałem, podczas gdy Ghost przybiegł do Southa w celu wspólnej zabawy.
- Zejdź już do kuchni, a ja przyjdę za kilka minut.- Obróciłem się i poszedłem na stołówkę. Husky poszedł razem z nami. Będąc już w kuchni, zastanawiałem się, co mogę ubiec dla pana Ricka. Nie znałem za dużo przepisów na ciasto. W czasie rozmyślania szukałem fartuchów dla mnie i Any. Gdy dziewczyna doszła, zaproponowałem upieczenie Murzynka. Mój pomysł został zaakceptowany. Bezzwłocznie zabraliśmy się do pracy. Przygotowaliśmy wszystkie niezbędne składniki do upieczenia ciasta. Mleko, kakao i cukier przełożyliśmy do garnka i mieszając, zagotowaliśmy. Do gorącej masy wrzuciliśmy masło, mieszając do momentu rozpuszczenia. Mąkę połączyliśmy z proszkiem do pieczenia. Oddzieliłem żółtka, a Ana ubiła białka na sztywną pianę. Dorobiliśmy polewę. Dno tortownicy o średnicy 26 cm wyłożyłem papierem do pieczenia, a następnie zacisnąłem obręcz. Ciasto do formy przełożyła Ana. Nareszcie udało nam się skończyć masę. Po włożeniu jej do rozgrzanego do 190 stopni, piekarnika usiedliśmy w fotelach. Po chwili zasnęliśmy. Obudził nas smród wydobywający się z piekarnika.
- Co jest?!- Krzyknęła Ana, biegnąc do palącego się ciasta. Dziewczyna wyciągnęła zwęglone i dymiące wióry w brytfance. - I co teraz?- Zapytała zmartwiona. Nie znałem innego przepisu na ciasto, podobnie jak Ana.- Jaki przepis znasz?- Nie znam innych przepisów na ciasto, ale mogę zrobić pierogi.- Powiedziałem, patrząc na mąkę. Dziewczyna nie miała innego wyjścia niż zgodzenie się z moim pomysłem. No, chyba że zrezygnowanie z całego planu niespodzianki. Usiadłem na krześle, żeby przypomnieć sobie przepis. Po kolei wymieniałem szeptem składniki. „2 szklanki mąki pszennej, jajko, łyżka oleju, letnia woda, 25 dag rabarbaru, 4 łyżki cukru, 2 łyżki bułki tartej, masło. ”
Przygotowałem wszystkie składniki. Ja zająłem się wyrobieniem ciasta, z którego po rozwałkowaniu wyciąłem kółka. Ana za ten czas przygotowywała farsz z rabarbaru. Poprosiłem dziewczynę o zlepienie pierogów. Gotowe przysmaki wrzuciłem na osolony wrzątek. Gdy polskie danie „dochodziło” Ana pobiegła po Ricka Withmora. Wyciągnąłem pierożki z wody i dałem na talerz. Jako ozdoby użyłem śmietany, cukru i listków mięty. Instruktor zasiadł przy stole. Położyłem talerz z pierogami na stole przed Withmorem. Stanąłem przy Anie i razem z nią złożyliśmy życzenia.

< Anula? :3>

700 słów

20 pkt :> Dobła robota!

wtorek, 27 listopada 2018

Od Riley C.D Any

- To co, masz jakieś konkretne plany zakupowe, czy chodzimy po całej galerii i czekamy na inspirację? - zagaiła Ana, jednocześnie skracając nieco Ghost'a, który po pewnym czasie marszu postanowił powąchać przypadkowego przechodnia, odruchowo merdając końcówką puszystego ogona.
Hm, dobre pytanie. W zasadzie to nigdy jakoś specjalnie nie rajcowało mnie bieganie po centrach handlowych, co więcej, perspektywa robienia jakichkolwiek większych zakupów w okresie przedświątecznym to dość... no, na pewno nie najlepszy pomysł.
- Spokojnie, wstąpimy tylko do dwóch miejsc i zmywamy się stąd, chyba, że ty masz ochotę pooglądać jakieś wystawy. - odparłam, starając się dojrzeć szyld upragnionego sklepu, jednak tabuny przechodzących zakupoholików w większości opętanych magią świątecznych promocji, skutecznie mi to uniemożliwiała. Hah, i pomyśleć, że jeszcze niedawno Poreč wydawało mi się taką małą, odludną mieściną. Nie ma co, trzeba się z tym uwinąć jak najszybciej i tak jak to idealnie zaplanowała Ana, zmykać czym prędzej na lodowisko. Swoją drogą, jestem nawet ciekawa ile od zeszłego sezonu zdążyli tam zrobić. Bądź co bądź, sam jego remont trwał dobre parę miesięcy.
- Niee, raczej nie. Zresztą, Ghost chyba za bardzo ekscytuje się pobytem w tego typu miejscach. - zauważyła przyjaciółka przyglądając się uważnie czworonogowi.
Nie tracąc więc ani chwili dłużej powędrowałyśmy w stronę pierwszego sklepu.
Nie minęła nawet godzina, a już zmierzałyśmy z zakupami w stronę parkingu. Przyznaję, sądziłam, iż zajmie to naprawdę znacznie więcej czasu. Choć dochodziła dopiero piętnasta, niebo powoli zaczynała przysłaniać ciemna, atramentowa płachta. Tak, właśnie dlatego nie przepadam za okresem późnej jesieni i zimą. Ciągłe deszcze i zachmurzenie, nawet się człowiek nie zdąży nacieszyć dniem, a o samych promieniach słońca można sobie tylko pomarzyć.
Z racji tego, iż lodowisko znajdowało się zaledwie dwie uliczki dalej, zaraz po odłożeniu zakupów do auta, postanowiłyśmy udać się tam pieszo.

Ana?

285 słów = 3 punkty

poniedziałek, 26 listopada 2018

Od Any C.D Riley

- To co, widzimy się za pół godziny na parkingu? - zaproponowałam z uśmiechem na twarzy. Perspektywa wypadu na lodowisko od razu doprowadziła mnie wręcz do stanu euforii, zważywszy że dawno nie miałam już okazji do uprawiania tego sportu. - Chciałabym się wcześniej wykąpać i przebrać w coś bardziej reprezentatywnego.
- Jasne - odparła Riley.
Zagwizdałam na Siwego, na co oderwał swoją uwagę od Mel i łaskawie spojrzał na mnie, zatrzymując się z popisowego kłusa natychmiast do stój. Gdy podeszłam do niego i złapałam za ogłowie, poderwał niezadowolony głowę, popatrując w stronę Melindy, która zobaczywszy, że Charlie przestał za nią biegać, podkłusowała do Riley i zaczęła się do niej miziać. Obrażony Charles, po chwili stawiania bezsensownego oporu, ruszył w końcu za mną do wyjścia.
- To do za pół godziny! - zawołałam jeszcze, zanim zniknęłam z Siwym za bramą.
~•~
- Hej, cześć i czołem - rzuciłam do nadchodzącej Riley, opierając się o mojego jeepa. Generalnie nie przepadam za pełnieniem roli kierowcy i, prawda, zazwyczaj zabierałam się do miasta z kimś innym za kierownicą, ale skoro sytuacja tego wymaga: cóż począć?
- Hej - przyjaciółka przytuliła mnie na powitanie.
Gdy tylko otworzyłyśmy drzwi, na Riley wyskoczył Ghost, którego wcześniej zamknęłam w samochodzie. Usiadłam na fotelu kierowcy i sięgnęłam ręką do obroży psa, pociągając do tyłu.
- Eyeyey, chłopie, spokój - zaśmiałam się. - Do tyłu, ale już.
Chwilę potem jechałyśmy już drogą prowadzącą do Poreč. Jakieś pół godziny później parkowałam pod centrum handlowym, do którego poprowadziła mnie Ril.
- To co, masz jakieś konkretne plany zakupowe, czy chodzimy po całej galerii i czekamy na inspirację? - zapytałam, gdy wysiadłyśmy z samochodu. Przypięłam do obroży Ghosta smycz, żeby ochrona nie czepiała się, że biega luzem (o ile można w ten sposób nazwać bezwzględne trwanie przy mojej nodze) po budynku.

Riley?

281 słów

czwartek, 22 listopada 2018

Od Riley C.D Any

Bawiliśmy się tak przez dobrą godzinę, jak nie więcej, biegając w tą i z powrotem między falami. Z chwilą gdy udało mi się dogonić przyjaciółkę zamachnęłam się ochlapując ją słoną wodą. Oczywiście Ana bardzo szybko odpłaciła mi się pięknym za nadobne i zanim się obejrzałam uderzyła we mnie kolejna fala.
- Dobra, skoro już całe ociekamy wodą, a nasze włosy wyglądają jak wodorosty, możemy wracać do Akademii i przy okazji nastraszyć panią Rose. - zażartowałam stawiając stopę na miękkim, ciepłym piasku, w którym czarna zdążyła się już nawet wytarzać, co w połączeniu z jej mokrym futrem wyglądało wyjątkowo komicznie. Tia, komicznie to będzie jak przyjdzie mi ją z tej "upiększającej maseczki" oczyścić.
Z racji tego, że raczej nie uśmiechała nam się perspektywa jazdy po zmroku, wraz z zachodzącym słońcem postanowiłyśmy powoli zbierać się do powrotu do Magic Horse. Dotarłszy na miejsce, zaraz po rozsiodłaniu koni, każda z nas pomaszerowała do swojego pokoju.
~•~●~•~
Delikatnie uchyliłam powieki przez następne paręnaście sekund smętnie przypatrując się białemu pustkowi sufitu, który z bliżej nieokreślonego powodu w obecnej chwili zdawał się wręcz wymarzonym punktem do zaczepienia wzroku. Tak bardzo nie chciało mi się dzisiaj wstawać. Wskazówka ściennego zegara nieubłaganie zbliżała się do okrągłej dziesiątki. Dobra, wystarczy tego lenistwa.
Powoli zwlokłam się z cieplutkiego łóżeczka i owinięta kołdrą niczym naleśnik pomaszerowałam do kuchni, w celu wstawienia wody na herbatę. Nili zdążył już wpakować swoje cztery litery na lodówkę, najpewniej licząc na jakąś małą przekąskę. Swoją drogą zastanawia mnie jak silny musi być narzucany przez jego mały, opierzony brzuszek głód, biorąc pod uwagę, że gdzie się nie ruszy, zawsze szuka czegoś do jedzenia.
Na moje nieszczęście od rana lało jak z cebra i raczej nie zapowiadało się na poprawę pogody. Eh, no nic, trzeba się będzie przemęczyć. I tak zwlekałam z wyjściem już wystarczająco długo. Nie zdziwię się, jeśli zastanę Melindę poza boksem, z łbem w wielkim worku pszenicy. Po szybkim ogarnięciu się, narzuciłam długą, przeciwdeszczową pelerynę (która koniec końców i tak nie spełniła właściwie swej roli, bowiem na miejsce dotarłam praktycznie całkiem przemoczona, ale to już można było przewidzieć).
- Ello czarna - wyszczerzyłam się, poklepując klacz po szyi, na co ta parsknęła tylko lekko trącając mnie w plecy.
Oporządziwszy wierzchowca, chwyciłam kantar i wyprowadziłam ją na zewnątrz. Melinda już od dawna nie odstępowała mnie na krok i teoretycznie mogłabym z nią wychodzić bez jakiejkolwiek linki, ale przyznam szczerze, że mimo wszystko nieco obawiam się jej reakcji na ludzi przechodzących obok, a że nie należy do stworzeń zbyt ufnych, łatwo mogłaby się spłoszyć. Lepiej nie kusić losu. Mel to wariatka, a wariatka wariatką pozostanie. Z racji tego, że deszcz i porywisty wiatr nie zamierzały dziś ustąpić niczemu przyjemniejszemu, postanowiłam zabrać czarną na krytą halę z lustrami. Ku memu zaskoczeniu, a zarazem także uciesze, ćwiczył tam nie kto inny a...
- Hej, Ana! - pomachałam do przyjaciółki, która chwilę temu zaprezentowała z Charlie'm piękny, wysoki skok.
Widząc nas dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, zawracając wierzchowca, by już po chwili znaleźć się tuż przy barierce.
- No, no! Powiem ci, że dawno nie widziałam tak ładnego skoku. Nie myślałaś nad zgłoszeniem Mon'a do zawodów? - wysunęłam pytanie przyglądając się ogierowi, który z trudem ustawał w miejscu, krążąc wzrokiem na prawo i lewo.
- Niee, raczej nie, to tylko takie urozmaicenie. Przy tym trochę się zmęczy. - odparła niebieskooka, zeskakując z grzbietu siwka, po czym puściła go luzem. Charlie bez dłuższego zastanowienia pokłusował zadowolony przywitać się z Mel. Oparłszy się plecami o barierkę przez pewien czas obserwowałyśmy brykające na padoku wierzchowce. Trzeba przyznać, że ich zabawa wyglądała naprawdę uroczo.
- Anuś?
- Hm?
- Wybierasz się może dziś do miasta? - wysunęłam pytanie z nadzieją w głosie. Przyjaciółka zerknęła na mnie nie odzywając się słowem, więc po prostu kontynuowałam - Bo wiesz, Alice ma zjawić się w Magic Horse już w przyszłym tygodniu i chciałam zrobić małe zakupy przed jej przyjazdem. Oczywiście zrozumiem, jeśli masz już jakieś inne plany...
- Chyba naprawdę się tym denerwujesz - zauważyła podśmiewając się pod nosem, na co westchnęłam tylko cicho, przewracając ostentacyjnie oczyma.
- Aż tak to widać?
Dziewczyna pokiwała głową z rozbawionym uśmiechem, jednak po chwili poklepała mnie przyjacielsko po ramieniu - Weź wyluzuj, będzie dobrze. Przecież cieszyłaś się z jej przyjazdu, prawda?
Cóż, nie sposób zaprzeczyć. Z jednej strony miło byłoby znów zobaczyć się z Alice, ale z drugiej męczyło mnie poczucie odpowiedzialności za tę wariatkę. Kocham Alice, ale to nie zmienia faktu, iż odkąd pamiętam pakowała mnie w same kłopoty. Może niepotrzebnie dramatyzuję? Bądź co bądź, minęło już sporo czasu, może wraz z upływem lat ktoś dolał jej trochę oleju do głowy? Niee, osoby takie jak ona się nie zmieniają (niestety).
W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że rozmówca wciąż oczekuje jakiegoś odzewu z mojej strony. Kurde. Za dużo myślenia, za dużo myślenia.
- Wiesz... - odezwałam się w końcu, tym samym wytrącając Anę z zadumy - ... masz rację. Faktycznie trochę za bardzo się tym denerwuję. - w chwili, gdy podbiegły do nas Mon i Mlaskacz, szybko wygrzebałam z kieszeni marchewkowe ciastka, podając kilka z nich przyjaciółce - To jak będzie? Jedziesz ze mną do miasta?
- Okey, ale pod jednym warunkiem - zmierzyła mnie wzrokiem poklepując siwka po szyi - Potem pójdziemy na lodowisko, podobno otworzyli nowe w Poreč.
- Jasne, że tak! Dziękuję! - wyszczerzyłam się od ucha do ucha i przytuliłam dziewczynę.
W zasadzie moje doświadczenie z łyżwami ograniczało się jedynie do raptem trzech, może czterech spontanicznych wypadów, z czego niemal za każdym razem zaliczyłam co najmniej jeden upadek, aczkolwiek perspektywa ponownego wkroczenia na lód jakoś specjalnie mnie nie przerażała. Będzie ciekawie.

Anuś? Przepraszam, że musiałaś tak długo czekać na odpis

896 słów = 3 punkty

poniedziałek, 19 listopada 2018

Od Gale'a C.D Esmeraldy

Dziewczyna usiadła, milcząc, nawet nie racząc na mnie spojrzeć. Chrząknąłem, żeby zwrócić jej uwagę- bezskutecznie. Swój wzrok trzymałem wbity w Esmeraldę. David, który siedział obok mnie, sprzedał mi ostrego kuksańca w żebra.
- Ku*wa...- Jęknąłem, spoglądając na znajomego.- Co chcesz?
- Zakochałeś się?- Zakpił wrednie.
- Zamknij ryja. - Warknąłem, po czym wróciłem do posiłku. Widziałem jak Esmeralda, z wyższością śmieje się z naszego zachowania. Po obiedzie poszedłem do pokoju przygotować się na jazdę.
Dzisiaj na lekcji miałem dosiąść Lemon. Po szybkim oporządzeniu jako pierwszy wszedłem na parkur. Nikt nie przychodził, więc zacząłem stępować klacz. Podczas gdy koń maszerował, ja poprawiłem strzemiona i dopiąłem popręg. Na miejsce przyszła spóźniona pani Cooper, mówiąc: „Dzień dobry". Nie pojawił się nikt inny, więc można powiedzieć, że miałem lekcję prywatną. Instruktorka ułożyła kilka prostych przeszkód. Z każdym dobrze przejechanym rządkiem, Laura ustawiała nowe, wyższe i trudniejsze parkury. Na trybunach pojawiła się Esmeralda, która mnie całkiem rozproszyła. Tuż przed przeszkodą Lemon odskoczyła, a ja wylądowałem na drągach przeszkody.
- Cho*era!- Krzyknąłem. Na moje nieszczęście, upadek zobaczyła Esmeralda, która zaczęła zwijać się ze śmiechu.
- Wstawaj, łap konia i nie przeklinaj na lekcjach.- Powiedziała pani Cooper. Poprzeklinałem jeszcze chwilę pod nosem. Otrzepując się z piachu, podszedłem do konia. Chwyciłem wodze klaczy, usiadłem mocno w siodle i ruszyłem konia do galopu. Lemon pędziła przed siebie, jednak pod moją kontrolą. Po udanym skoku Laura zaklaskała w dłonie.


•~●~•


Poszedłem pod prysznic. Włączyłem chłodną wodę, żeby się orzeźwić i rozbudzić. Zawinąłem się w ręcznik jak naleśnik i wyszedłem z łazienki.
- Hej...- Usłyszałem zza pleców. Obróciłem się i zobaczyłem Esmeraldę!- Piękne siniaki masz na pleckach...
- Co ty tu ku*wa robisz?!- Krzyknąłem zdezorientowany.
- Przyszłam pogratulować wypadku, ale chyba w nieodpowiednim momencie.
- Co ty nie powiesz? - Zaśmiałem się, biorąc ciuchy po czym, poszedłem ubrać się do łazienki. Dziewczyna siedziała na moim łóżku. Gdy się ubrałem, wyszedłem do niej. - Coś jeszcze chcesz?- Esmeralda milczała. Sądziłem, że chce porozmawiać, ale coś ją blokuje. - Może chcesz gdzieś się przejechać?
- Gdzie na przykład?
- Znasz taki klub- White Tiger?
- Nie. Głupszej nazwy nie było?- Zapytała wrednie. Przewróciłem oczami i razem z dziewczyną wyszliśmy z pokoju. Schodząc po schodach, natknęliśmy się na Nami. Po jej minie łatwo było wywnioskować, że jest zaskoczona, widząc nas razem. Mimo to szliśmy dalej. Po wyjściu z Akademii kierowaliśmy się na przystanek.
W autobusie było pusto, więc mogliśmy przebierać w miejscach siedzących. Szybko dojechaliśmy do klubu. Przy wejściu jak zawsze stał ochroniarz, z którym wchodząc, przybiłem żółwika. Usiedliśmy z Esmeraldą przy barze. Nie pytając dziewczyny, czego chce, zamówiłem dwa Mojito. Czekając na drinki, widziałem jak dziewczyna, niechętnie szuka portfela.
- Na koszt firmy.- Uśmiechnąłem się.
- Dzięki...- Mruknęła pod nosem. Esmeralda siedziała sztywna jak głaz, więc postanowiłem ją rozweselić.
- Hej, patrz. - Zaśmiałem się, przykuwając uwagę dziewczyny. Dowiedziałem się od barmana, kto przed chwilą zamówił whisky. Podszedłem do tego gostka, będąc śledzony wzrokiem przez Esmę. - Cześć kolego, mam tu kilka kun. Założysz się, że wypiję to whisky bez dotykania szklanki?
- Ok- Odpowiedział. Przypatrywałem się drinkowi, nerwowo tupiąc nogami. W końcu chwyciłem naczynie i pośpiesznie wypiłem trunek.- Przegrałeś!- Powiedział.
- Tak, tu masz 3 kuny. Whisky kosztował pięć razy tyle. - Powiedziałem, odchodząc. Patrzyłem na Esmeraldę, która zaczęła się śmiać.- Nareszcie się uśmiechasz! - Krzyknąłem.

<Eska? Mer, mer, mer :3>


518 słów=3 pkt.

sobota, 17 listopada 2018

Od Esmeraldy C.D Gale'a

Przez dosłownie parę minut mierzyłam chłopaka wzrokiem, nie mogąc sobie przypomnieć, kim on jest. Zapewne tępe wpatrywanie się w jego oblicze w niczym mi by nie pomogło, więc subtelnie wyrwałam z jego uścisku moje ramię, dając mu wzrokowo znak, żeby się przedstawił, nic z tego.
-Powiesz mi wreszcie, dlaczego przez cały czas patrzysz na mnie z wyrzutem?!- warknął, zdejmując ze mnie swój ociężały wzrok.
-Oh, wybacz, ale nie wiem, o co Ci chodzi.- mruknęłam cicho, mając szczerą nadzieję, iż uda mi się wywinąć od odpowiedzi.
-Doskonale wiesz.- szatyn odparł, wykręcając usta w nieprzyjemny grymas.
-Nie muszę Ci się tłumaczyć, moje życie. Mogę tylko Ci wytłumaczyć, dlaczego Cię uderzyłam. - z nikłym uśmiechem spoglądnęłam na mężczyznę, nie wypuszczając z dłoni ogłowia.
-Nie mogę się doczekać.
-Wyładowanie emocji, ot cała tajemnica, dziękuję za użyczenie mi swojego lica.- byłam pewna, że w moich oczach zbierają się łzy, przez co wskazany był odwrót, który wykonałam.
Byłam przygotowana na to, iż chłopak (a właściwie mężczyzna?) mnie zatrzyma, zawoła, na co ja jak w najlepszych romansidłach i tak odejdę, a tu proszę - święty spokój.

***

-Esma, skracaj ją, skracaj, bo strącisz.- Pan James miał dzisiaj zdecydowanie nie najlepszy humor, co odbijało się na mnie i na Jaskółce, która z niezwykłym zapałem oddawała dzisiaj baty.
Echem rozbiegło się stuknięcie w drąg, a później głuchy odgłos uderzenia o piach, kolejnym za to dźwiękiem było klaskanie mężczyzny.- Mówiłem, żebyś skróciła.- mruknął cicho, poprawiając kaszkiet na swojej głowie.- Jeszcze raz, teraz proszę, żebyś skróciła.
Dołożyłam lekko klaczy w narożniku, zmuszając ją do stylowego przyśpieszenia - klacz momentalnie zmieniła takt i ruszyła soczystym galopem, już pomijam w nim złą nogę. Za dość prostym najazdem przeskoczyłyśmy pięćdziesięcio centymetrową stacjonatę, przed nią samą mocno skracając wykrok kasztanki, która zdezorientowana wyskoczyła nieco za późno, jednak drewno pozostało na swoim miejscu.
-Teraz z kłusa i dołóż woltę w narożniku. Jak ci zgaśnie na zakręcie, to biegasz z siodłem dookoła ujeżdżalni.- James uśmiechnął się złośliwie, na co jedynie odburknęłam coś pod nosem, zmieniając nogę w kłusie.
Zazwyczaj chętna do pracy folbutka teraz miała sprzeczne interesy i niemal stanęła w rogu, na co szybko zareagowałam solidnym batem, który bez powodzenia oddała, potykając się o własne nogi. Skok z kłusa udał się całkiem dobrze, przez co zostałyśmy pochwalone i udałyśmy się do stajni, gdzie oporządziłam trochę kasztankę. Godzina wskazywała na porę obiadową, a więc żegnając się z koniem, ruszyłam na stołówkę, od samego wejścia szukając ciemnobrązowej głowy w tłumie - nie znalazłam. Ze stoiska wzięłam sobie sałatkę i grzanki, zaraz łapiąc za jeszcze ciepły kompot. Lekko się ociągając, rozglądałam się za wolnym miejscem, jednakże takiego nie było - chociaż nie, jedno z przystępniejszych miejsc znajdowało się przy trzyosobowym stoliku, który już ktoś zajmował.
-Mogę się dosiąść?- zapytałam, posyłając nieznajomemu szeroki, fałszywy uśmiech.
-Jasne.- cholera, ja znam tego człowieka.- Esma?
Jestem zadziwiona tym, jak szybko potrafi mi się zmieniać humor - z wesołego na całkiem ponury.


Gale? Wybacz za marności xD

470 słów = 3 pkt.

niedziela, 11 listopada 2018

Od Winter C.D Navarro

W pierwszym momencie totalnie się przeraziłam. Naprawdę, miałam taki szok na twarzy. Zaraz potem sprawdziłam czy funkcje życiowe nie zostały zaburzone. W pewnym momencie, pochylając się nad nim, miałam ochotę go pocałować. Ale cóż, nie powinnam go wykorzystywać.
W końcu po prostu się przy nim położyłam, obserwując jego twarz. Wyraz jego twarzy był lekko niespokojny, ale jednak rysy twarzy trochę złagodniały. I cholera, on naprawdę był przystojny.
Westchnęłam przeciągle, układając głowę na jego piersi. Przymknęłam oczy i otulona zapachem piernika, zasnęłam.
*
Byłam podłym człowiekiem, ale pewnych rzeczy trzeba się dowiadywać samemu. A jako iż z niego raczej za dużo bym nie wyciągnęła, to uznałam, że zrobię to podstępem.
Tak, przegrzebałam mu szafki.
Jednak okazało się to wielką stratą czasu, bo ostatecznie nic ciekawego nie znalazłam. Jedynie trochę zdjęć z dzieciństwa, które z nudów przejrzałam.
Nav był naprawdę słodkim dzieckiem. Brązowe loczki, których aktualnie nie posiadał, tylko dodawały mu uroku.
Odetchnęłam cicho odkładając fotografie na miejsce, spojrzałam jeszcze raz na Navarro i wyszłam z jego pokoju.
U siebie ogarnęłam się na tyle by móc pokazać się ludzkości, poogarniałam swoje paszczaki i jak zwykle wyszłam do stajni.
Akurat kiedy rozczesywałam palcami ogon karego, w drzwiach boksu pojawił się brunet, którego miałam ochotę zabić za wystraszenie mnie na śmierć.
- Chcesz mnie zabić?! - wydarłam się automatycznie, poraz kolejny uderzając go szczotką.
- Hmm, raczej mija się to z tym po co tu przyszedłem - uśmiechnął się lekko. Prychnęłam cicho, wracając do przerwanej czynności. W końcu oparłam się na zadzie Blue i spojrzałam na  niego spod uniesionych brwi.
- Nie musisz mi się przecież spowiadać - burknęłam odsuwając go na bok bym mogła wziąć tranzelkę. - W zasadzie to nawet nie chcę wiedzieć co to było.
Zarzuciłam karemu wodze na szyję, w napięciu oczekując aż ten debil cokolwiek odpowie.
- Zwykła reakcja organizmu, nic poważnego - machnął ręką na co zgromiłam go wzrokiem, bo przez ten ruch mój kochany konik wyrwał swój szanowny łeb.
- Dziękuję Ci bardzo - prychnęłam rzucając mu kantar. Po raz kolejny złapałam pysk Blue i w kilku szybkich ruchach założyłam mu ogłowie na łeb.
- Nie ma za co - zaśmiał się lekko. Podał mi czaprak oraz podkładkę, co skwintowałam burknięciem. Wcisnęłam mu wodze w dłoń, a sama zajęłam się dalszym przygotowaniem konia do jazdy.
- Nie idź za mną - mruknęłam kiedy już wyszłam na korytarz.
Chciałam spokoju.
*
Kiedy tylko odpięłam karabinek od kantara, koń obrócił się na zadzie, bryknął i oddalił się wesołym galopem. Chwilę przyglądałam się koniom, a potem westchnęłam i ruszyłam do stajni. Czas ogarnąć swój sprzęt.
W sumie to i tak wiedziałam, że rzucę to w cholerę kiedy tylko zobaczę ilość rzeczy.
- Gdzie mi uciekasz - zanim w ogóle zdążyłam gdziekolwiek dojść, zostałam złapana za ramię i przyciągnięta do pewnego chłopaka.
Już wiedziałam, że mam przejebane.

447 słów= 3 pkt.

piątek, 9 listopada 2018

Od Navarro C.D Winter

Szczotka uderzyła centralnie w mój nos, na co skrzywiłem się nieco, obawiając się dalszego rozwoju wydarzeń.
-Mhm, rozumiem, że to kolejna kara za wczoraj?- mruknąłem, rozcierając ból na twarzy.
-Powiedzmy.- Winter rzekła, rzucając wściekłe spojrzenie karemu ogierowi.
Okropny ból brzucha nie opuszczał mnie od wczoraj, co jedynie świadczy o tym, iż kawa znowu zrobiła swoje, choć zażyłem odpowiednie lekarstwa, najwidoczniej jedynie pogarszające mój stan. Z niezadowoleniem spoglądnąłem jeszcze na karego, który ewidentnie na celu miał denerwowanie blondynki, co nie ukrywając, udawało mu się w stu procentach, po czym spokojnym krokiem ruszyłem w stronę boksu kasztana, z niecierpliwością czekającego na poranną dawkę przytulania. Holender stał do drzwiczek tyłem, więc parę razy cmoknąłem, dając o sobie znać. Duma konia przegrała z wrodzoną ciekawością i wierzchowiec odwrócił łeb, potrząsając nim energicznie. Powstrzymałem się od standardowej gadki o tym, że wygląda oszołamiająco źle, ograniczając się do szybkiego powitania kostką cukru. Jako, iż była ledwie 10, postanowiłem odrobinę z nim potrenować, gdyż ostatnio dzień w dzień stał w boksie, bo "ujeżdżalnia zajęta", "leje deszcz", "nie mam humoru". Tak. To ja. Chwilę później Jumper stał na korytarzu, wyrywając mi kopyta.
-Cholera, przestaniesz?- mruknąłem, przytrzymując mocniej jego nogę, którą aktualnie miałem zamiar wyczyścić.
Ruch w końcu ustał, a ogier zrezygnował z rzucania nogami.
*~*
Robienie slalomu nie do końca nam wyszło, gdyż ściągnąłem gwałtownie wodze, gdy niemal nie mogłem oddychać, witaj kawo. Kilka razy głośno wciągnąłem powietrze, luzując nieco uścisk na skórzanych paskach, by po chwili z twarzy odgarnąć włosy.
-Wybacz.- powiedziałem cicho, przykładając mocniej łydki do boków kasztana.
Byłem pewien, że Jumper ucieszy się z elementów skoków, które zaplanowałem na dziś, jednakże koń odmówił skoku po kilku najazdach, co mogłem uznać za moją winę, gdyż centralnie przed przeszkodą robiło mi się słabo i nie do końca potrafiłem utrzymać ogiera w prostym najeździe. W klatce piersiowej czułem znajomy ucisk, a wewnątrz mnie narządy zaczęły tańczyć tango, na co cicho jęknąłem, zdając sobie sprawę, że długo z tym nie wytrzymam, a więc rozstępowując ogiera, wyrzuciłem go na padok, by nieco poświrował i miał odrobinę radości, nie to co ja w tym momencie. Naprawdę błyskawicznie znalazłem się w swoim pokoju, za sobą zamykając drzwi na klucz, by komuś nie wpadło do głowy, by mnie odwiedzić. Bezproblemowo z szafki wyciągnąłem kilka opakować leków, po czym po jednym z każdego wziąłem do ust, chwilę później połykając je. Nie pozostało nic, tylko czekać, aż zaczną działać i poczuję zasłużoną ulgę. Niestety w przeciągu 20 minut nic takiego się nie stało, a jedynie czułem, jak w ustach zbiera mi się metaliczna w smaku ciecz. Z przyzwyczajenia udałem się do toalety, po czym z przerażeniem stwierdziłem, że z moich ust wydobyła się krew w dość pokaźnej ilości. Przez niemal 10 minut ślęczałem nad kiblem, stwierdzając, że z moich ust nadal wypływa jedynie krew, na szczęście w mniejszej ilości. Miałem już takie przypadki, więc jedynie wytarłem wargi, przemywając twarz zimną wodą. Z tylnej kieszeni spodni wyciągnąłem telefon, sprawnie wystukując na ekranie kilkanaście znaków, po chwili klikając "wyślij".

Do: Winter
Gdy skończysz z diabłem, wpadnij do mnie na chwilę, proszę :>

Specjalnie nawet odblokowałem drzwi, by dziewczyna mogła się do mnie dostać. Chwilę później miejsce na moich kolanach zajęła kotka. Właśnie w tym momencie rzeczywistość rozmyła się, a moje oczy zasłoniła czarna płachta.

Zimka? :>

450 coś słów = 3 pkt.

czwartek, 8 listopada 2018

Od Winter C.D Navarro

Po kilku sekundach totalnego szoku wypuściłam długo trzymane powietrze z płuc. Nie tego się spodziewałam, nie na to byłam gotowa. Dlatego też nie miałam pojęcia co z tym fantem zrobić. Uznałam, że najlepszą opcją będzie poczekać, aż ten debil wróci i porozmawiać na spokojnie.
O ile coś takiego w naszej terminologii istnieje.
Westchnęłam przeciągle, sięgając do plecaka i wyjmując podręcznik od historii oraz termos z herbatą. Koty wykorzystały swoje termoforowe właściwości, kładąc mi się na brzuchu oraz przy głowie, a pies na nogach.
Brakowało tylko Nava.
W międzyczasie po prostu zasnęłam, ale co się dziwić jak kułam praktycznie bez przerwy od szesnastej do dwudziestej pierwszej.
Obudziło mnie dopiero trzaśnięcie drzwi. Navarro, zamarł w bezruchu, patrząc na mnie z zapewne zdziwieniem. W takich momentach zazwyczaj uciekałam, ale teraz nawet na to nie miałam ochoty.
- Powiedz mi kurwa jedną rzecz. Gdzie ty do cholery byłeś?! - usiadłam na łóżku, zakładając ręce na piersi. - Wiesz, jak się martwiłam?
- C-co ty tu robisz? - zająknął się. Czyżby w tym jednym wypadku nasze rolę się odwróciły?
- Hibernuję - prychnęłam ostro. Kolejny mój ruch był nie do końca przemyślany, bo zamiast rzeczywiście mu przyłożyć, zostałam przyciągnięta prosto do jego klatki piersiowej. Otulił mnie zapach piernika i natychmiast porzuciłam myśl, wobec której miałam się mu wyrwać. W końcu jednak odsunęłam się i sprzedałam mu konkretnego liścia.
- Nigdy. Już. Mnie. Tak. Nie strasz - wycedziłam przez zęby.
Totalnie zdenerwowana, tak w zasadzie na siebie, wyszłam z pomieszczenia.
*
Oparłam się o zimną ścianę stajni, patrząc na konie, które wesoło ganiały po padokach. Sama miałam ochotę zamienić się w takiego konia, by zaznać choć chwilowej radości.
Odepchnęłam się od muru i skierowałam swoje kroki do pewnego karego wałacha. Miałam ochotę go wyczyścić, więc jak powiedziałam, tak zrobiłam.
No, ale nie wszystko zawsze idzie, jak trzeba.
- Kur*a mać, Blue ty pierdolcu! - wrzasnęłam, uderzając karego w szyję. Miałam go totalnie dość. - Ogarnij się.
Z całej tej złości aż rzuciłam szczotką. W, dodajmy to, Navarro.
- O Jezu, przepraszam!

323 słowa = 3 pkt.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Od Riley C.D Ansela

- To jakiś rodzaj spalonej w słońcu papugi? - wypalił chłopak, lustrując zwierzaka wzrokiem od góry do dołu tak, jakby za chwilę miał wyparować albo co. A temu co? Kruka nigdy nie widział?
- Przyjaciel - odparłam krótko wciąż zajęta przeglądaniem sterty zrobionych wcześniej notatek, przy czym odnoszę wrażenie, iż zawarte w nich informacje to i tak pewnie stanowczo za mało. No trudno. Pan Blythe będzie musiał się zadowolić tym co jest, bo nie mam zamiaru marnować czasu na zagadnienia, o których nawet sam wujek google nie ma zielonego pojęcia. Ansel też raczej nie wyglądał na skorego do dalszej współpracy, w obecnej chwili bardziej interesował go mój pupil a niżeli nauka.
- A jakieś imię ma? - dopytywał się chłopak, jednak nim zdążył otrzymać jakąkolwiek odpowiedź, wyciągnął dłoń w stronę ptaka.
- Uważaj, on... - nie dokończyłam, gdy Nil wbił dziób w gładką powierzchnię biurka jakimś niewytłumaczalnym cudem omijając ręce Elgorta. Zapewne gdyby nie refleks kolegi prawdopodobnie miałby już elegancko rozwalony paznokieć. - Dziobie. - dopowiedziałam zakłopotana zawijając kosmyk włosów wokół palców. Głupia sytuacja, powinnam była wcześniej go uprzedzić.
- Jaki właściciel, takie zwierzę. - podsumował krótko brunet i choć nie patrzyłam teraz w jego kierunku, dałabym sobie rękę odciąć, że na twarzy chłopaka znów zawitał pełen kpiny, jak nie arogancji; szelmowski uśmieszek. Okey, zaczynam żałować, że nie oberwał. Chociaż z drugiej strony znając podejście mojego psychicznego pupilka może nie wszystko stracone?
- Wracając do twojego pytania, wabi się Nilay Leonadro Francesco aka Oskar, ale i tak wszyscy pamiętają tylko to pierwsze.
- A ty masz jakiegoś pupila...? - zagaiłam po chwili w celu przerwania kłębiącej się od dłuższego czasu w powietrzu ciszy. Z braku reakcji rozmówcy wywnioskowałam, że albo odpowiedź brzmi nie, albo zwyczajnie nie ma ochoty sobie więcej strzępić języka. Niepotrzebne skreślić.
- Rozumiem, że koniec nauki na dziś? - odezwał się w końcu Elgort, jakby dopiero teraz wybudził się z umysłowej śpiączki. Swoją drogą ciekawe nad czym tak przez cały czas rozmyśla... A zresztą, to już nie mój interes. Grunt, że udało nam się skończyć ten referat, marny bo marny, ale jest.
- Na to wygląda - z cichym westchnieniem zgarnęłam karty, po czym upchałam je do szuflady - ...choć szczerze wątpię, czy w ogóle uda nam się to zaliczyć - dorzuciłam w myślach.
Skinąwszy głową kolega podniósł się z krzesła, w drodze do drzwi rzucając krótkie "cześć" na do widzenia, by niedługo potem oddalić się w bliżej nieznanym mi kierunku.
Nie wiedzieć czemu odczuwałam teraz niepohamowaną potrzebę wyjścia z akademika, co chyba było nie najlepszym pomysłem, zważywszy na to, iż od dobrych paru minut lało jak z cebra. Z drugiej strony świadomość, że zegar nie wybił jeszcze nawet szesnastej, a panna ADHD wciąż siedzi sama w stajni, zdawała się być dość przekonującym pretekstem, by ruszyć tyłek. Nieoczekiwanie z sąsiedniego pomieszczenia dobiegł do mnie cichy odgłos skrobania. Oho, zdaje się, że mój nieuleczalnie chory pupilek znów postanowił przewertować regał z książkami. Znając życie zdążył już elegancko rozdziobać kawałek okładki "Wyklętego" bądź "Sześć lat później", bo przecież niszczyć trzeba to, co najbardziej w tej kolekcji wartościowe, prawda? Ku memu zaskoczeniu przedmiotem maltretowanym obecnie przez dziób kruka okazała się być nie jedna z lektur, a paczka papierosów. Ta sama, którą skonfiskowałam Anselowi na czas zajęć (i ta sama, którą oczywiście zapomniałam potem oddać. Cholera). Podniósłszy zmasakrowane do granic możliwości pudełeczko, wepchnęłam je do kieszeni, uprzednio sprawdzając czy aby na pewno Nili nie zdążył już się dobrać do jego zawartości. Na szczęście same fajki pozostały w stanie nienaruszonym. Chyba nic się nie stanie, jeśli oddam mu je dopiero jutro? Eh, nawet gdybym chciała zrobić to teraz ciężko byłoby mi go znaleźć, zwłaszcza, że nawet nie wiem w którym pokoju Elgort urzęduje, a pukanie do jednej trzeciej drzwi w akademiku raczej mi się nie uśmiecha. Jeden dzień bez papierosów powinien przeżyć, zresztą, założę się, że w swej komnacie ma tego towaru znacznie więcej.
~•~●~•~
Budzik rozwył się tak głośno, jak tylko mu jego malutki, telefoniczny głośniczek pozwolił, tłukąc głupawą melodyjką me nieszczęsne uszy. Niechętnie, w iście ślimaczym tempie zwlokłam się z ciepłej pierzyny i narzuciwszy szlafrok nieco ospałym krokiem powędrowałam do kuchni. Tak na dobrą sprawę powinnam chyba trochę się pośpieszyć zważywszy na to, iż samo porzucenie ukochanej poduszki zajęło mi parę dobrych minut, a do wyjścia z domu pozostało już niespełna pół godziny; ale jedynym o czym w obecnej chwili byłam w stanie myśleć był kubek mocnej, gorącej kawy. Zaraz po wypiciu czarnej mikstury bogów, pomknęłam do łazienki żeby możliwie ogarnąć się przed szkołą. Niestety, mimo wielkich starań, makijaż nijak nie współgrał z ubiorem, lecz nie miałam teraz czasu na zastanawianie się nad tym czy z czernią lepiej komponuje się cień szary czy brązowy, więc po prostu zmieszałam jeden i drugi, co chyba nie wyglądało jakoś specjalnie wizytowo, ale mniejsza z tym. I tak lepiej niż gdybym miała pokazać się bez jakiegokolwiek make-up'u, z paskudną niczym u warana cerą i "pięknymi" worami pod oczami. Ta, tego drugiego właściwie mogłabym sobie oszczędzić, gdybym miała choć odrobinkę więcej oleju w głowie i kładła się o ludzkich porach, zamiast mantyczyć do nie wiadomo której godziny, albo gdyby ktoś ze stacji telewizyjnej się nie uparł żeby puścić jeden z moich ulubionych filmów akurat o drugiej w nocy. Tak czy inaczej, sama jestem sobie winna tej nędznej doli. Kątem oka zerknęłam na ścienny zegar. Za dwadzieścia ósma. Kurde.
~ Riley, ogarnij się! Nie po to przesiedziałaś ponad trzy godziny z nosem w podręczniku żeby teraz zawalić ten pitolony sprawdzian. ~ odezwał się głos w mej głowie. Swoją drogą co za kretyn robi testy na pierwszej godzinie lekcyjnej? Przecież wiadomo, że mózg człowieka jeszcze nie funkcjonuje normalnie o tej porze...
W powietrzu wciąż kłębiła się wilgoć i nie zapowiadało się na większą poprawę pogody. Zgarnąwszy z wieszaka długi, czarny płaszcz zdegustowana koniecznością opuszczenia przyjemnego, cieplutkiego akademika, pomaszerowałam pokrytym licznymi kałużami chodnikiem w stronę budynku zajęć.
~•~●~•~
Cóż, z czystym sumieniem przyznaję, iż życie czasem bywa piękne. Jakaż to radość wypełniła całą salę, kiedy to okazało się, że pan Ivan za namową kilku wygadanych osóbek z klasy, zgodził się przełożyć sprawdzian (pomińmy fakt, że i tak czeka nas on w poniedziałek, ale weekend to chyba wystarczająco dużo czasu na naukę, czyż nie?). Tia, zgaduję, że Blythe nie będzie na tyle łaskawy, by darować mnie i Anselowi dzisiejszy referat... Właśnie. Ansel! Co z nim? Przygotował się na tą prezentację? Przyjdzie w ogóle? Nie no, musi przyjść. Przyjdzie. Chyba?
Kiedy tak analizowałam sobie w łepetynie, jak mogłaby wyglądać dziś ostatnia godzina lekcyjna, ni z tego ni z owego, gdzieś daleko w tłumie ludzi dostrzegłam znajomą sylwetkę. Proszę! Pojawił się jak na życzenie.
- Ansel, poczekaj! - zawołałam doganiając chłopaka - To chyba twoje... - wysapałam szybko wygrzebując paczkę fajek z kieszeni.
- Nie przypominam sobie żeby było dziurawe - podrapał się po głowie z lekkim rozbawieniem.

Ansel?

1098 słów = 6 pukntów

Aiden!


Imię: Zostało mu nadane imię pochodzenia celtyckiego - Aiden. Od staroirlandzkiego Áedán – zdrobniałej formy imienia Áed, oznaczającego "płomień, ogień". 
Nazwisko: Tutaj nie trzeba się rozpisywać, Styles.
Data urodzenia: Roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego, równy miesiąc po rozpoczęciu nowego roku. Dokładniej pierwszego lutego, gdy wówczas panowała nadzwyczaj ciepła zima.
Płeć: Każdy przyzna tu rację, że Aiden to nadzwyczaj piękny przedstawiciel płci męskiej.
Nr pokoju: 31
Rodzina: Desmond Styles — zdecydowanie należy do pracoholików, którzy uważają, że pieniądze wystarczą do zapewnienia rodzinie szczęścia. Nie poświęca czasu swoim dzieciom, a tym bardziej żonie, która otwarcie mówi mu o swoim romansie. Uważa, że Aiden nigdy nie miał żadnych problemów, a po prostu jest rozbrykanym dzieciakiem, który jest ciekawy świata. 
Anne Cox — snobka, zapatrzona w starszą córkę. Uwielbia swoją młodą kopię. W jej oczach Aiden panuje nad tym, co robi, ale nadzwyczaj mocno tępi go w swoim towarzystwie. Nienawidzi momentów, gdy syn pozostaje sam na sam z córką, ponieważ boi się, że zostanie skrzywdzona. Od trzech lat ma romans z młodym, zadufanym w sobie mężczyzną o imieniu Charles. 
Demma Styles — żywa kopia matki. Jedyne czym się różnią, to stosunkiem do Aidena. Demma walczy z jego nałogiem od samego początku i nie potrafi zrozumieć nastawienia swoich rodziców.
Charakter: Aiden na pewno nie jest mężczyzną, którego matki wybrałyby na kandydata na męża dla własnych córek. Jest wręcz przepełniony negatywnymi cechami, które skutecznie odbijają się na jego wizerunku publicznym. Tworząc wokół siebie aurę snoba, przyciąga tylko i wyłącznie takie osoby, które nie poczują się w jego towarzystwie słabsze, a co gorsza biedniejsze pod względem materialnym. Niezbyt bezpośrednie afiszowanie się rodzinnym majątkiem, doprowadziło go do osiągnięcia dość pokaźnej liczby obserwujących na każdym jego profilu w mediach społecznościowych. Uwielbia dodawać na relacje zdjęcia i filmiki, z różnych restauracji czy imprez, wypełnionych przepychem i popularnymi osobistościami. Sylwetka jaką kształtuje jest niezwykle egoistyczna i zawistna, potrafiąca mocno dawać się we znaki. Jak przystało na egoistę, w jego życiu króluje słowo: ja. Dobro i potrzeby drugiego człowieka jest dla niego absolutnie bez znaczenia, chyba, że tkwi w nim dobry interes. Najważniejszym w jego życiu jest spełnianie własnych marzeń i pragnień. Nie zwraca wówczas uwagi, czy realizując je, nie sprawia drugiej osobie krzywdy, czy też nie dostarcza mu cierpienia. W sytuacji wyboru, gdzie stoi przed zdobyciem postawionego sobie celu, poprzez zranienie innych osób, czy też stracenie owej okazji, a nie wpływanie na życie innych ludzi - nie waha się. Wybiera siebie, nie rozważając systemu wartości, lub odgórnie ustalonych zasad, czy reguł życia społecznego. Kieruje się wyłącznie tymi zasadami, które mu odpowiadają, bądź tworzy własne, dopiero wtedy uznając je za stosowne i godne naśladowania w życiu. Cechą bezpośrednio łączącą się z egoizmem jest narcyzm, którego nie da się odmówić szatynowi. Jako osoba narcysyyczna, czuje się lepszy od innych i wyraźnie daje to odczuć swoim bliźnim. Jest arogantem, widzącym tylko i wyłącznie czubek własnego nosa, lekceważąco odnoszącym się do innych ludzi. Cechuje go bardzo wysokie mniemanie o sobie, daje temu często wyraz, poprzez wyolbrzymianie własnych sukcesów, podkreślanie uzdolnień i zasług, a od otoczenia oczekuje wychwalania i uwielbienia. Ma niesamowicie wygorówane cele i fantazje, które odniesie dzięki talentom, urodzie i powodzeniu. Ma w sobie głębokie pragnienie świecić niegasnącum blaskiem, by być kojarzonym z kimś wspaniałym, prestiżowum i spektakularnym. Z przekonania o własnej wyjątkowości, wysnuwa wnioski o tym, że przysługuje mu specjalne traktowanie, a inni ludzie to jego słudzy, pomagający mu w realizacji celów. Traktuje ludzi przedmiotowo, nie dostrzega ich potrzeb i uczuć, często bywając wobec nich zawistnym i okrutnym. Jest człowiekiem zwyczajnie pysznym, któremu brakuje pewnej dozy pokory w kontaktach międzyludzkich. W towarzystwie wyższej sfery potrafi wykazać się wysoką kulturą osobistą. Wypowiada się nadwyraz lakonicznie, gdy występuje jakakolwiek dyskusja, ciężko jest nie usłyszeć jego głosu. Jest bardzo wygadany, nie umie trzymać języka za zębami. Uwielbia potyczki słowne, w których wygrana daje mu wiele satysfakcji. Wtrąca swoje trzy grosze niemalże wszędzie, podważając zdanie każdego rozmówcy. Na jego szacunek trzeba sobie solidnie zapracować, przez co niewiele osób jest przez niego obdarzonych tym zaszczytem. Jest beztroski i niezwykle sarkastyczny. Posługiwanie się sarkazmem przychodzi mu z niebywałą łatwością, używa go przy każdej możliwej okazji wyrażenia negatywnej opinii. Bardzo łatwo można wyprowadzić go z równowagi, co bardzo często kończy się agresywnym zachowaniem z jego strony i potokiem niemiłych, a wręcz niegrzecznych słów, które ranią każdego, kogo dotkną. W swoich poczynaniach jest niezwykle cwaniacki i pomysłowy, dzięki czemu ludzie posiadają na jego temat opinię jeszcze gorszą niż wcześniej. Doskonale wie, czego chce i dąży do postawionych sobie celów bez żadnych ograniczeń, często omijając przez to zdrowy rozsądek i ograniczenia. Wyróżnia się wyjątkową szczerością, która przekracza wszelakie normy, które przyjęte zostały wśród ludzi. Jednakże by nie wykazywać samych wad, tego dwudziestolatka, warto wspomnieć o uchowanej w głębi jego duszy, nutki empatii, którą wykorzystuje tylko i wyłącznie w przypadku osób zaufanych, bądź tych, którzy względnie sobie na nią zasłużyli. Zdarza mu się współodczuwać stan emocjonalny drugiej osoby, pozwalając sobie na zrozumieniu działań, postaw i decyzji innego osobnika. Potrafi spojrzeć na rzeczywistość czyimiś oczami i wyobrazić sobie, co druga osoba czuje, a często nawet przeżywać pewne wydarzenia razem z nim i wspólnie cieszyć się z sukcesu lub płakać nad porażką, co jest przeciwieństwem dla jego egocentrycznej postawy w życiu codziennym, bądź w towarzystwie osób, na których mu nie zależy, lub co gorsza ich nie zna. Uważa, że skrajnie rozwinięta empatia może stać się ogromnym problemem, więc ogranicza ją do względnego minimum. Kolejną cechą, jaką posiada jest astertywność. Oznacza to, że posiada umiejętność wyrażania swoich myśli, uczuć i poglądów z zachowaniem własnych granic i przy jakimkolwiek poszanowaniu granic innych ludzi. Jest to także umiejętność odmawiania, mówienia "nie" wtedy, kiedy rzeczywiście nie zgadza się z ogółem, choć lubi wykorzystywać tą cechę po to, by nadszarpnąć komuś nerwy. Granica między asertywnością, a egoizmem jest cholernie często zacierana, więc nawet w przypadku bliższych mu osób, potrafi dość uszczypliwie kogoś dotknąć. Jest okropnym zazdrośnikiem, przez co potrafi bardzo szybko zrujnować związki. Można go zaliczyć do grona ambiwertyków, którzy są w stanie odnaleźć się w większości różnych sytuacji. Świetnie bawi się na różnego typu przyjęciach, na którym będzie bardzo wiele osób, jak i podczas spędzania weekendowego wieczóru samotnie w własnym pokoju, z książką w ręce, a dodatkowo doskonale się przy tym relaksując. Jest doskonałym mówcą, ale gdy zauważy w pewnej osobie, można go nazwać wybrańcem, ziarnko jakiejś niepewności, obawy, czy po prostu niemoc w jakiejś sytuacji, staje się również wspaniałym słuchaczem.
Uwielbia i świetnie odnajduje się w roli lidera, niekoniecznie lubując się w momencie, gdy to on musi pracować pod czyimiś rządami. Jest połączeniem sangwika i choleryka, bowiem jest osobą niezwykle stabilną w uczuciach, co niby podobne jest do flegmatyka, lecz na tym podobieństwa się kończą. Jak na sangwika przystało, jest niezwykle optymistyczny, otwarty i towarzyski - często można go określić, jako duszę towarzystwa. Nie ma problemu w wchodzeniu w relacje interpersonalne, lecz okazuje w tym dominacje i władczość nad drugą osobą. Jest bardzo emocjonalny, i nie skrywa swoich emocji, bardzo często nimi wybuchając. O ile jednak u sangwinika władczość i dominacja zazwyczaj nie przybierają zbyt wielkich rozmiarów, u tego mężczyzny mogą zamienić się w gniew, agresję. Jak na choleryka przystało, jest ambitny, lubi podejmować decyzje i trudne wyzwania. Nie lubi, a wręcz nienawidzi, gdy ktoś nie zgadza się z jego zdaniem, i ma trudności w przyjęciu często konstruktywnej krytyki, co czyni go bardzo trudną gliną do rzeźbienia.
Aparycja: Mężczyzna o ponadprzeciętnej urodzie, sylwetce, czy też nawet wzroście. Znakiem rozpoznawczym Aidena są gęste, kręcone włosy o kolorze ciemnego, kawowego wręcz brązu. Na jego głowie pojawiały się przeróżne kombinacje, poczynając na zakręconej grzywce zakrywającej czoło, przez zdecydowanie prostsze włosy sięgające do ramion, a kończąc na obecnej, zazwyczaj niedbale roztrzepanej fryzurze, w postaci loków, które prędzej przypominają sprężynki. Poważne rysy twarzy, zazwyczaj rozświetla niezwykle szeroki i promienny uśmiech. Oczy chłopaka mają niewątpliwie urokliwą, brązową barwę. Aiden doskonale opanował przenikanie ludzi swoim wzrokiem, który w wielu sytuacjach jest ostry i bezuczuciowy.  Szatyn mierzy sobie sto osiemdziesiąt osiem centymetrów, co czyni go wysokim. Sylwetka chłopaka jest wynikiem trenowania różnych sportów wyczynów. Zawsze stara się wyskoczyć przynajmniej dwa razy w tygodniu na siłownie. Posiada nieprzesadnie zarysowane mięśnie, które zaniedbane zostały przez nałóg chłopaka. Rozbudowane ramiona Aidena to z całą pewnością cecha charakterystyczna jego sylwetki. Warto także wspomnieć o tatuażach szatyna, które zaszczyt mają zdobić jego skórę. Na klatce piersiowej zostały wytatuowane drobne słońce i księżyc, zdobiąc odpowiednio mostek i dwa boki mężczyzny. Jedna z ważniejszych dat widniała tuż pod guzem biodrowym, zaś kark zdobiła pięcioramienna gwiazda. Jeżeli dobrze się przyjrzymy na jego ręce malują się blizny, które powstały na wskutek zażywania heroiny. 
Ulubiony koń: Nie posiada. Nie potrafi podjąć decyzji po jednorazowym obcowaniu z danym wierzchowcem.
Własny koń: Aiden stał się dumnym posiadaczem hanowerskiej klaczy - Countess Of Highfields.
Poziom jeździectwa: Zaawansowany.
Partner: Mężczyzna nie szuka stałego związku, stwierdza, że się do niego nie nadaje i nie ma sensu robić dziewczynom nadziei. Często zdarzają mu się jednorazowe przygody. 
Historia: Pierwszego dnia lutego, roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego na świecie zawitał Aiden. Urodził się w Redditch, gdzie spędził pierwsze dwanaście lat życia. Wśród rodziny uchodził za dobrze wychowanego, grzecznego chłopaka, który ma swój rozum i świeci przykładem w szkole, czy też sportowym klubie. Szatyn miał wówczas bardzo dobry kontakt z siostrą, czy rodzicami, którzy poświęcali mu całą swoją uwagę i spełniali niemalże każde jego życzenie. Swoje serce oddawał pływaniu, które poskramiało jego emocje i problemy, które zaczęły pojawiać się wraz z początkiem okresu dojrzewania. Próbował wielu sportów, wiele osób mówiło, że ma słomiany zapał, co niekoniecznie mija się z prawdą. Szybko zakończył grę w koszykówkę, później siatkówkę. Ugryzł lekkoatletyki, która niekoniecznie mu podpasowała. W tym samym momencie ojciec zaproponował mu wypróbowanie jeździectwa. Z respektem umawiał się na pierwsze jazdy, lecz im więcej wiedzy 'łykał', tym bardziej ta dyscyplina go pochłaniała. Gdy miał dwanaście lat zapadła decyzja o zmienieniu miejsca zamieszkania na Londyn. Powodem było gonienie za awansem jego ojca. Cieszył się z powodu przeprowadzki, bowiem miał więcej możliwości swojego rozwoju. Do szesnastego roku życia wszystko układało się bardzo sielsko, do momentu, gdy ojciec przestał wracać na noc do domu, a matka sprowadzała do domu obcych mężczyzn. Aiden zaczął wtedy uciekać z domów, spotkania z przyjaciółmi przyciągały się w nocowania. Nadal zaciekle trenował, ale odpuścił sobie jeździectwo na rzecz wychodzenia ze znajomymi, naukę i jeszcze więcej treningów piłki nożnej. Sytuacja w domu pogarszała się z dnia na dzień, jego znikanie uchodziło mu na sucho, o ile było zauważane przez rodziców. W życiu chłopaka zaczął się okres próbowania nowych rzeczy. Alkohol był coraz częstszym gościem na spotkaniach jego paczki. Zaczął spotykać się z pierwszymi dziewczynami, które prędko zostały przez niego odpychane. Na jego siedemnastych urodzinach pojawiła się totalnie nowa rzecz, coś, o czym nawet nie myślał. Marihuana prędko została jego lubianą substancją, która stała się takim stylem życia chłopaka. Nigdy jej nie odmawiał, uważał, że panuje nad sytuacją i roślinka nie jest w stanie go uzależnić. Starsza siostra znalazła u niego woreczek strunowy, który prędko wylądował na konsultacji z matką. Jej reakcja zdecydowanie nie należała do tych prawidłowych, bowiem machnęła na to ręką i stwierdziła, że jako nastolatka również popalała maryśkę. Aiden szybko przerzucił się na twarde narkotyki, a jego ulubienicą stała się heroina. Brał ją w ogromnych ilościach, o czym świadczą blizny na jego lewej ręce. Za sprawą jego siostry, wreszcie ujrzał, jak ten mocny narkotyk go wyniszcza. W wieku dwudziestu trzech lat trafił na odwyk. Mógł poszczycić się roczną abstynencją. Postanowił wrócić do jeździectwa i kontynuować swoją naukę. W tym momencie nałóg znowu zaczyna powracać. Zabawa zaczyna się od nowa, z tym że w nowym kraju i w nowym towarzystwie.
Inne: 
Posiada umiejętności wokalne, nie chwali się swoim głosem, lecz lubi sobie czasem pośpiewać.
We wcześniejszych latach był silnie uzależniony od papierosów, pozbył się tego nałogu na krótko, bowiem tuż po rozpoczęciu pobierania nauki w Akademii, ponownie do tego wrócił.
Przez swoje uzależnienie musiał zrezygnować z ukochanego pływania. Narkotyki i papierosy, palone we wcześniejszych latach pozbawiły go dobrych wyników na testach wydolnościowych.
Nie stroni od alkoholu.
Uwielbia wszelkiego rodzaju kawę.
Kontakt: venice (howrse)

niedziela, 4 listopada 2018

Grace!

Imię: Dziewczyna dostała iście królewską godność, a przynajmniej ona tak twierdzi. Sama uważa, iż imię jest przepiękne i nie chciałaby go zmieniać. Grace, dokładnie tak rodzice ochrzcili dziewczynę. Niby zwyczajnie, a jednak wyjątkowe. Cóż mogę jeszcze o tym powiedzieć. Ten zlepek liter był naprawdę dużym problemem, ponieważ jej rodzice kłócili się bardzo długo, jak ma mieć na imię ich mała księżniczka. W końcu władze przejęła babcia i to ona zadecydowała, oszczędzając tym samym rodzicom Grace niepotrzebnych sporów.
Nazwisko: Z nazwiskiem nie było większych problemów, ponieważ tutaj za dużego wyboru nie było. Dziewczyna dostała dźwięczne i proste nazwisko - Evans. Mogę śmiało powiedzieć, iż cała rodzina Evansów miała rękę do koni. Myślę, że nie muszę się tutaj zbędnie rozpisywać, więc zapraszam do kolejnego, jakże "ciekawego" punktu.
Data urodzenia: Grace urodziła się w zimę, była prawdziwym prezentem na Boże Narodzenie dla rodziców. Co prawda 18 grudnia to nie święta, no ale kto by się przyczepiał? Dokładna data to 18.12.2001 co oznacza, że za niedługo skończy 17 lat. Czy się cieszy? Oczywiście! Przez swoje niezbyt długie życie zdobyła wiele doświadczenia, między innymi dzięki tym wspaniałym zwierzętom, jakimi są konie.
Płeć: Jak już mogłeś zauważyć, Grace jest dziewczyną, to znaczy, iż jest płci pięknej, co z kolei oznacza, że nie jest chłopakiem. Proste? Proste. Mam nadzieję, że wystarczająco jasno to wyjaśniłam i nie będzie później jakichś niedomówień. Jeżeli nadal masz jakieś wątpliwości... to idź do lekarza, bo widocznie jest coś z Tobą nie tak ;3
Nr pokoju: Cóż, Grace nie ma problemów z nawiązywaniem nowych znajomości, w szczególności z płcią przeciwną, więc wybrała jeden z pokoi mieszanych. Oczywiście poszła w żółtą kolorystykę, a znalezienie takiego nie sprawiło jej dużo trudności. Na drzwiach wejściowych widnieje numerek 28 i to właśnie w tym pokoju mieszka nasza brunetka.
Rodzina:
Rodzice - Oczywiście najważniejszymi osobami w rodzinie są rzecz jasna rodzice. Zacznijmy od Bethany, czyli 38-mio letniej mamy Grace. Jest to najlepsza rodzicielka, jaką dziewczyna mogłaby sobie wymarzyć. Kobieta na co dzień pracuje w klinice weterynaryjnej i to właśnie ona zaszczepiła w córce miłość do zwierząt. Grace zawdzięcza jej naprawdę wiele, poza wprowadzeniem w świat koni, mama zapewniła dziewczynie doprawdy cudowne dzieciństwo, brunetka była rozpieszcza do granic możliwości, lecz rodzice stawiali jej pewną granicę, której nie mogła przekroczyć. Jeżeli wchodzimy w tematy dyscypliny i rygoru, to od razu zaznaczę, iż tego pilnował Steven - 41-no letni ojciec Grace, który jest jednym z wojskowych. Dzięki niemu dziewczyna nigdy się nie spóźnia i zawsze stara się robić wszystko najlepiej, jak potrafi. Tak naprawdę większość sukcesu w życiu niebieskooka zawdzięcza tym dwóm osobą, które powołały ją do życia.
Rodzeństwo - Grace wychowała się z ogromną ilością rodzeństwa. No może troszkę przesadziłam, no ale przejdźmy do tematu. Dziewczyna ma trzech braci, zacznijmy od tego najstarszego. Kevin, 19-to letni blondyn o zielono-niebieskich oczach i pięknym uśmiechu. Trzecia najważniejsza osoba dla dziewczyny. Nigdy się nie kłócili, ponieważ żyli w przekonaniu, że razem zrobią więcej. Cóż mogę jeszcze o nim dodać? Miły, zabawny, przystojny, tak można go opisać. Możliwe, że kiedyś Grace namówi go do przyjazdu w to cudowne miejsce i zostania na dłużej. Następni w kolejce są Max i Tobias. 15-sto letnie bliźniaki dwujajowe. Dziewczyna nie miała z nimi za dobrego kontaktu, ale w razie potrzeby, zawsze mogła na nich liczyć. Mimo iż bruneci nie są tacy sami, mają prawie identyczny charakter. Często rzucą żartem, nie zawsze wszystkich rozśmieszą, ale przynajmniej się starają. Do mądrych oni nie należą, lecz jak przychodzi co do czego, potrafią siedzieć przy książkach kilka godzin.
Inni - Jedyną osobę, którą chciałbym tu wymienić, jest 71-nio letnia babcia Grace - Tamara. Najcudowniejsza kobieta pod słońcem, oczywiście zaraz po mamusi. Mimo iż ma już swoje lata, dorabia jako bibliotekarka. Dla niej nie istnieje słowo "niemożliwe", a jeżeli ktoś w jej towarzystwie tak powie, natychmiast wyrzuca z siebie miliony argumentów, że się myli. To ona nauczyła dziewczynę cierpliwości. Przed wyjazdem kobieta spędziła z wnuczką kilka godzin, motywując ją do dalszego podążania za sercem. Dzięki niej Grace potrafi dążyć do celu, który sobie obrała.
Charakter: Cóż... charakter to część, której najbardziej nie lubię, no, ale jeżeli trzeba, to trzeba. Grace jest osobą bardzo, bardzo, bardzo spokojną i cierpliwą. Jeżeli ustali sobie jakiś cel, to dąży do niego, póki go nie osiągnie. Rzadko się denerwuje, ponieważ uważa, że nerwami nic w życiu nie osiągnie, a pogorszy swoją sytuację. Spotkała się z tym kilka razy, za szybko się denerwowała i wszystko waliło się jak domek z kart. Jak to się mówi, człowiek uczy się na błędach, prawda? Mogę jeszcze dodać, że jest bardzo empatyczną osobą. Zawsze jak widzi, iż ktoś cierpi, stara się pomóc. Świetna z niej przyjaciółka i wiele osób może to potwierdzić, do tego jest ona komunikatywna i nie ma problemów z nawiązywaniem nowych znajomości. Kocha poznawać ludzi, ponieważ uważa, iż każdy jest inny i można się od nich wiele nauczyć. Nie ma dwóch takich samych osób, przecież człowiek jest niepowtarzalny i to jest wyjątkowe. Nawet zwierze może nas dużo nauczyć, spójrzmy na takiego konia, gdyby nie cierpliwość i chęć do współpracy z tymi pięknymi zwierzętami, nic by nam nie wychodziło. Asertywność to kolejna dobra cecha dziewczyny. Jeżeli powie "nie" to trzyma się tego jak koła ratunkowego. Raczej nie przekonasz ją do papierosów, narkotyków czy alkoholu. Łatwo przychodzi jej wyrażanie własnej opinii. Dodam również, że macie do czynienia z BARDZO szczerą dziewczyną. Mówi co myśli i nie wstydzi się swojego zdania. Chętnie przyjmuje krytykę innych, gdyż uważa, że może stać się dzięki temu jeszcze lepszą osobą. Jest również wielką perfekcjonistką, wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Dziewczyna nie wyjdzie z pokoju, dopóki nie będzie panował w nim porządek. Łóżko musi być pościelone, ciuchy sprzątnięte, a książka mają leżeć na swoich półkach. Szybko się uczy, nie wiem, czy mogę to tutaj zaliczyć, jako cechę, lecz skoro już ją tu wpisałam, to niech będzie. Brunetka nigdy nie miała problemów z nauką, ponieważ wystarczyła godzinka i niebieskooka wszystko wiedziała. Uważa to za naprawdę ogromny plus, gdyż nie zawsze miała dużo czasu na siedzenie przy książce, od razu mogę dodać, iż w większości przypadków uczyła się sama, czy to gry na gitarze, lub pianinie. No i ostatnią dobrą cechą, którą tu wymienię, jest sumienność. Brunetka zawsze daje z siebie 110% i nigdy się nie poddaje. Każdy swój obowiązek traktuje bardzo poważnie. Nie zdarzyło się jeszcze, aby zaprzestała pracy w połowie. Jeżeli coś robi, to musi to skończyć i kropka. A teraz przejdźmy do tych gorszych cech. Niestety Grace jest naiwna. Wierzy praktycznie wszystkim, nawet jeśli powiedzą jej największe głupstwo. Do tego jest bardzo chytra, może niektórzy uważają, że ta cecha jest pomocna, lecz nie zawsze wykorzystuje ją do dobrych rzeczy. Gadatliwość, kolejna cecha brunetki. Bywa tak, że przez cały dzień, buzia jej się nie zamyka. Jest bardzo rozmowną osobą i kocha opowiadać o swoich historiach z życia. Nie wszystkim ta cecha pasuje, więc uznajmy, że jest to ta gorsza strona Grace. Dodam jeszcze, iż dziewczyna jest podejrzliwa. Niestety nie zawsze ma rację i czasem się zdarzy, że osądzi kogoś bezpodstawnie. Kilka razy już się tak zdarzyło, lecz niebieskooka próbuje z tym walczyć i ostatnio widać tego efekty. To już chyba wszystko. Opisałam tutaj całą Grace, oczywiście dziewczyna ma jeszcze wiele ukrytych plusów, jak i minusów, których nie da się ot tak poznać. Nie zapomniany o tym, że nie o wszystkich swoich cechach dziewczyna chce głośno mówić.
Aparycja: Zacznijmy może od jej sylwetki. Szczupła, wysportowana, dosyć niska dziewczyna. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo kruchą istotą, lecz dzięki jeździe konnej, ma trochę mięśni, które mogą nie jedną osobę zaskoczyć. Jasny, delikatny odcień skóry, podkreślają długie, sięgające do piersi włosy w kolorze brązowym. Zadbane brwi przyciągają wzrok nie jednej osoby, a najczęściej zaraz po tym wzrok przenoszony jest na jej wielkie, niebieskie oczy, w których zawsze widać iskierki radości. Na usta dziewczyna nakłada najczęściej błyszczyk lub pomadkę ochronną, ale czasami się zdarzy, że zdecyduje się na jasną szminkę. Ładnie widać u dziewczyny kości policzkowe co podkreśla jej zarysy twarzy. Wąskie ramiona i małe dłonie nadają jej bezbronnego wyglądu. Delikatne wcięcie w talii i nie za szerokie biodra. Długie, szczupłe nogi zakończone wąskimi, drobnymi stopami.
Ulubiony koń: Serce dziewczyny podbiła tylko jedna klaczka rasy KWPN - Paris. Grace ma nadzieję, że będzie miała kiedyś okazję przejechać się na niej. Uważa, iż stanowiłyby idealnie dobrany zespół, a przynajmniej ma taką nadzieję. Może kiedyś jej marzenia się spełnią, pożyjemy, zobaczymy.
Własny koń: Niestety dziewczyna nie posiada jeszcze własnego konie, prawdopodobnie jej marzenia za niedługo się spełnią. Grace ma już plany co do swojego pierwszego wierzchowca i postanowiła, iż wydzierżawi w akademii jednego z koni, aby sprawdzić, czy jest już gotowa na kupno swojego. Małymi krokami do celu, prawda?
Poziom jeździectwa: Grace nie jest taka zielona w jeździectwie, jak myślisz. Aktualnie jest na poziomie średniozaawansowanych, ale dalej dąży do tego, aby kiedyś startować w ogólnoświatowych konkursach na swoim własnym wierzchowcu.
Partner: Przyjeżdżając do akademii była singielką, jest i zapewne będzie do końca swoich dni, lecz w głębi serduszka wierzy, że ktoś ją w końcu kiedyś pokocha taką, jaką jest.
Historia: Dziewczyna urodziła się w niedużym miasteczku. Od początku swojego życia miała styczność z różnorodnymi zwierzętami. Nie cały kilometr od jej rodzinnego domu znajdowała się stajnia, do której po raz pierwszy zaprowadziła ją mama. W wieku 5 lat Grace po raz pierwszy wsiadła na konia i od razu się zakochała, obrała sobie za cel nauczyć się jak najwięcej o tych wspaniałych zwierzętach. Zaczęła czytać w internecie, a gdy jej rodzicielka to zauważyła, kupiła jej masę książek na temat koni. Brunetka studiowała ich anatomię, choroby, czyszczenie i mowę ciała. Mimo swojego młodego wieku niebieskooka wiedziała więcej niż nie jedna starsza osoba. Rodzaje wędzideł, siodeł, czapraków nie były jej obce, nie raz prowadziła lekcję dla swoich braci o koniach. W większości przypadków nie wiedzieli, o czym ona mówi, lecz żeby nie robić jej przykrości, zawsze słuchali uważnie tego, co im tłumaczy. Po kilku latach jazda konna szła jej coraz lepiej, a w międzyczasie zainteresowała się muzyką. Zaczęła uczyć się grać na pianinie. Po kilku miesiącach treningu i wytrwałości, Grace zagrała jeden z utworów Chopina. Była z siebie niezmiernie dumna, więc postanowiła, że na jednym instrumencie nie skończy. W rekordowo szybkim tempie brunetka nauczyła się grać na skrzypcach i gitarze. Stwierdziła, że jeżeli udało jej się opanować grę na trzech instrumentach, to zapewne powinna spróbować wziąć się porządnie za jazdę konną. Po trzech latach treningu, Grace wyjechała do tejże akademii. Co będzie dalej? Nie wiadomo, historia nadal się pisze.
*Inne:
- Dziewczyna jest uczulona na brzozę, zawsze, gdy jest w pobliżu tego drzewa kicha.
- Jest wegetarianką od początku swoich dni.
- Jest wielką miłośniczką kotów, w szczególności birmańskich.
- Jej ulubionym kolorem jest żółty.
- Ma tatuaż (klik) na jednym z palców u ręki, który przedstawia filiżankę kawy.
- Czytają powyższy punkt, zapewne domyśliłeś się, że kocha kawę.
- Uwielbia maliny i truskawki w czekoladzie.
- Grace to słodyczoholiczka.
- Potrafi grać na gitarze (w tym ukulele), skrzypcach i pianinie.
- Nadal trzyma w domu maskotki, z którymi śpi (jednego misia wzięła do akademii).
- Wyśmienicie gotuje, a jeszcze lepiej idzie jej pieczenie ciast i babeczek.
- Jest uzależniona od kisielku.
- Bardzo często pojawia się w schronisku, aby pomóc przy zwierzętach.
- Uczestniczy w wielu zbiórkach pieniędzy dla potrzebujących.
Kontakt: яσѕє [HW] Seungli [DG] howrserose.doggiseungli@gmail.com [MAIL]

piątek, 2 listopada 2018

Od Ansela - zadanie 1.

Sięgające horyzontu słońce zdawało się, że oznaczało koniec naszego treningu. Niezawodny zegarek instruktorki po godzinie zgrywa się z zachodzącą gwiazdą, co na kimkolwiek nie zdaje się robić już większego wrażenia. Wraz z nadejściem jesieni szybciej zaczynało robić się ciemno, a nadchodzące coraz częściej deszcze groziły szybszym przeniesieniem się na halę, niż śmieliśmy się tego spodziewać.
Stępującemu Woggatiemu zdawało się nie przeszkadzać, jednak gdy chłodniejszy od tego letniego wiatr dmuchał w jego masywną szyję i rozgrzane łopatki. Za każdym razem wręcz spowalniał swoje kroki, gdy rozkojarzony spadającymi na moją głowę liśćmi, tylko subtelnie i niemalże niewyczuwalnie muskałem jego boki łydką. W końcu zbieram jednak mocniej wodze, sprawdzam odruchowo popręg i zgodnie z wcześniejszą obietnicą przygotowuję się do tego, by po wykręceniu jeszcze dwóch kółek, udać się na dwudziestominutowego stępa w niedaleki teren.
- Było całkiem nieźle. – Cecylia klepie kasztana, gdy zatrzymujemy się na chwilę tuż obok niej. Słucham jej uważnie, bo kobieta na tyle zapunktowała u mnie swoją postawą, bym darzył ją ogromnym szacunkiem i niewymuszoną sympatią. Dogadujemy się całkiem dobrze, zwłaszcza odkąd postanowiła wsadzać mnie nie na klacze, ale za to potężnego i adekwatnie krnąbrnego co do wzrostu Wogattiego. Trenowało mi się dobrze zarówno z nim, jak i z nią – choć były to pojedyncze jazdy raz na jakiś czas, to nie miałem właściwie na co narzekać. – Tylko trochę więcej głowy do tego wszystkiego. Za dużo rzeczy próbujesz zrobić na raz, robisz sobie niepotrzebny chaos, ty się spinasz, koń się spina i nie wychodzi z tego nic dobrego.
Uśmiecha się, jednak kiedy pokornie kiwam głową, rzeczywiście odnajdując odzwierciedlenie wszystkich wymienionych błędów.
- Może pora zamienić po prostu kawę na melisę? – rzuca jeszcze na odchodne, otwierając nam wyjście z placu. Obydwoje spoglądamy też przelotnie na niebo, upewniając się, że teoretycznie deszcz nie powinien dopaść nas za granicami akademii. – W razie czegokolwiek, wracajcie prosto do stajni. Nie więcej niż dwadzieścia minut i widzimy się z powrotem, tak?
- Postaramy się. – Z lekkim uśmiechem na ustach, narzuconym tylko po to, by uspokoić kobietę, ruszamy przed siebie.
Wogatti, choć wydawać mogło się, że pod koniec jazdy był dosyć ospały i niechętny do jakiejkolwiek współpracy, pozostawiwszy stajnię już nieco w tyle przyspieszył kroku. Unosił muskularną szyję niczym smukły arab, podczas lekkiego i niezbyt dużo wymagającego stępa. Ku mojemu zaskoczeniu, ogier dużo pracował zadem i przez chwilę, otumaniony jego lekkością chodu, zapomniałem, że siedzę na potężnym, ciężkim wierzchowcu, raczej nie stworzonym do prezentowanych przez niego wówczas czynności. Kasztan po chwili jednak uspokaja się i przyzwyczajony już nieco do śpiewu latających nam nad głowami ptaków, idzie raczej powoli, samemu narzucając sobie odpowiednie tempo.
Klepiąc go w okolicach szyi, wykorzystuję moment względnego, ogólnego spokoju. Siadam wygodniej w siodle, ciągnąc pięty ku ziemi, ogiera obdarowuję luźniejszymi wodzami i poprawieniem grzywki, gdy skręca głowę do czubka mojego buta. Wciąż jednak pilnuję go łydkami, mając nadzieję, że o ile do tej pory nie sprawiał problemów wychowawczych, to pozostanie tak również do samego końca. Stępujemy więc w ciszy, wciąż jeszcze dobrze oświetlani promieniami słońca, kiedy to przerywa nam dźwięk mojego telefonu.
Tak, to było głupie. Bardzo głupie, bezmyślne i absolutnie skazujące mnie na porażkę. O ile sam fakt zabrania telefonu do nerki, nie był taki absurdalny, zwłaszcza, skoro sam wybrałem się na przejażdżkę, to nie ściszenie go w choćby najmniejszym stopniu poskutkowało spłoszeniem się Wogattiego. Nie zdążyłem nawet wyjąć dzwoniącego w najlepsze urządzenia, gdy ogier mocno przestraszony nagłym dźwiękiem rusza przed siebie w szaleńczym pędzie. Nauczony ostatnimi wydarzeniami, mimo wszystko staram się zachować zimną krew i nie pozwolić sobie na to, by stracić kontrolę nad zwierzęciem. Zamykam wodzę, skracam je, siadam mocniej w siodle i nawet w ostateczności wykonuję półparadę, co wreszcie wydaje się mieć zadowalające skutki. Koń zwalnia, zwraca na mnie uwagę i nawet przypomina sobie, że „hej, w sumie, to ktoś tam na mnie siedzi”.
Telefon w międzyczasie przestał dzwonić, ale rozeźlony postanawiam dopiero w stajni sprawdzić, kto wykorzystał moje niedopatrzenie w postaci niewyciszonego dźwięku.
Chciałbym powiedzieć, że wszystko poszło dobrze, wróciliśmy cali i zdrowi do stajni i choć rzeczywiście tak było, to śmiem twierdzić, że sposób powrotu był nietuzinkowy i całkowicie niezaplanowany.
Nabuzowany wierzchowiec, jak się szybko okazało, bo minęły zaledwie może dwie minuty, wcale się nie uspokoił i nie uznał mimo wszystko, że wcześniejsza wpadka była godna zapomnienia. Na ulicę wybiegł pies. W miejscu, gdzie mieliśmy już zawracać w drogę powrotną, znajdowały się pojedyncze domki. Właśnie z jednego z nich wybiegł mały, bury kundel i szczekając bardziej, niż było to potrzebne, narobił szumu dookoła ogiera i sprowokował go do ruszenia wyjątkowo przyspieszonym galopem.
Wydawało mi się, naprawdę, przysięgam na wszystkie świętości, że sytuacja była opanowana. Że znowu kasztan pójdzie po rozsądek, z moją delikatną pomocą, zatrzyma się wreszcie albo chociażby odda się pod jakąkolwiek kontrolę.
Skądże.
Zarzuca łbem do dołu i nim obejrzę się, czy zorientuję w ogóle w rozwoju sytuacji, ląduje na betonie i bezradnie spoglądam na galopującego w dal Wogattiego. Cieszę się tylko, że zdążyliśmy zawrócić przed nagłą akcją, więc jakże inteligentny wierzchowiec, na całe jego i moje szczęście, zatrzymuje się pod bramą akademii.
Doganiam go całkiem szybko, chyba, nawet zanim ktokolwiek zauważył jego obecność w niedalekich im okolicach.
Odnotowuję od razu w myślach, szczególnie po wymuszonym biegu, by nigdy więcej nie pytać o samotne stępy poza placem. Jakiekolwiek, gdziekolwiek. Zwłaszcza na obłąkanym ogierze i przy mojej niebywałej jakże inteligencji.


870 słów

Spoko, masz te punkty XD