sobota, 26 sierpnia 2017

Czystki oraz nowe zmiany

Bardzo przejmuje nas brak waszej aktywności! Z tego powodu postanowiliśmy wprowadzić zmiany, które pomogą blogu wrócić do życia. Oto one:
  • Postacie będą dodawane razem z pierwszym opowiadaniem,
  • Sprawdzanie aktywności oraz dodawanie punktów będzie się odbywało regularnie co 2 tygodnie. Za każde napisane opowiadanie dodamy 3 punkty, za jego brak przez minione 14 dni będziemy odejmować aż 20, przez miesiąc - kolejne 20, wyślemy wtedy także ostrzeżenie na pocztę. Brak udzielania się dłużej niż 6 tygodni będzie bezwzględnie karany wydaleniem z bloga. Nie będziemy brać pod uwagę czasu regulaminowej nieobecności ;)
  • Formularze nigdy nie giną bezpowrotnie, dlatego jeśli chciałbyś wrócić, będziesz miał taką możliwość - wystarczy jak przy dołączaniu napisać opowiadanie (nie tyczy to się osób, które zostały usunięte z innych powodów, niż brak aktywności).
Oprócz tego w najbliższym czasie zakładka rezerwacje zostanie usunięta, pojawi się za to strona poznaj nas!, tereny zostaną odnowione, a w kolumnie bocznej będzie można ujrzeć tablicę.

Postanowiliśmy zorganizować ostateczne czystki, wyłoniłyby osoby, którym naprawdę na blogu zależy. Żeby uchronić od usunięcia postać, należy do 26 sierpnia napisać nią opowiadanie. Tutaj nie wystarczy zwykle zgłoszenie! Osobom, które są w tym okresie nieobecne, proponujemy punkt wyżej.

Postaci, które zaliczyły porządki: Esmeralda, Noah, Naomi, Will, Edward, Adeline

środa, 23 sierpnia 2017

Od Esmeraldy- zadanie 2

RUMIAAANEEE JABUSZKO....PO ZIEMI SIĘ TOCZY....ROZWAL SOBIE GŁÓWKĘ, WALNIJ MIĘDZY OCZY...

Pewnego słonecznego dnia, postanowiłam zabrać na jazdę Peppera. Kary ogier Arabski zawsze mnie fascynował- piękna czarna grzywa, lśniąca sierść- czego więcej chcieć? Ranek był wyjątkowo pogodny, a ptaki śpiewały, wku...wnerwiając całą masę osób. Podniosłam głowę z puchowej poduszki i przeciągnęłam się. Zastałe kości strzelały, przygotowując się do ciężkiego dnia. Moje brązowe włosy ułożyły się w nieokreślony kształt, jeśli mogę to tak nazwać. Szybko zerwałam się z łóżka, twierdząc, że jestem samolotem i lecę do Wielkiej Brytanii... Z szafy wyciągnęłam wczorajsze ubrania, po czym już ubrana udałam się do łazienki, w poszukiwaniu szczotki do włosów. Kłaczki przeczesałam i spięłam w naprawdę luźnego warkocza, którego następnie trochę powyciągałam. Z racji tego, że dzisiaj obudziłam się jako ostatnia, musiałam zamknąć drzwi, by żaden nieproszony gość, nie zakradł się do naszego pokoju. Do miski mojej kotki wsypałam suchą karmę oraz wymieniłam jej wodę, po czym pogłaskałam jej puchaty łepek, który od dłuższej chwili domagał się pomiziania.
-Pa koteczku!- rzuciłam, zamykając drzwi na klucz.
Jak już wcześniej wspomniałam, byłam delikatnie spóźniona na karmienie koni. Konie przydzielone do mnie na pewno już gryzły boks i tupały niespokojnie, główkując, gdzie podziało się jedzenie. Na tą myśl ruszyłam szybciej, by już po chwili znaleźć się w stajni. Pierwszym odwiedzonym przeze mnie miejscem, była paszarnia, z której zabrałam taczki z paszą i wiaderko z marchewkami. Każdemu z koni nasypałam do żłobu trochę paszy i jedną marchew, wiedząc o tym, że żaden ze stajennych koni nie miał uczulenia na marchew. Po skończonym karmieniu wstąpiłam też do Dracula, który jeszcze spał. Po cichu wsypałam do jego żłobu paszę i jedno jabłko, po czym znowu wróciłam do Pepper'a, który właśnie kończył jedzenie.
-To, co mały? Jedziemy na trening?- położyłam dłoń na kości nosowej ogiera, po czym powoli weszłam do boksu. Oczywiście zapomniałam wziąć szczotek, więc wróciłam się i zabrałam do boksu czerwony zestaw szczotek. Do jeden ręki chwyciłam plastikowe zgrzebło a do drugiej szczotkę ryżową. Z niemałym odciąganiem przemieszczałam zgrzebło po grzbiecie, następnie jego miejsce zajmowała szczotka ryżowa. Gdy chciałam przejść na drugą stronę, przesunęłam trochę Araba i czyściłam z drugiej strony. Wielkimi krokami zbliżało się czyszczenie kopyt, z którym tak odwlekałam. Wyciągnęłam kopystkę i przejechałam prawą dłonią po zadzie konia. Tylne kopyto śmignęło obok mojej głowy, na szczęście uniknęłam ciosy. Kontynuowałam czyszczenie tylnego kopyta, po czym zabrałam się za drugie tylne. Tym razem ogier wymierzył precyzyjny cios, trafiając mnie w nogę... Moje powieki zamknęły się, a głowa walnęła w boks.
***
-Esma! Budź się!- głos Adeline wybudził mnie, po czym powoli podniosłam głowę.- Wszystko okej?
-Chyba tak...- skrzywiłam się lekko, drapiąc się po głowie.- Co się stało? Gdzie Pepper?- zapytałam zaniepokojona.
-Nie wiem, co się stało dokładnie, ale Pepper jest tu.- brunetka wskazała na boks.
Syknęłam delikatnie, gdy postawiłam nogę na ziemi. Adelka zaprowadziła mnie do feministki (oczywiście, że do higienistki), która zdiagnozowała jedynie skręconą kostkę, którą zawinęła w szczelny bandaż i wysłała mnie do szpitala. Z białego budynku wróciłam z kostką w gipsie, który nosić miałam przez 3 tygodnie.
Ten długi czas, czyli równe 3 tygodnie przesiedziałam w boksie mojego konia, którego objeżdżała p. Rose. To, co mi się zdarzyło, to przestroga, by zawsze zaczynać od przednich kopyt.

Dostajesz 15 punktów!

Od Adeline - zadanie 2

Weszłam do stajni, oglądając każdy boks po kolei. Z dużym zamiarem pojechania w teren, musiałam wybrać wierzchowca, który zostanie tak jakby mym wybrankiem. Przystanęłam przy boksie Paris, która ze stoickim spokojem wpatrywała się we mnie. Uśmiechnięta pogładziłam jej kość nosową i podałam smakołyka, którego pochłonęła bez żadnego namawiania.
- To co, przejedziemy się w teren? - Zapytałam niższej klaczy, w której oczach widać było spokojny i radosny błysk. Ściągnęłam z wieszaka jej różowy kantar z uwiązem i weszłam do jej lokum. Rumak bez żadnego problemu dał sobie założyć kantar i wyszedł tuż za mną z boksu. Przywiązałam ją do kółka przy ścianie od boksu.
- Paris, lecę po Twój sprzęt, masz być grzeczna! - Powiedziałam wesoło i lekkim krokiem ruszyłam po rzeczy dwunastoletniej klaczy. Jak się okazało, Pari chodziła w siodle skokowym.
Czym Ci Boże zawiniłam, byś kazał mi na nie wsiąść?!
Zgarnęłam z wieszaka ogłowie, a ze stojaka różowy czaprak i ruszyłam przez korytarz w drogę powrotną do kobyły, która nie ruszyła się z miejsca. Ze skrzynki klaczy wyciągnęłam jej miękką szczotkę oraz zgrzebło plastikowe do zaklejek, które pojawiły się na zadzie klaczy. Okrągłymi ruchami zaczęłam czyścić Paris, która podczas przejechania po jej grzbiecie unosiła delikatnie wargi, i wykrzywiała głowę w przyjemności, którą jej dawałam. Zaśmiałam się, a już po chwili poczułam tępy ból z tyłu głowy. Później była tylko ciemność.
~*~
Obudziłam się, leżąc i tępo wpatrując się w biały sufit. Obejrzałam się w lewą stronę, gdzie siedziała panna Rose i higienistka, które z troską wpatrywały się we mnie.
- Dzień dobry, co się dzieje? - Powiedziałam, odczuwając ogromny ból w nadgarstku, który jak się okazało, był siny i opuchnięty. -Co jest z moim nadgarstkiem?! - Krzyknęłam i zrobiłam wielkie oczy.
- Znalazłam Cię w stajni, droga Adeline, straciłaś przytomność i razem z moim mężem, przynieśliśmy Cię do pani pielęgniarki.
- Tak właśnie było - potwierdziła wesoło blondynka. - Twój nadgarstek musi być zobaczony przez lekarza, bo mam podejrzenie, że sobie go skręciłaś. - Dodała już z mniejszym uśmiechem.
- Zawiezie mnie ktoś do szpitala? - Zapytałam, nie ukrywając smutku, który spowodowany był tą kontuzją.
- Nie, szpital przyjechał do Ciebie - powiedział mężczyzna, który niosąc wielką torbę, wszedł do gabinetu higienistki.

Skończyłam z gipsem na ręce przez dwa tygodnie, zakazem udziału w jakimkolwiek treningu, a przy okazji brakiem pisania, bo ręka, którą piszę, miała skręcony nadgarstek. Nie powiem, świetne uczucie, siedząc na wykładach i będąc znudzonym.

Gratulacje, dostajesz 15 punktów!

Od Adeline - zadanie 1

Wredne promienie słoneczne szybko zawędrowały do mojego pokoju, który był położony od strony wschodniej w budynku. Przez to miałam codziennie zafundowane pobudki około godziny szóstej, gdy słońce zawitało wprost w okiennicy mojego okna. Tak więc podniosłam się z mojego dwuosobowego łoża i zauważyłam, że Cassandra spokojnie śpi w rogu pokoju, gdzie jest cień. Przewróciłam oczami i wzięłam z szafy czarne bryczesy w szarą kratkę, zwykłą niebieską koszulkę polo, skarpetki jeździeckie i kask, w którym włożone były rękawiczki. Z delikatnie skwaszoną miną przeszłam przez strugę światła do łazienki, w której poczułam przyjemny chłód. Obmyłam twarz w zimnej wodzie i szybko pozbyłam się piżamy, która zamieniła się w pełny strój jeździecki. Skarpetki, które założyłam były klasycznie w romby, szare romby na czarnym tle. Rozciągnęłam się, przy tym przeglądając się swojemu odbiciu w lustrze. Jak dobrze było poczuć wolność od tej pracy, której nienawidziłam. Jak dobrze było mieć poczucie bezpieczeństwa, tego, że nikt nie zaczepi Cię na ulicy i nie wpie***li Ci na przywitanie. Gotowa do wyjścia, zaplotłam sobie kłosa, zarzuciłam na głowę kask i wyszłam z mojego pokoju. Właśnie, jaki był dzisiaj mój zamiar? Wyjechać na szalony teren, by móc pogalopować sobie bez żadnych trosk. Wybrałam do tego celu Lemon, która miała wyrobioną kondycję przez regularny trening na crossie. Nie podobała mi się ta klacz w ruchu, lecz miała bardzo ładną budowę. Jednakże, czego można było oczekiwać od klaczy w wieku trzech lat, która teraz powinna być dopiero zajeżdżana z góra dwudziestominutowymi treningami. Zresztą, co mam się przejmować skoro koń nie mój, więc nawet nie mam jak powiedzieć moich myśli. Chociaż można by było pogadać z Rose, żeby wszystkie trzylatki wróciły na pastwiska, na rok, przecież to jeszcze dzieciaki, które powinny się wybiegać. W zamyśleniu doszłam do boksu Lemon, która wesoło konsumowała resztki swojego śniadania. Nikogo nie było w stajni, oprócz rzecz jasna stajennych, którzy zapewnie siedzieli w swoich pokojach. Każdy koń stał na miejscu, no może z wyjątkiem Euforii, która leżała i spokojnie podjadała świeże siano. Zaśmiałam się, gdy skarogniada hanowerka zaczęła miziać mnie swoją górną, nieco twardą wargą.
- Hej, laska! Przestań, bo jedziemy w teren, więc daj tę łepetynę, żebym mogła podpiąć uwiąz. - Klacz w mgnieniu oka dała zapiąć sobie karabińczyk i wyszłam z nią na korytarz, gdzie o koniowiąz zawiązałam bezpieczny węzeł. Lemon stanęła w bezruchu podczas tego, gdy ja sięgnęłam po szczotki, którymi natychmiastowo zaczęłam jeździć po i tak czystej już sierści wierzchowca. W ekspresowym tempie wyczyściłam jeszcze miejsce pod popręgiem i zaczęłam zakładać ogłowie klaczy. Lemon z łatwością przyjęła wędzidło. Tak samo więc natychmiastowo założyłam skarogniadej czaprak, podkładkę oraz siodło, do którego zacisnęłam porządnie popręg. Uśmiechnęłam się do rumaka i rozwinęłam strzemiona, postanowiłam wsiąść w stajni i zostawić tylko krótką wiadomość, że wybrałam się w teren. Jak postanowiłam, tak zrobiłam, siedząc już na klaczy, próbowałam się przyzwyczaić tylko do jednej wodzy. Będąc na terenie Akademii, jeździłam tylko i wyłącznie na munsztuku, więc będzie ciężko przyzwyczaić mi się do podstawowych wędzideł tyłu pojedyncze łamane, czy też podwójnie łamane. Ruszyłam luźnym stępem, wsłuchując się w rytm uderzeń końskich kopyt o beton na korytarzu stajni, i o kostkę brukową na terenie Akademii. Wybrałam dzisiaj ścieżkę prowadzącą na długie pole idealnie wręcz nadające się do galopu. Rozmyślając już tylko i wyłącznie o tym, jak wspaniale będę się czuła móc puścić wolno klacz i rozpostrzeć ramiona w okalającym mnie wiatrem, wywołanym przez nasz pęd. Zebrałam odrobinę wodze, widząc przed sobą piaskową drogę i ruszyłam energicznym kłusem, by jak najszybciej dojechać na ogromne ściernisko.
- Ch**era! Zapomniałam słuchawek - bąknęłam, a przy okazji poczułam, że klacz ruszyła ostrym galopem, prując przed siebie w las. Próbowałam jak najszybciej opanować Lemon, lecz przeszkodziła mi w tym pewna rzecz. Mianowicie gruba gałąź, która zatrzymała się na mojej klatce piersiowej, ściągnęła mnie z konia i zabrała mi oddech. Pamiętam tylko, że runęłam na ścieżkę z niemałym hukiem.

~*~

Obudził mnie ciepły podmuch na twarzy, jak się okazało była to Lemon, która niewinnie obwąchiwała moją twarz.
- I co Cię tak przestraszyło? - Zapytałam z niemałym rozgoryczeniem. W oczach młodego konia pojawił się błysk tak jakby rozbawienia. Oparłam się łokciem o ziemię i zamachnęłam do wstania. Natychmiastowo poczułam łupanie w głowie, więc złapałam się o skroń. Poczułam ciepłą ciecz, która zdążyła się przebić przez moją rękawiczkę.
- No, pięknie! Krew! - Krzyknęłam na cały las, a w krzakach nagle coś zwiało. Zobaczyłam tylko poroże najpewniej skaczącego w dal jelenia. Klacz stanęła jak wryta, a ja pogłaskałam ją po chrapach. - Pewnie tego się przestraszyłaś, prawda? - Zapytałam i mocno wierzyłam, że pewnego dnia usłyszę na to pytanie odpowiedź. Zrezygnowałam z dalszego terenu, jak i z ponownego wsiadania na grzbiet gniadoszki. Zdecydowałam, że wrócimy do Akademii z ręki, bowiem obawiałam się, że mogę stracić przytomność na Lemon.

W takim oto efekcie w Akademii pojawiliśmy się dopiero około godziny siedemnastej. Stajenny przejął inicjatywę rozsiodłania klaczy, a mnie prędko wysłano do higienistki, która odkaziła i opatrzyła moją ranę na czole. Przestroga na kolejny teren, lepiej galopować nisko by uniknąć polowania na gałęzie.

Dostajesz 30 punktów, za nadwyżkę słów i poprawnie wykonane zadanie! C:

Od Adeline C.D Noah'a

- Jeśli oczekujesz łzawej historii, to śmiało mogę wymyślić coś na poczekaniu, ale chyba nie za bardzo mi to pójdzie, także więc opowiem moją prawdziwą, może nie aż tak ciekawą historyjkę. Jako ośmiolatka zostałam pozbawiona dzieciństwa, tak, dokładnie. Wtedy urodziła się moja siostra, czyli oczko w głowie mojej matki, którą z resztą zdążyłeś już zobaczyć. Zostałam wtedy odstawiona na boczny tor i byłam zmuszona jak najprędzej dorosnąć. Na szczęście mój ojciec jest zupełnie innym niż matka, i to on zaszczepił w moim sercu miłość do ujeżdżenia. Nie potrafiłam sobie wyobrazić dnia kiedy tata nie prowadził ani jednego treningu ujeżdżeniowego. Za każdym razem towarzyszyłam mu i stąd czasami przejawia mi się ciutke doświadczenia, oraz wiedza o prawidłowym ruchu i budowie wierzchowca. Pewnego dnia klacz należąca do mojego rodziciela wydała na świat niesamowitego karego ogiera, który z każdym dniem robił się co raz bardziej idealniejszy. Najśmieszniejsze było to co się działo po pierwszym wypuszczeniu karosza na halę. Jego zad i zadnie nogi tak pchały go do przodu, że po prostu nie wyrabiał, ale oglądało się to z taką przyjemnością, że teraz zapłaciłabym każdą sumę za zobaczenie tego widoku jeszcze raz. Ogier wraz ze mną dorastał i przechodził każdą kłótnie z matką, to przy mnie został pozbawiony swojego męstwa i przy mnie został sprzedany. Właśnie. Nadeszła chwila gdy tata odczuł dziurę w budżecie i musiał w końcu sprzedać jakiegoś konia bo było ich zbyt dużo. Wypadło na bezimiennego, mojego konia, który prędko znalazł nowy dom przez swój wybitny ruch i budowę. Nie zgadniesz gdzie zawędrował, z resztą nawet nie dam Ci szans na zgadnięcie. Na Cypr. Później nic już więcej o nim nie usłyszałam i musiałam się skupić na poradzeniu sobie z matką. Ujeżdżenie było taką odskocznią od każdej kłótni. Moja siostra to po prostu.. diabeł wcielony. Niesamowita zazdrośnica, która w każdej chwili może podbiec do rodzicielki i powiedzieć, że coś jej zrobiłam, a ta natychmiastowo jej uwierzy. Tyle. - Powiedziałam nie szczędząc słów.
- Długo, ale ciekawie - odpowiedział chłopak w zamyśleniu. - Jak sobie z nią poradziłaś? To znaczy ze swoją mamą... Opowiedz jeśli chcesz - dokończył, ale poczułam, że jest to właściwa osoba do wyjawienia trochę o sobie.
- Cóż, może Cię to zaskoczy, może nie. W wieku szesnastu lat poszłam w narkotyki i alkohol, byłam wielokrotnie na odwyku w tak młodym wieku, a w domu dostawałam za to wielokrotnie po twarzy. Doszło do tego, że okropnie zasłużyłam się u dilerów, którzy nie stronili od bicia. Tak więc zazwyczaj po wróceniu do domu byłam upominania takimi słowami: 'weź jutro nałóż trochę więcej korektora, bo oskarżą mnie o bicie własnego, niestety własnego dziecka'. Na szczęście koszmar z moją matką skończył się w wieku osiemnastu lat, gdy znalazłam do wynajmu kawalerkę. Pewnie zastanawiasz się jakim cudem na to zarobiłam. Wstyd mi jest się przyznać, ale... Pracowałam jako modelka w sesjach. Rozbieranych sesjach. - Te słowa przeszły mi przez gardło z niemałym trudem. - Jeszcze dzisiaj z samego rana byłam na ostatniej sesji, przynajmniej według mnie. Będą mnie prawdopodobnie nękać, więc obawiam się, że już niedługo będą składać mi tutaj wizytę. Właśnie, zapytałeś się czemu wybrałam tą Akademię. Zauważyłeś pewnie to, że znajduje się na uboczu w totalnym zaciszu, a wręcz zadupiu. Tak więc w mojej głowie kłębi się nadzieja na to, że dilerzy, u których jestem zadłużona mnie nie znajdą i nie zrobią mi krzywdy. - Przerwałam i odsłoniła swoje ramię, na którym malował się niemały siniec. - To zrobili mi dzisiaj, po wyjściu ze studia fotograficznego, taka mała groźba i próba nastraszenie mnie tym, że następnym razem nie będą zwracać uwagi na to, że jestem kobietą. Tak jakby wcześniej zwracali na to uwagę. - Fuknąłem w końcu ostatnie moje słowa. Na gołych rękach zaczęłam odczuwać chłód wieczoru, który szybko zaprószył się nad Akademią.
- Na pewno na terenie Akademii nie stanie Ci się krzywda, mamy tutaj doświadczoną kadrę, która na pewno Ci pomoże w razie jakiegoś problemu. Teraz proponuję pójście na kolację bo zrobiło się troszkę zimno. - Powiedział z delikatnym uśmiechem na co ja ochoczo kiwnęłam głową.
- Zapewne trochę zaczęłam przynudzać, więc teraz postaram się swoje słowa ułożyć w jak najkrótszych zdaniach. Dziękuję za to, że udostępniłeś mi dzisiaj konia na trening, bo naprawdę potrzebowałam jakiejś odskoczni na czworoboku. Jeśli byś wziął go w trening porządnie ujeżdżeniowy to na pewno byś podbił z nim międzynarodowe czworoboki, ale teraz życzę Ci powodzenia na parkurach. - Westchnęłam i tak niezwykle mocno dłużąc słowami. Noah tylko skinął głową i otworzył mi drzwi, które nagle wyrosły tuż przed moim nosem. - Ohh.. dziękuję paniczu - zaśmiałam się i niemalże wbiegłam do środka. W stołówce wszyscy siedzieli i grzecznie wymieniali się swoimi spostrzeżeniami między sobą. Sama więc postarałam się być niezwykle kulturalna i ruszyłam do szwedzkiego stołu, który uginał się pod rozmaitymi potrawami przygotowanymi przez kucharki. Na talerz nałożyłam sobie odrobinę sałatki, która wyglądała kusząco i poszłam do wolnego stolika, który znajdował się w rogu salki.
- Czy mogę dołączyć do Twojej kolacji? - Zapytał znajomy mi czarnowłosy.
- Nie będę Cię jadła - zachichotałam. - Ale możesz mi towarzyszyć przy kolacji - odparłam z uśmiechem, na co on również się uśmiechnął i zasiadł do wąskiego stołu. Chłopak nałożył sobie porcje jajecznicy i zaczął zajadać tak, że myślałam, że jego uszy zaraz zaczną się trząść. Wzięłam pierwszego kęsa mojej kolacji, która okazała się wyjątkowo smakowita więc szybko zniknęła z mojego talerza. Uśmiechnięta wstałam od stołu zarzucając warkocz na plecy, ponieważ przeszkadzał mi w schowaniu komórki do spodni.
- Dzięki za oprowadzenie po Akademii, teraz lecę do pokoju się ogarnąć. - Rzuciłam szybko. - Do zobaczenia, mam nadzieję, że jutro. - Dodałam z uśmiechem i odeszłam w stronę okienka ze zwrotem naczyń. Starsza pani posłała mi ciepły uśmiech. Dziarsko ruszyłam do swojego pokoju, którego drzwi szybko pojawiły się zza zakrętu. Weszłam do pokoju gdzie zastałam siedzącą na swoim łóżku Cassandrę, która zapatrzona była w telewizor zawieszony na przeciwległej, białej ścianie.
- Hejka - rzuciłam szybko do dziewczyny, która była już w piżamie. Nastolatka odmachała mi ręką. Zaskoczona brakiem walizek obok mojego łóżka szybko obkręciłam się wokół własnej osi w ich poszukiwaniu. - Wiesz może gdzie moje walizki? - Zapytałam nie kryjąc zdziwienia.
- Pomyślałam, że po treningu nie będziesz miała siły na rozpakowywanie się, więc Ci wszystko szybko włożyłam do szafy, mam nadzieję, że się nie gniewasz. Ładne bryczesy tak ogólnie. - Dodała szybko.
- Dziękuję, kochana jesteś! - Uśmiechnęłam się do niej szeroko. Wzięłam swoją piżamę z półki i weszłam do ładnie urządzonej łazienki, gdzie prędko wzięłam prysznic i wykonałam wieczorną toaletę. Pozbyłam się brudnych ciuchów, ustępując miejsca świeżej piżamie, która była przyjemnie chłodna. Rozplotłam rozwalającego się już dobierańca i dokładnie wyczesałam swoje długie czarne włosy. Odrzuciłam je do tyłu, odłożyłam szczotkę na ozdobną półeczkę i wyszłam z pomieszczenia. Nie zamieniając już ani jednego słowa z Cassandrą, która już chyba nawet smacznie spała, sama wskoczyłam do łóżka, które powitało mnie nieprzyjemnym zimnem. Jednakże nie zwracając na to uwagi, prędko oddałam się do krainy snów, która okazała się być wyjątkowo chojna.

Obudziła mnie moja współlokatorka, która uśmiechając się od ucha do ucha zaczęła poruszać moim ramieniem.
- Już! Nie śpię! - Krzyknęłam podrywając się z łóżka. - Coś się stało?
- Nic tylko zaraz możesz nie zdążyć wyszykować się na śniadanie, także dlatego Cię obudziłam - odpowiedziała wesoło i wróciła do swojego poprzedniego zajęcia. Zmęczona życiem podeszłam do szafy, z której wyjęłam ciemne jeansowe spodenki, do tego biały obciskające crop top i bieliznę. Swoje kroki skierowałam do łazienki, gdzie ekspresowo się ubrałam i umyłam zęby. Umyłam również bardzo dokładnie twarz, na której po chwili znalazł się krem BB, a na ustach spoczęła nude pomadka. Nie korzystałam z tuszu do rzęs, który był zbędny dla mnie, bowiem moje rzęsy były wyjątkowo długie i gęsto rosnące.
- Śniadanie! - Usłyszałam zza drzwi i wybiegłam z toalety jak nigdy wcześniej. Takim samym tempem opuściłam swoje lokum i popędziłam do kuchni ze stołówką, gdzie już było pełno uczniów.  Na pierwszy posiłek wybrałam kanapkę z powidłami śliwkowymi oraz mocną kawę. Wzrokiem odnalazłam Noah'a, który samotnie zaczął posiłek, podeszłam więc do jego osoby i nonszalanckim tonem zapytałam;
- Czy mogę Ci towarzyszyć przy śniadaniu, drogi Noah'u?

Noah? 8)

wtorek, 22 sierpnia 2017

Od Noah'a C.D Adeline

Gładząc gniadosza po ciemnej, a w dodatku twardej kości nosowej, zastanawiałem się w ekspresowym tempie nad tym, w jaki sposób zebrać swoje myśli w odpowiednie słowa. Ostatecznie zanim się odezwałem, zdążyłem przejąć schnącego wierzchowca i zaprowadzić go do dużego, otwartego boksu, o którego drzwiczki wkrótce się oparłem. Przyglądając się badawczo czarnowłosej
w końcu odezwałem się, wcześniej dbając o to, by zaczerpnąć odpowiedniej ilości powietrza.
- Naprawdę jestem Ci wdzięczny za całą inicjatywę, Adeline... - westchnąłem cicho, starając się być jak najmilszym, wciąż mając na uwadze to, że nowo poznana dziewczyna na myśli miała głównie dbanie o należącego do mnie wierzchowca. - Ale to czy tego też chcę, czy też nie, nie ma prawa bytu. Mamy już napięty grafik, mnóstwo poustalanych treningów i w najbliższym czasie kilka wyjazdowych zawodów przed sobą. Nawet gdybym chciał, to po prostu nie wyrobilibyśmy się, bo nie dość, że Catcher nie może mieć dwóch wymagających jazd dziennie, to na dodatek potrzebuje niekiedy nie tylko jednego dnia wolnego od pracy, ale nawet dwóch. A to sporo utrudnia. Oddając Ci jakby tą jedną jazdę dziennie nie tylko zaprzepaściłbym nasz dotychczas wyrobiony rytm, ale sam pozbawiłbym się wierzchowca do jazd. Naprawdę, naprawdę dziękuję i w swoim imieniu, i tego gamonia. Może poza sezonem się uda? Fakt faktem, ujeżdżenie na wysokim poziomie przydaje nam się wszędzie, zwłaszcza na tych pokombinowanych parkurach z ciasnymi najazdami. Mam nadzieję, że nie jesteś jakoś szczególnie zła czy zawiedziona? - spytałem, gdy tylko zauważyłem jak uśmiech na jej ustach delikatnie, niemalże niewidocznie gaśnie, a ona sama z lekkim zakłopotaniem zbiera pozostawione przez siebie rzeczy.
- Oczywiście, w końcu to Twój koń - odpowiedziała mi słabym uniesieniem kącików swych ust, by skutecznie zamaskować swój wcześniejszy wyraz twarzy. Sekundę później wystawiła w stronę ogiera otwartą dłoń, którą holsztyn szybko zaczął muskać swoimi mokrymi od wcześniej wypitej wody wargami.
Przez chwilę żadne z nas nie potrafiło się odezwać.
- Żeby było jasne, zawsze jesteś mile widziana - uśmiechnąłem się ciepło, częstując wierzchowca ostatnim podarowanym przeze mnie kawałkiem marchwi. - Jeśli tylko nadarzy się do tego okazja, a Ty będziesz miała ochotę, to zawsze będziesz mogła go ruszyć pod delikatnie ujeżdżeniowym kątem. Oczywiście jeśli znajdziesz czas między własnymi treningami.
- Jest tutaj na miejscu typowo ujeżdżeniowy trener, czy ściągacie kogoś z zewnątrz? - Adeline płynnie zmieniła temat na nieco bardziej przystępny, za co nawet tego nie ukrywając byłem jej bardzo wdzięczny.
Odetchnąłem w duchu z ulgą, gdy rozmowa zeszła na bardziej neutralne tory.
- Raczej nie pocieszy Cię to, co teraz powiem - zaśmiałem się, choć nie miało to w sobie ani krzty radości czy jakiegokolwiek rozbawienia. - Jedynym instruktorem, który prowadzi u nas treningi tego typu jest Blythe, który, jestem tego niemalże pewien, także Tobie nie przypadnie do gustu. Potrafi być wszędzie tam, gdzie nie powinien, a jego szacunek jest niemalże niemożliwy do zdobycia... Nie zdziw się, jak Twoja idealnie zrobiona wolta, wyjechana równiusieńko i w jednym, niezmiennym tempie zostanie przez niego uznana za karygodną, a Ty sama na następnym treningu w ramach kary będziesz robiła ciągi na młodym koniku do hipoterapii. Zresztą, chociaż sam nie odczułem tego całkowicie bezpośrednio, to jestem doskonale świadomy tego, jak bardzo potrafi popsuć prywatne życie wszystkich uczniów dookoła. - prychnąłem z niemałym niedowierzaniem dla wszystkich sytuacji, o których istnieniu zmuszony byłem przypomnieć sobie raz jeszcze.
W przeciągu kilku następnych chwil odpowiadałem na kolejne starannie doprecyzowane pytania, opuszczając w międzyczasie wraz z dziewczyną stajnię, którą chwilowo zamieniliśmy na nieco bardziej dogodne do rozmów dróżki między pojedynczymi pastwiskami.
Zaglądając do kilku wierzchowców spokojnie pasących się na gęsto rosnącej trawie, pilnowaliśmy czasu, który został do wydania pierwszej partii kolacji, na którą jak miałem nadzieję, mieliśmy szansę się załapać.
- To może inaczej, dlaczego akurat ujeżdżenie? Oczekuję łzawej historii o tym, jak to zakochałaś się w idealnie ujeżdżonym wałachu, na którego grzbiecie pogalopowałaś w stronę wschodzącego słońca, żeby nie było - zaśmiałem się, wkładając obydwie dłonie do kieszeni spodni. - I skąd pomysł na dołączenie tutaj, jeśli można wiedzieć?

Nie, to nie tak miało być.
Adeline? c:

Od Esmeraldy- zadanie 22

ŚPIEWAJCIE NARODY, URODZIŁ SIĘ KRÓL MŁODY!! AAAAAA KOTKI DWA...
(Esma ma coś z mózgiem)


Ranek poranek, o miły mój, zabij słońce! Promienie największej z gwiazd, przepraszam, prawie największej, gdyż większa jest tylko VY Canis Majoris, wdzierały się przez okno, jak nie proszony gość, którego mamy ochotę zaraz po jego wejściu wypłoszyć. Musiałam niestety prędzej czy później wstać, nie zważając na błagalne spojrzenia kotki, usadowionej na moim brzuchu, mój ruch mógłby spowodować nagły upadek czworonóżki. Delikatnie odsunęłam zwierzę na bok, by móc spokojnie postawić nogi na zimnej, drewnianej podłodze. Naprawdę szybko znalazłam się obok drewnianej szafy, z której wyciągnęłam czarne spodenki (krótkie, rzecz jasna), moją niebieską hiszpankę oraz najdłuższe skarpety do jazdy. Cały "ekwipunek" zarzuciłam w mig na siebie. Jak najciszej mogłam, na paluszkach udałam się do łazienki, by nie przestraszyć koleżanek z pokoju, gdy wstaną. Wprawdzie moja była gładka może lekko czerwona, ale i tak wolałam ukryć zaczerwienienia kremem BB. Tak czy owak, zeszłam na do jadalni, by spożyć sałatkę. Jak zwykle, na odosobnionym stoliku czekała karteczka z moim imieniem, którą zawsze zabierałam i zgłaszałam się do stoiska, po czym dostawałam talerz z sałatą i innymi warzywami. Codziennym już obowiązkiem, było podwędzenie jabłka dla Draculi, który zawsze z rana oczekiwał rumianego owocu. Śniadanie zniknęło z talerza w mniej niż 10 minut, najedzona odniosłam naczynie do zlewu i podziękowałam, po czym szybkim krokiem wyszłam z pomieszczenia. Po chwili znalazłam się na dworze i skacząc z kamienia na kamień, unikałam błotnistych plam.
-Esma! Esma! Cholero jedna!- Lily w biegu zdążyła rzucić mi kopertę. Dziewczyna niestety zaryła w błocie, jednak szybko się podniosła i otrzepała bryczesy z brązowej mazi. - Nie zobaczyłaś koperty? To ważne! - dziewczyna odbiegła w pośpiechu.
Chwyciłam biały papierek, ochraniając go od spotkania z kałużą. Oderwałam górę od koperty, wyciągając zapisany małym druczkiem papier, nie miałam pojęcia, w co się wpakowałam wczorajszymi porządkami w ogródku Blythe'a.
"Droga Esmeraldo,
zwracamy się do Ciebie z prośbą o pielęgnację naszego ogrodu. Z racji tego, że wyjeżdżamy na 5 dni do Hiszpanii po psa, nie będziemy mogli niestety zająć się ogrodem, a wczoraj zauważyliśmy u Ciebie nadmierne zainteresowanie kwiatami. Na dole przedstawiamy co i jak masz zrobić.
Elizabeth i James Rose"
No dobra, zakasujmy rękawy i do dzieła! Ubrałam bardziej roboczy strój, uznając, że ten jest za bardzo odświętny, by ubrudzić go ziemią. Szybko ubrałam się w krótki top i legginsy, moje stare, dobre legginsy, które służą mi od niepamiętnych czasów. Moje stare gumiaki w tej chwili, naprawdę były zbawienne, gdyż adidasy nie były mi potrzebne. Najszybciej, jak tylko mogłam, udałam się do stajni, by zająć się jeszcze moim własnym koniem, który już na pewno oczekiwał spóźnionego jabłka. Kary pyszczek wychylił się z boksu, by polizać moją dłoń, którą szybko odsunęłam, gdyż za polizaniem, mogła stać także chęć ugryzienia. Wyciągnęłam dłoń, by ogier mógł spokojnie chwycić owoc, ostrymi zębami. Gdy tylko jego zęby wbiły się w jabłko, rozległo się chrupnięcie, świadczące o jego świeżości. Mogłabym być na jego miejscu, sama miałam ochotę na rumiany owoc jabłoni. Najszybciej jak tylko potrafiłam, zabrałam szczotki i wyczyściłam Holsztyna, by był gotowy na późniejszą jazdę. Krótko po skończeniu pielęgnacji, udałam się do wyznaczonego w liście pokoju, w którym jak domniemam, znajdowały się wszystkie potrzebne rzeczy do pielęgnacji ogródka Rose'ów. Tak jak się spodziewałam, drzwi otworzyły się, ukazując worki z nawozem, konewki, których nie będę używać oraz najróżniejsze narzędzia do...spulchniania ziemi?
- Do roboty Esmuś!- powiedziałam po cichu, chwytając wór nawozu i skrzynkę z narzędziami.
Wszystko było w cholerę ciężkie, byłam bliska upuszczenia worków, które ważyły coś ponad 3 kilogramy. Dotaszczyłam wszystko do ogródka, jednak gdy tylko postawiłam to na ziemi, stukot kopyt zmusił mnie do zwrócenia wzroku w inną stronę. Kasztanowaty wałach przeskoczył przez srebrny płotek i wylądował w samym środku grządek z petuniami.
-Cień! STÓJ!- warknęłam, załamując ręce.
Jeszcze chwilę stałam oniemiała, gdy wałach deptał kolejne grządki, co chwila radośnie rżąc. Zdenerwowana wyprowadziłam Kasztana za grzywę i oddałam go w ręce przechodzącego Noah'a.
-Odprowadź go! Błagam!-uklęknęłam przez Noah'em, nie zważając na błotko.
Brunet zgodził się, bo kto by się nie zgodził? Przechodząca Adeline okazała się aniołem, postanowiła pojechać ze mną po nowe kwiatki. Złapałyśmy pierwszy autobus w stronę Miami, którym pojechałyśmy aż do miasta, gdzie w pierwszym ogrodniczym zakupiłyśmy 12 doniczek z petuniami. ******
Doniczki ciążyły, a petunie wiły się za nami metrami, kilometrami, ktoś dwa razy już na nie nam nadepnął. Dziwny widok nas zastał- Noah klęczący przy grządkach i wykopujący pozostałości po kwiatach. Szybko poszłyśmy zasadzić nowe petunie, gdyż bałam się, by znowu nam nie urwano gałązki kwiatów. Po 30 minutach wspólnej pracy ogródek wyglądał naprawdę porządnie i zadowoleni wróciliśmy do pokoi...

Otrzymujesz najładniejsze istniejące 35 punktów za poprawne wykonanie zadania. c: