wtorek, 17 października 2017

Od Leny C.D Esmeraldy

Zaśmiałam się pod nosem, widząc latającą kulkę plamistego futerka. Wzięłam na ręce Selene, lekko wstrząśniętą niezbyt przyjaznym powitaniem się Esmy. Małe pazurki zahaczały o moją skórę, kiedy mała alpinistka wspinała się po mojej ręce, by następnie schować się za moimi włosami, tak, że wystawał tylko kawałek pyszczka.
- Przestraszyłaś Esmę, mała, nie ładnie - skarciłam łaskocząco-drapiący kłębek, pouczająco machając palcem, który chwilę później został gruntownie obwąchany.
- Ładna, co nie? - zwróciłam się do Esmy, która chyba nadal nie była zbytnio przekonana do mojej pupilki.
- Śliczna, ale sądzę, że chyba wolę swojego zwierza.
- Masz zwierzątko? Jak się nazywa? - zainteresowałam się bliżej nieznanemu obiektowi.
- Balbina. To kotka, znalazłam ją na ulicy.
- Oj, biedactwo! A jakiej jest rasy?
- Kot Brytyjski Krótkowłosy
- Hm... Niewiele mi to mówi.
- To choć, pokażę Ci ją.
- No pewnie! - z chęcią przyjęłam propozycję.
- Tylko, ja na twoim miejscu zostawiłabym tu szczura - stwierdziła Esma, widząc, jak wstaje i kieruję się prosto w kierunku drzwi.
- Naturalnie - skręciłam w stronę klatki, udając, że cel mojej podróży znajdował się właśnie tam.
Wyszłyśmy z pokoju i ruszyłyśmy do pokoju Esmy, którym dzieliła się pomiędzy innymi dziewczynami + swoim kotem, i zwierzakami reszty.
<Esma? Twój kot mnie nie zje?>


poniedziałek, 16 października 2017

Od Esmeraldy C.D Leny

-Jeśli ona nie może zjeść, to ja ją sobie zjem.- zgrabnym ruchem wytrąciłam czekoladę z rąk Leny, po czym odłamując rząd ślicznych kosteczek, oddałam ją w ręce prawowitej właścicielki.
Po około 69 (1 godzina 9 minut) minutach (zbieg okoliczności? Nie sądzę!) wyszyłyśmy ze sterylnie czystego pomieszczenia, następnie biegiem ruszyłyśmy w stronę ruchomych drzwi. Gadając w najlepsze, zapakowałyśmy się do auta, po czym z akompaniamentem trąbiących aut - które swoją drogą stały w nieziemsko długich korkach - przemierzałyśmy drogę z Miami, którą znałam na pamięć. Szkoda tylko, że tym razem mój niezawodny instynkt ZAWIÓDŁ i tak oto wylądowałyśmy na jakiejś tajemniczej, wyboistej drodze. Dość często z moich ust wydobywały się krótkie okrzyki złości niekiedy połączone z westchnieniami bólu, gdy koło auta wpadało w jakąś dziurę, a później gwałtownie z niej wyjeżdżało.
-Esma, ty na pewno wiesz, gdzie my jesteśmy?- zapytała Katniss, zaniepokojona odludziem, na jakie dotarłyśmy. - I trzymasz na odwrót mapę.- dodała po chwili.
-Wiem, to jest jedno z miliona zjazdów od drogi głównej. Spoko, gdzieś o 20 dotrzemy do Akademii...- wrednie odparłam, wręcz niewidocznie odwracając mapę. Wizja dotarcia do akademika o 20 przeraziła nie tylko Kat, również Lena popatrzyła na mnie z nutką strachu we wzroku, zwłaszcza że ledwo godzina 16 dochodziła.
*******
Kilkanaście minut po 17 udało nam się dotrzeć do akademickiej bramy. W mgnieniu oka odstawiłam samochód do garażu i wraz z Leną udałyśmy się do jej pokoju, gdyż Kat musiała zostać jeszcze u Toffi i odpracować lekcję ujeżdżenia z p. Blythem. Tak więc we dwójkę rozsiadłyśmy się na kanapie w pokoju Leny, po czym szybko odpaliłyśmy telewizor. Chwilę kłóciłyśmy się jaki film wybrać, aż stanęło na którymś odcinku meksykańskiej telenoweli „Amor” czy jakieś inne meksykańska komedia o dziwnym chłopcu i walniętej dziewczynce, którzy kupują mleko, a później je wylewają na siebie.
-Lena, czy myślisz, że Gilbert jest taki zły? Ja wiem, że jest zły, choć czasami bywa fajny, ale może ty masz inną opinię. - powiedziałam, gdy na ekranie wyskoczył z pisanki czy tam laleczki wudu jaskrawy, żółty napis informujący o reklamie.
-Powiem tak... lekcje z nim miewam dość rzadko, choć na moich lekcjach jest całkiem miły...- stwierdziła dziewczyna, poprawiając poduszkę za plecami.
Przed moimi oczami przemknął bliżej niezidentyfikowany obiekt, po czym z łatwością wdrapał się na kanapę.
- O cholera! Szczur!- z przerażeniem wstałam, lecz po chwili znów usiadłam na dawnym miejscu.- Sorry, przypływ energii i adrenaliny w jednym.- rzekłam, jakby nigdy nic, po czym uśmiechnęłam się, widząc ten sam uśmiech na twarzy brunetki.

Lena? :3

niedziela, 15 października 2017

Od Williama C.D Alexandry

-Wybacz, jestem z lekka roztrzepany.
-Spoko, tylko weź następnym razem uważaj, dobrze?- dziewczyna wycisnęła przez zęby, po czym zaczęła popijać resztkę naparu.
-To raczej będzie trudne do wykonania...-uśmiechnąłem się ironicznie, na koniec odchrząkując. - Em... To cześć.- energicznie wyszedłem z pomieszczenia, nazywanego integracyjnym, chociaż to tam dzieje się najwięcej bójek, które nie prowadzą do integracji, chybachyba że to jakiś sposób na zgodne życie czy inne duperele.
W ostatniej chwili przypomniałem sobie o wyprowadzeniu psa, który najpewniej zaraz po wejściu do pokoju mnie zagryzie. Dotarłem do pokoju, gdzie już przy wejściu przywitało mnie szczęśliwe poszczekiwanie Dobermana. Przy jego skórzanej obroży zapiąłem smycz, po czym znowu przekroczyłem próg drzwi. Pies ciągnął mnie po schodach, więc gdy tylko do pokonania zostały dwa stopnie, zwierzak zeskoczył z nich. No i coś mi strzeliło w kolanie, good job Will. Trzymanie Rena na krótkiej smyczy to pomysł fatalny, od początku skazany na niepowodzenie. W myślach wyjąc z bólu, doczłapałem do drzwi, które otworzyłem i wreszcie odpiąłem smycz od obroży na szyi psa - swoją drogą Ren niedawno dopiero do mnie przyjechał, rodzice postanowili go wykastrować i wrócił jakieś dwa (może trzy) dni temu. To było raczej do przewidzenia, że spotkam dziewczynę, na którą wylałem herbatę.
-Nie przedstawiłem się wcześniej, choć najpewniej mnie kojarzysz.- uśmiechnąłem się, podając dziewczynie dłoń.- William.
-Alexandra.- brunetka odparła.- Jednak mów mi Alex.
-Spoko. Gdzie się wybierasz?- zapytałem, wzrokiem szukając swojego psa.


<Alex? ^^ >

Krótkie niestety :<

czwartek, 12 października 2017

Podsumowanie punktów

Wracamy do was z kolejnym podsumowaniem!

Noah - nieobecność
Lily - nieobecność
Phoebe - nieobecność
Helen - 3 p.
Alexandra - 3 p.
Naomi - 3 p.
Holiday - 3 p.
Esmeralda - 3 p.
Will - 3 p.
Luke - 3 p.
Lena - 3 p.
Adeline - 9 p.
Harry - 9 p.
Karol - 3 p.
Katniss - czas do 23:59 jutrzejszego dnia (inny powód)
Marceline - -20 p.
Edward - -20 p.
Artem - -20 p.

~Administracja

Od Naomi C.D Katniss - zadanie 13

- Oj, Kat... - westchnęłam - Czekam na ciebie od niemal godziny!
- Przepraszam, musiałam pobyć z Tofflairs - wytłumaczyła cicho moja przyjaciółka. Wcisnęłam jej czerwony kubek w dłoń i klapnęłam na kanapie, zgrabnie operując pilotem. Mój palec przystanął na jakimś kanale sportowym.
- Mistrzostwa w Skokach przez Przeszkody stanu Alabama - rozentuzjazmowana przeczytałam napis.
- To powtórka sprzed roku - ostudziła mój zapał Kat, zajmując miejsce obok mnie.
- Cicho tam. Ważne, że jest - podkreśliłam. Przez dłuższy czas analizowałam poszczególne przejazdy, czasami komentując coś na głos typu "Ach, pierwsze skoki były całkiem całkiem" bądź wydając przeciągły syk, na który blondynka reagowała chichotem. Mimo wszystko wydawała się niezainteresowana tą dyscypliną. Po kilku minutach uważnego to obserwowania poczynań pilota, to mnie, nie mogła już wytrzymać i z okrzykiem bojowym rzuciła się na przedmiot.
- Ej, za chwilę ma być Cirise V! - krzyknęłam i z równym impetem skoczyłam w celu odebrania urządzenia.
- Nie skoki, a western, moja droga!
Przez chwilę zacięcie walczyłyśmy, bitwę przerwał nagły wjazd jednej z naszych współlokatorek - Esmy.
- A co tu się odjaniepawla?! - krzyknęła ze zdziwienia. Przez ten nagły najazd byłyśmy zmuszone do tymczasowego sojuszu.
- A ty, co robiłaś przez te pół nocy? - odbiłam piłeczkę - Czyżbyś łaziła po klubach?
- Nie, siedziałam u Jaskółki.
- Mhm, na pewno. Ona chce zmienić kanał, kiedy na tym mogę przyglądnąć się technice skoku! - zawołałam oskarżycielskim tonem. Esmeralda westchnęła i pokręciła z niedowierzaniem głową. Po czym... Korzystając z naszego niezogniskowania, wyrwała nam pilot i przełączyła na program kulinarny.
- I to dopiero można nazwać godnym obejrzenia! - podkreśliła, wywołując u nas kolejny, nagły wybuch śmiechu.
***
- Halo, Smerfie, wstawaj! - obudził mnie wszechobecny głos Esmy.
- Powtórz to jeszcze raz, a osobiście urwę Ci łeb - powiedziałam tonem, który z powodu senności nie zachował odpowiedniego, ostrzegającego tonu.
- Jak za chwilę nie wstaniesz, to też nic nie zostanie z twojej głowy, Smerfie - moja przyjaciółka specjalnie mocno zaakcentowała ostatnie słowo. Nie miałam jednak chęci, by realizować wcześniej wypowiedzianych wyrazów, przeciągle ziewnęłam i uruchomiłam stopy do systematycznego szukania kapci.
- Pali się? - zapytałam w międzyczasie.
- Gilbert ma imieniny!
- Zamierzasz coś przygotować?!
- Można by coś upiec... - zaczęła Esma, chichocząc.
- Trzeba to zrobić uważnie, nie zamierzam brać udziału w jego treningu - stwierdziłam, przeglądając zawartość szafy - On nie znosi papryki i szpinaku!
- Zapieczcie paprykowo-szpinakowy farsz w słodkim cieście i ozdóbcie lukrem - podsunęła Kat, która w tamtej chwili czytała książkę.
- Dobry pomysł! Jakby wygląd babeczki odbiegał od ideału, a ciasto miałoby trochę zagmatwane proporcje... - Esmeralda z uśmiechem pokiwała głową - Nie może nam niczego zarzucić.
W trójkę zeszłyśmy do kuchni, tłumiąc śmiech. Prosto podzieliłyśmy zadania, ja miałam przygotować ciasto, Katniss - farsz, natomiast Esma lukier. Szybko uporałyśmy się z pracą, po niecałej godzinie placek wylądował w piekarniku. Po odstawieniu lukru zadowolone usadowiłyśmy się na kanapie w salonie, zagłębiając się w książkach. Były one bardzo ciekawe, dlatego zupełnie zapomniałyśmy o wypieku... Jego dalsze losy zasygnalizował dopiero ostry dym. Szybko wbiegłyśmy do pomieszczenia, ale firanka już zajęła się ogniem. Kat, jako jedyna zorganizowana, chwyciła koc gaśniczy i rzuciła na firankę. Po chwili osłupienia założyłam rękawiczki i otworzyłam piekarnik, w którym został tylko węgielek. Po kilku następnych działaniach, kiedy wydawało się, że sytuacja została już opanowana... Do kuchni wbiegł Gilbert.
- Piekłyśmy ciasto... - szybko wytłumaczyła nas Esma, plącząc słowa.
- Przecież mogłyście spalić akademię! - mężczyzna nie był zadowolony - Po co wam ciasto?
- Dla pana, na imieniny - poinformowałam przymilnie. Instruktor nie spodziewał się takiej odpowiedzi, uniósł brwi ze zdziwienia, ale po chwili skończył:
- No cóż... Posprzątać wszystko i stawić się jutro o równo 5.00 na hali.
Udawałam skruszoną, ale kiedy tylko Gilbert sztywnym krokiem wyszedł z pomieszczenia, dobry humor mi powrócił, mimo iż jutro czekała mnie niezły rozpierdziel. Skierowałam rozbawiony wzrok na przyjaciółki.

Kat? ^^
Gratulacje, dostaję 20 punktów! ^^^

Od Alexandry C.D Williama

Po porannym wyjeździe w teren oporządziłam Mistress i wyprowadziłam ją na padok. Oparłam się o ogrodzenie, obserwując jak kasztanka nadal pełna energii bryka zadowolona na łące. Nagle mój spokój został przerwany krzykiem. Zdezorientowana odwróciłam się do źródła dźwięku, widząc leżącego na ziemi chłopaka oraz klacz biegnącą w moim kierunku. Uwiąz niebezpiecznie zahaczał o nogi kobyłki. Bez dłuższej chwili namysłu zastąpiłam jej drogę, łapiąc kawałek sznurka. Klacz widocznie niezadowolona z tego faktu zarzuciła łbem do góry, starając się wyszarpać. Pożałowałam bardzo szybko, że nie mam rękawiczek, kiedy uwiąz zaczął wysuwać mi się z rąk. Na szczęście kobyłka, widząc moje zacięcie, szybko zrezygnowała z dalszych prób ucieczki, grzecznie stając przy moim boku. Po dosłownie sekundzie obok nas pojawił się właściciel uciekinierki.
-To chyba twoja zguba. - Uśmiechnęłam się delikatnie, oddając mu uwiąz. Niebiesko włosy skinął głową, zabierając klacz. - Poczekaj chwile.
Zauważyłam czerwoną strużkę spływającą za uchem nieznajomego.
-Kiedy upadłeś, musiałeś rozciąć sobie to miejsce o jakiś kamyk. Wpadnij do siodlarni, to ci to opatrzę. - Zaproponowałam, jednak nie spotkałam się z entuzjastycznym odzewem.
- Sam sobie poradzę. - Mruknął, rzucając mi szorstkie spojrzenie i kontynuując drogę w stronę padoku. Wzruszyłam ramionami, po czym odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do stajni. Najpierw zaszłam do siodlarni, żeby przemyć niewielkie rany i otarcia będące skutkiem "szarpania" się z klaczą. Założyłam opatrunek dla bezpieczeństwa i ruszyłam ogarnąć boks Mistress. Kiedy skończyłam, zabrałam się za wyczyszczenie jej sprzętu. Nasmarowałam ogłowie, siodło, wyszczotkowałam ochraniacze, a czaprak wraz z owijkami i nausznikami wylądował w pralce. Zadowolona z siebie wstawiłam wodę na herbatę i usiadłam na kanapie, czekając, aż będę mogła rozwiesić rzeczy, żeby wyschły. Wrzuciłam do mojego ulubionego kubka torebkę czarnej herbaty i po chwili zalałam ją wrzątkiem, dodając przy okazji łyżeczkę miodu. Zabrałam kubek ze stołu i odwróciłam się w momencie, kiedy o moje ramie ktoś zahaczył. Cała zawartość naczynia wylądowała na mojej bluzce, parząc niemiłosiernie.
-Cholera. - Warknęłam pod nosem, zaciskając mocno zęby. Po kilku sekundach oprzytomniałam i podeszłam do umywalki. Zdjęłam bluzkę, dziękując w myślach, że wpadłam na pomysł rano, żeby założyć top. Zmoczyłam materiał zimną wodą, przykładając je do oblanych miejsc. Powtórzyłam to kilkakrotnie, aż wreszcie pieczenie w miarę ustało. Z szafki z moim sprzętem wyciągnęłam zapasową koszulkę, którą od razu założyłam. Wreszcie odwróciłam się, szukając wzrokiem sprawcy całego zamieszania, którym okazał się niebiesko włosy chłopak, którego spotkałam przed pastwiskiem.
-Przepraszam, to było niechcący...- Zaczął, a ja wzięłam głęboki wdech, żeby się uspokoić.
-Nic się nie stało. - Wysiliłam się na uśmiech w stronę nieznajomego.

Will?
Sorry wyszło takie sobie

Od Williama do...

Ciemną nocą, gdy niebo pokryte było czarną kołdrą, włóczyłem się po stajni, co chwila, zaglądając w miejsce, w którym do niedawna stała klacz Oriane. Złamane serce kołatało w piersi, nie dając spokojnie oddychać - wszystko straciło jakikolwiek sens i blask. Wnerwianie Blythe'a nie było już tak przyjemne jak kiedyś, a pokój stał się ponury. Cholernie zabolał mnie ten wyjazd bez pożegnania. Niebieskie, z lekka wypłowiałe już włosy opadały mi na czoło, zasłaniając jakikolwiek widok, kląłem więc w myślach, kolejny raz wykręcając numer Oriane, by po raz kolejny usłyszeć jej radosny świergot....poczty głosowej. Minęło tyle dni, a ja nadal nie potrafię, nie potrafię zapomnieć o dziewczynie, w której się zakochałem...zakochałem całkowicie...
***
-Cholera...- zakląłem, wsuwając swoje Nike na stopy. Dzisiejszego dnia miałem udać się do właścicielki, z prośbą o przepisanie mnie do pokoju 18, gdyż nr 24 przypominał o pewnych wydarzeniach, które wyjątkowo mocno na mnie wpływały.
Wizyta u kobiety przebiegła nadwyraz sprawnie - trwała mniej niż 10 minut, ograniczyła się do paru zdań, po których niewątpliwie wyszedłem całkiem zadowolony z gabinetu dyrektorki.
Normalnie ruszyłbym do stajni, jednak dzisiaj nie było po co- konie objeżdżone, wyczyszczone plus nakarmione. Możliwie szybko, udałem się do stajni, gdzie swój posiłek spożywały czterokopytne.
-Sabiśka, ty jesteś już gruba jak beczka.- poklepałem masywną łopatkę klaczy.- Wyjdziemy sobie na padok, dobrze? - chwyciłem w dłoń żółty, podniszczony uwiąz, po czym zapiąłem do równie żółtego kantarka.
Klacz zadowolona wykłusowała z boksu, po czym radośnie ruszyła w stronę pastwisk. Nagle Sabina zawinęła zadem, wyrywając uwiąz z mojej ręki. Ja oczywiście pocałowałem ziemię.
-Hej ty! Łap ją!- krzyknąłem do osoby, stojącej nieopodal pastwiska.


Ktoś? Złapałeś moją Sabinę? xd

Nie przerażaj się początkiem! Inne opowiadania będą pisane w całkiem innym stylu.