sobota, 17 lutego 2018

Od Gale'a C.D Esmeraldy - Walentynki /+16/

- Byłaś niesamowita!- niemal krzyknąłem. Eska się zarumieniła. Ucałowałem jej policzek. Każdy czekał na wyniki z zapartym tchem, widać było po Esmie, że się stresuje. Stałem tuż obok niej, żeby ją wspierać. Gdy już minęła godzina od wystartowania wszystkich uczestników, przyszedł czas na werdykt. Miejsca na podium były odliczane od trzeciego.
- ... a na pierwszym miejscu stanie dziś: Esmeralda Müller i Desert Jackal aka Queen of Samba!
Esma skakała z radości i w napływie szczęścia przytuliła się do mnie tak mocno, że czułem strzelanie moich żeber.
- O Boże... Wybacz Gale, zapomniałam o tym, że nadal masz siniaki...- pocałowała mnie w policzek.
***
W aucie było głośno. Pani Rose z panem Gilbertem śmiali się z tak suchych sucharów, że aż mi się pić zachciało. Wraz z Eską siedzieliśmy na tylnych siedzeniach, trzymając się mocno za ręce i rozmawiając o jej zwycięstwie. W radiu leciały znane każdemu piosenki. Podczas trajkotania Eski rozmyślałem jakby tu urządzić romantyczne walentynki dla dziewczyny. Esma wyciągnęła telefon, żeby napisać do dziewczyn z Akademii, ale kiedy włączyła Messengera, pojawiła jej się dość zabawna reklama Durexa z podpisem "Pozwól ponieść się rozkoszy". Eska spojrzała na mnie rozbawiona i szepnęła mi do ucha:
- Wypróbujemy?
- A dasz radę wytrzymać tak dużego napływu emocji, kotku?- mruknąłem rozbawiony, po czym wbiłem się w jej usta.
- Woster! Proszę uszanować przestrzeń osobistą panny Müller.- warknął instruktor.
- Ale spójrz na nich. Czyż nie są uroczy?- dopowiedziała właścicielka Akademii.- Miłość młodych jest piękna. Na pewno jutro będzie o wiele romantyczniej.
- Właśnie Gale, jutro walentynki...
Powrót ciągnął się jeszcze dłużej niż dojazd. Esma zasnęła, opierając głowę na moim ramieniu. Delikatnie odgarnąłem kosmyki włosów, które zsunęły się na jej twarz. Złożyłem pocałunek na jej czole, po czym sam odleciałem. Obudziliśmy się już przy Akademii. Było trochę po północy. Zaniosłem bagaż Eski do jej pokoju, a ona odprowadziła konia do boksu.
Tego samego dnia tylko o jakiejś 13.30 wziąłem Avka i go wyczesałem. Po zawiązaniu na jego szyi muchy, do środka kokardki włożyłem liścik, a do pyska przyjaciela róże bez kolców.
- Szukaj pani! Szukaj!- powiedziałem do Avengera, który od razu popędził pod pokój z numerem 3. Pies zaczął cicho szczekać i drapać pazurami o drzwi. Zaskoczona Eska otworzyła drzwi i wpuściła Avka. Po przeczytaniu liściku, który brzmiał:
„Witam moją księżniczkę! Może miałabyś ochotę gdzieś wyskoczyć? Jestem do dyspozycji. Będę czekał na Ciebie w pokoju.^^”
Eska zaczęła się przebierać. Czekałem u siebie jakąś godzinę, zanim dziewczyna się zjawiła.
- Nareszcie, kotku.- powiedziałem zadowolony. Eska podeszła do mnie powoli, atrakcyjnie ruszając biodrami.- To, co...? StarBucks?
- No jasne! Mam straszną ochotę na kawę.- Za to ja miałem ochotę na zupełnie coś innego
- miałem ochotę na Esme, heh.
W kawiarni usiedliśmy naprzeciwko siebie. Trzymaliśmy się za ręce, splatając palce. Wypijając gorący napój, nie mogliśmy się powstrzymać od śmiechu, bo cały czas nad naszymi wargami robiły się wąsy od bitej śmietany. Jak tak wpatrywałem się w oczy dziewczyny, uświadamiałem sobie jakie szczęście miałem, kiedy ją poznałem, i to jak bardzo ją kocham. Z racji tego, że kawy samej pić nie wypada, zamówiliśmy sobie jeszcze sernik. Następną stacją był spacer. Przechadzaliśmy się po mieście, robiąc sobie zdjęcia. Wrzuciliśmy do fontanny kilka grosików. Podałem dziewczynie czerwone pudełeczko. Esce zaświeciły się oczy, kiedy je otworzyła i zobaczyła srebrny łańcuszek z serduszkiem ozdobionym malutkimi diamencikami. Wystarczyło przekręcić malutką korbkę, żeby otworzyć serce, w którym było zdjęcie moje i jej koni. Esma znów wtuliła się we mnie tak mocno, że ledwie powstrzymałem się od syknięcia. Zapinając na jej szyi wisiorek, pocałowałem jej policzek. Kiedy zaczęła dochodzić godzina osiemnasta, podeszliśmy pod jedną z licznych w mieście restauracji, ale nie było tam żadnego wolnego miejsca. Na nasze nie szczęście, rozpadało się na dobre. Postanowiliśmy jeszcze trochę pospacerować. Z jednego budynku dobiegała bardzo głośna muzyka, przy której aż chciało się tańczyć. Eska pociągnęła mnie za rękę i położyła dłoń na moim barku. Objąłem ją w talii i zaczęliśmy śmiesznie tańczyć na swój sposób. Eska wirowała pod wpływem obrotów. Kiedy muzyka ucichła, a na jej miejsce weszła nowa żwawsza piosenka, przy której nam coś odwaliło. Esmeralda objęła mnie nogą i zjechała w dół, zmysłowo kręcąc biodrami. Przyciągnąłem o siebie dziewczynę, lekko ją przekręcając i odchylając do tyłu, przejechałem dłonią po jej pośladku i udzie.
***
W Akademii na stołówce zakradliśmy się do kuchni, z której porwaliśmy lody śmietankowo-czekoladowe. Zamówiliśmy pizzę. Leżeliśmy sobie w pokoju Eski i zajadaliśmy się kawałkami capriciosy. Ja, Esma, Naomi, Ada i Adelka siedzieliśmy na kanapie (a dokładniej to moja dziewczyna siedziała na górze oparcia sofy i usadowiła uda na moich barkach). Oglądaliśmy „Zmierzch”, który szczerze mówiąc, nie przypadł mi zbytnio do gustu, ale z racji tego, że do oglądania dziewczyny miało piwko i chipsy siedziałem cicho. W końcu film się skończył, a ja chyba trochę za dużo wypiłem. Kiedy się pożegnałem i wyszedłem z ich pokoju, przeciągnąłem się. Ale to, co usłyszałem, mnie powaliło.
- I jak, Esma? Wykorzystaliście dzisiaj już walentynkową magię?- roześmiała się Nao.
- Jeszcze nie, ale mam zamiar mu coś pokazać…- wyszeptała wesoła dziewczyna. Z tego, co słyszałem, Eska wyciągnęła pudełko z siatki, po którego otworzeniu wszystkie dziewczyny zaśmiały się wrednie. Zbity wszedłem do pokoju. Chcąc zmyć z siebie dzisiejsze emocje, wziąłem prysznic. Już miałem iść spać, kiedy do pokoju wbiła Esmeralda.
- Eska? Co ty tu…
- Ciii…- przerwała mi dziewczyna, przypierając mnie do ściany. Jej dłonie przeczesały moje mokre włosy.- Mam coś dla Ciebie… Eska zaczęła powoli rozpinać guziczki od swojej cienkiej, białej, luźnej koszulki ze wzorkiem czerwonych buziaków, spod której wyłonił się czerwony, koronkowy stanik. Nie mogłem od niego oderwać oczu, a dokładniej to od jej piersi. Jeansy Esmeraldy odleciały dwa metry za nią. Myślałem, że zwariuję, po tym, jak dziewczyna odsłoniła swoje również koronkowe, czerwone majtki, które podkreślały jej pośladki. Eska wbiła się w moje usta, powodując, że czułem się jak w nierealnym świecie.
- Eska? Mrrr…

Od Lucy C.D Riley - Zakup Kota

Przekroczyłyśmy próg schroniska. Od razu uderzył mnie tak wielki smród, że odechciało mi się tam przebywać. Jednak brnęłam w to, podeszłam do siatki. Zza niej patrzyło na mnie tysiące oczu, a w każdej parze była nadzieja, nadzieja na nową przyszłość. Zachciało mi się płakać. Jak oni mogą traktować te zwierzęta?
Riley szła obok mnie i zakryła dłonią usta, ona też była tym zażenowana.
W końcu jednak poszła dalej, aż usłyszałam:
- Lucy, chodź! Patrz na tego dziwaka! Uśmiejesz się! - parsknęła z drugiego końca schroniska.
Co prawda nie miałam ochoty na śmiech i wątpiłam, aby cokolwiek mnie tam rozbawiło, ale z impulsu pobiegłam. Stanęłam i popatrzyłam za siatkę, ale nic tam nie było. Już chciałam zawrócić, gdy złapała mnie za ramię i powiedziała:
- Nie tam, tu! Jest teraz pod Twoimi nogami!
Popatrzyłam pod siebie i ujrzałam szczyt moich marzeń. Albo była to podróba, albo oryginał Grumpy Cata.
- Riley, bierzemy ją. - powiedziałam i wzięłam kotkę na ręce.
- Lucy, biuro jest tam - pokazała za siebie kciukiem.
- Co Ty, to nawet nie jet ich kot - powiedziałam. - żaden nie dałby rady się wydostać.
Koleżanka pobiegła za mną. Kot przeraźliwie miałknął. Gdy dotarłyśmy do koni, ostrożnie włożyłam ją do transportera i przypięłam pasem. Wsiadłam delikatnie na Pompeję i spojrzałam na Riley.
- Jedziemy? - zapytałam.
< Riley? :> >

piątek, 16 lutego 2018

Wyniki Gonitwy w Porec!

Dzień dobry, najmilsi uczniowie!
Dwunastego lutego odbyła się siódma edycja Gonitwy w Porec. Naszą akademię reprezentowały Riley Black na Melindzie i Esmeralda Muller na Jaskółce - obie osiągnęły wspaniałe wyniki! Szybsza o zaledwie niecałą sekundę okazała się Riley, zdobywa ona czterdzieści punktów do rankingu, Esmeralda natomiast otrzymuje równą trzydziestkę. 
Dziewczynom jeszcze raz gratulujemy i życzymy kolejnych osiągnięć!

Elizabeth i James Rose

Od Esmeraldy C.D Riley - Gonitwa w Porec


***dwa miesiące później***
-Riley! Idziesz ćwiczyć?- wrzasnęłam, wybiegając przed budynek stajni dla koni prywatnych.
-Tak. - dziewczyna, dociągnęła popręg swojej karej klaczy, po czym pomachała do mnie.
-To wait, Jaskółke trza tylko osiodłać. Czekaj na placu!- znów wrzasnęłam, znikając w stajni.
Podbiegając do przypiętej po obu stronach korytarza Jasi, wzięłam żelową podkładkę i czaprak, niezwykle przypominający kawałek firanki, powszechnie nazywany ścierką, po czym wygładzając ochronę przed czasami ocierającym ją siodłem, chwyciłam leżące nieopodal siodło wyścigowe, klepiąc ją po szyi, powoli założyłam je na grzbiet Kasztanki.
***
Z moją pomocą, Riley zasiadła w wyścigowym siodle Melindy, po chwili wsadzając nogę w strzemiona, ruszyła na tor. Włączając złoty czasomierz w momencie startu dziewczyny, lekko zakaszlałam, pierwsze co pomyślałam, albo co mi przyszło na myśl "No proszę, czyli jednak kiwanie w fontannie to był zły pomysł.",  a w chwili, w której klacz z Riley na swym silnym grzbiecie wpadła na metę, zatrzymałam czasomierz, z zadowoleniem odczytując całkiem niezły wynik. Towarzyszka zsiadła z klaczy, przywiązując ją do ogrodzenia węzłem bezpieczeństwa, sprawnie pomogła mi z zasiąściem na młodym ciałku folbutki, która czując mnie na sobie, strzeliła focha i uparcie stając w miejscu, podniosła wysoko łeb w formie jawnego buntu, którego niezwykle nie lubiłam, tak samo jak klacz w tej chwili mnie.
-Podasz mi bat na chwilę?- zapytałam, trzymając klacz mocno na wodzy.
Po chwili do mojej ręki wpadł krótki bat, którym po opuszczeniu nieco wodzy, na początek lekko, przyłożyłam w zad upartej klaczy. Mimo użytej pomocy, Jaśka nadal nie raczyła ruszyć z miejsca, więc jeszcze raz przykładając klaczy w jej starannie wypucowane cztery litery, wygięłam się jak do gry w limbo, czując jak złośnica próbuje mnie strącić z wygodnej miejscówki w mniej wygodną, jaką był po prostu rów ogradzający tor. Mając nadzieję, że Riley ze śmiechu nie zapomniała włączyć stopera, walcząc z Jaskółką zabijałam się w myślach za użyty bat, pamiętając, że nie chcemy jej zepsuć. W omalże ostatnim momencie przyjęłam dobrą pozycję, inaczej złe sny mogły stać się rzeczywistością i znów miałabym szczęście wylądować w krzakach. Nietrzymanie sztywno wodzy było jedną z podstawowych rzeczy, które dżokej miał wiedzieć, jednakże nie było to tak łatwe co w normalnym siodle przy normalnej długości strzemion, w normalnym ustawieniu tyłka, pleców i nóg. Przecięłyśmy punkt mety w dość dobrym czasie, jednakże początkowe zmagania z uruchomieniem petardy w tyłku młodej wyścigówki były strasznie niefartownym zrządzeniem losu i gdyby nie jej przedstartowy foch, czas byłby zdecydowanie lepszy. Ze zmęczonego pyska Jaśki i Meli płynęła piana, więc mimo krótkiego treningu postanowiłyśmy ich więcej dziś nie męczyć, a jedynie zabrać w krótki teren. Po powrocie do stajni, zajęłyśmy się błyskawiczną zmianą siodeł (ja zdecydowałam jechać na oklep), a kilka minut później stępowałyśmy je przez oszroniony lasek, w którym gwar Akademii cichł.
-Hej, nie bocz się. Ty też nie zachowywałaś się ładnie moja droga.- spokojnie odpowiedziałam na bryknięcie klaczy, gdy próbowałam ją zatrzymać.- Możemy je tu wypuścić, teren jest od tamtego miejsca do padoków ogrodzony. - zsiadłam z klaczy, zabezpieczając wodze.
Niecałe dwie godziny później siedziałyśmy z dziewczyną pod kocem z kubkiem gorącej herbaty malinowej z imbirem, a przed nami na ekranie leciał właściwie nieznany nam film.
***
Klacz do pierwszego wyścigu była przygotowywana prawie cały rok, a jednak gdy na jej grzbiet założyłam ponownie lekkie siodło, Jaśka stała nadal ze zwieszoną głową, zamiast cieszyć się z okazji na grube pobieganie przed tysiącami ludzi. Do tranzelki przypięłam lonżę i odpinając niepotrzebne uwiązy, zaprowadziłam ją na duży lonżownik, po czym strzelając batem za jej zadem, cmoknęłam.
-No, mała, stęp tylko.- powiedziałam, cmokając nadal.
Jaśka stępowała powolutku, patrząc co chwila na mnie. Klacz krążyła blisko mnie, rzucając głową całkiem nagle ruszając galopem. Niechcący wypuściłam z ręki lonżę, na szczęście po chwili zorientowałam się, że coś jest nie tak i zatrzymałam galopującą klacz.
-Stój! Prrr!- krzyknęłam, nie myśląc, zabiegłam drogę kobyle.
Kasztanka stanęła przede mną, jakby chcąc mi pokazać, że jestem całkowitym debilem i szybko odwróciła się. Niespodziewanie przeskoczyła przez ogrodzenie, by po chwili wbiec prosto do stajni w ręce...Willa.
-Nie radzisz sobie, moja droga.- chłopak złapał klacz, rzucając mi wściekłe spojrzenie, po czym krzyknął do mnie tak znienawidzone zdanie, które padało z ust mojego ojca, przy każdym spotkaniu.
-Wal się, Will.- mruknęłam cicho.
Chłopak podszedł spokojnie do lonżownika, przywiązując swojego ogiera do ogrodzenia, wziął ode mnie bat i wprowadził folbutkę na okrąg, po czym cmokając, ruszył ją do galopu. Z otwartą japą patrzyłam na pięknie chodzącą Kasztankę, w ręce mojego brata, który z zadowoleniem na twarzy, popędzał klacz nadal cmokając. Klacz po kilkuminutowym galopie była lekko spocona na piersi.
-Dobra, biorę ją za chwilę do przyczepy i jedziemy do innej stajni. - oznajmiłam, całując brata w policzek.- Dzięki braciszku. - wzięłam Jasię w dłoń, po czym zaprowadziłam ją do boksu, w którym ją oderkowałam.
Jakiś czas później wprowadziłam nie współpracującą klacz do przyczepy, w której już stała Melinda, a Riley po moim wejściu do koniowozu zamknęła drzwi. Klepiąc klacz po łopatce wyszłam z przyczepy, po czym zasiadłam z tyłu, za panią Mondgomery. Plotkując z Riley, te 10 minut minęło wyjątkowo szybko.
-Dziewczynki, wyprowadźcie klacze i idźcie je ubierać, bo za 30 minut zaczyna się wyścig, migiem!- pani Smith pogoniła nas, zamykając tylne drzwi przewozu dla koni.
Jaśka grzebała kopytem w ziemi i co chwila trącała moje ramię łbem, na co odpowiadałam klepnięciem jej w szyję. Pociągnęłam konia na uwiązie, po czym za Mondgomery poprowadziłam ją na stanowisko, gdzie przywiązałam pełną energii klacz do rury. Udało mi się w 10 minut dokładnie ją wyczyścić i kilka razy pochwalić za to, że grzecznie stała i nie wyrywała kopyt jak to miała w zwyczaju. Cały osprzęt wyścigowy odziedziczyłam w spadku po dziadku, z tym, że rolę dziadka objął Edward, który nie miał co zrobić z Jaskółką. Gdy na podekscytowanej klaczy ułożyłam już żel i piankową podkładkę, obok mnie przemknęła niespokojnie coś mrucząca pani Smith.
-O, Esmeralda, właśnie, jak nazywa się twoja klacz?- kobieta poprawiła swoje wpadające w kolor rudy włosy, po czym podrapała się po głowie, przestępując z nogi na nogę.
-Jaskółka.- odparłam lekko zdziwiona zapominalstwem nauczycielki wyścigów, której na identyczne pytanie odpowiadałam dzisiaj rano.
Nim na klacz założyłam siodło, z kieszeni wyciągnęłam jabłkowo-porzeczkowe smaczki, które były nagrodą za zajęcie 1. miejsca w zawodach z ujeżdżenia. Desert ich nie lubiła, za to Jasia wręcz uwielbiała, i byłabym skłonna stwierdzić, że wolała je nawet bardziej niż musy jabłkowo-marchewkowe, które przyrządzam wszystkim koniom co piątek, według sprawdzonego przepisu. Dopięłam lekki popręg, po czym chwyciłam obergur i mocno podciągnęłam, zapinając go.
-Dobra maluchu.- podrapałam Jaskółkę po pysku, po czym kantar zsunęłam na szyję i założyłam na nią wodze.
W lewą dłoń chwyciłam ogłowie, a prawą wprowadziłam do pyska folbutki wędzidło. Tranzelka w jaskrawych kolorach świeciła na smukłym pysku angielskiej klaczki, która obserwowała wszystko wokół, tylko nie to, co chciałam by zobaczyła. Po kilkunastu minutach wróciłam do klaczy, podciągając jeszcze popręg oraz obergur, następnie odpięłam ją. Na starcie stawiłyśmy się jako prawie ostatnie, po czym założyłam na oczy gogle. Nie wspomniałam nic o moim ubiorze - na sobie miałam kamizelkę ochronną, którą założyłam pod niebieski kamzon (jak to sie pisze). Białe bryczesy i lekkie,czarne buty z cholewami, oraz piankowy bat, którego zwolenniczką byłam od kilku lat. W chyba 5 stanowisku ma dobrze znanej mi klaczy siedziała Riley, już z goglami na oczach. Pani Smith wprowadziła nas do stanowiska, po czym jedyne co słyszałam, to niespokojne oddechy innych zawodników. Nagle - wystrzał, drzwi od stanowisk otwierają się, a wszystkie konie wypruwają do przodu, tylko my nadal stoimy w stanowisku. W głowie od razu straszne przepowiednie. Przed oczyma widziałam tylko konie w pełnym biegu, jednak coś się działo. Jaśka ruszyła niczym torpeda, wypruła ze stanowiska elektrycznie, jak za dotknięciem paralizatora. Nim się spostrzegłam wyprzedziła ostatniego konia, jednakże podejrzewałam, że na końcu zabraknie jej sił, więc lekko wstrzymywałam jej zapał. Jaskółka targała strasznie wodzami, więc musiałam je poluzować, by nie porozdzierała sobie pyska, gdyż to byłoby dość...utrudniające pracę, a i ją trawił by ból przez całe dnie.
-Spokojnie!- powiedziałam do klaczy, która niczym pocisk armatni gnała przed siebie.
Z trybunów dobiegały okrzyki dopingujące jakieś bardziej znane konie, nikt nie dopingował Jaskółki, jednakże było to na pewno lepsze, gdyż nikt najpewniej nie liczył na naszą wygraną. Uderzenia o piaszczyste podłoże, przyśpieszony oddech klaczy i mój, tabuny kurzu przed nami. Do końca zostało parę prostych, jeśli można to tak nazwać, a my byłyśmy, hmm, szóste? Dałam upust energii klaczy, a ku mojemu zdziwieniu, pominęła do przodu, wymijając siwego konia, chamsko (moja krew) wepchnęła się bardziej do wewnętrznej bariery, a po chwili za nami zniknął gniady i kolejny siwek, jednakże przed nami nadal były trzy konie, wraz z Melindą. Lekko uderzyłam o zad klaczy bacikiem, który wytworzył mały hałas, a ta jak za dotknięciem magicznej różdżki, którą w tej sytuacji był bat piankowy, momentalnie przyśpieszyła, wyrównując z karą klaczą mojej koleżanki. Słyszałam bicie serca rozpędzonej kasztanki, która pobijała wszelkie granice szybkości i rekordy, ustanowione przez nią samą. Z samego końca znalazłyśmy się w czołówce peletonu. Szeptając coś do klaczy, niemal straciłam równowagę, ale raczej szybko ją unormowałam. Kilkanaście sekund później, nie zwracając uwagi na nic, stanęłam wyżej w strzemionach, na co klacz zarżała, wpadając na metę...
***
Przytuliłam smukłą szyję folbutki, w rękę biorąc masażer, którym następnie wymasowałam dokładnie obolały kłąb mojej klaczki, która z zadowoleniem skubała mój polar.
-Esma? Jedziesz się przejechać po terenach tej Akademii? I tak jutro wracamy, ale musimy poczekać na wyniki. - Riley stanęła przy drzwiach boksu.- Możemy wypożyczyć konia stajennego stąd podobno, więc...idziemy?- dziewczyna zapytała, a ja ekspresowo wyszłam z boksu.
-Jasne.- uśmiechnęłam sie do przyjaciółki, idąc za nią do stajni.
Udało mi sie wybrać siwego wałacha, imieniem Dumbledore, którego oporządziłam i osiodłałam. Z Riley spotkałam sie przed stajnią, w ręce z pięknym (no koniem)...

Rileyu? ^^

Od Riley - Gonitwa w Porec

Tego dnia zerwałam się z łóżka wyjątkowo wcześnie. Dochodziła piąta dwadzieścia, a mnie już zżerał stres, choć zawody odbywają się dopiero jutro. Po chwili powędrowałam do kuchni, żeby zrobić sobie kawy, aczkolwiek chyba nie była mi ona specjalnie dziś potrzebna, bo i bez niej miałam nadmiar energii (szkoda, że nie do końca pozytywnej). Eh, niedziela. Tego dnia to zazwyczaj śpię do dwunastej albo dłużej, bo jak wiadomo, weekendy to jedyna okazja na telewizyjny relaks dla nocnych marków, do których rzekomo się zaliczam. Dopiłam spokojnie kawę, grzebiąc przez jakiś czas w telefonie, po czym udałam się do łazienki. Wzięłam szybki prysznic, założyłam ciepły, szary sweter i czarne legginsy. Stwierdziłam, że najlepiej będzie pójść do Mel dopiero po godzinie siódmej, choć i tak to pewnie zdecydowanie za wcześnie.
***
Ku memu zaskoczeniu, panna ADHD już od bladego świtu zniecierpliwiona wierciła się w boksie, przy okazji wyrywając swym donośnym rżeniem ze snu pozostałe konie. Rzecz jasna, przy zakładaniu czapraka, siodła i ogłowia, nie była w stanie wystać cierpliwie nawet kilku minut.
- Mel, spokój. - delikatnie poklepałam wierzchowca po szyi, jednak nie przyniosło to żadnego efektu, bo zamiast się uspokoić, zaczęła się kręcić jeszcze bardziej, niż wcześniej.
Dopiero kiedy wyjęłam smakołyki, udało mi się ją uspokoić na tyle, by przygotować klacz do jazdy. Najtrudniej poszło z wędzidłem, którego Melinda szczerze nienawidzi i zawsze usiłuje się go za wszelką cenę pozbyć, ale i z tym jakoś dałyśmy sobie radę. „Wystrojona” w eleganckie, czarne siodło, uzdę w tym samym kolorze i gruby, niebieski czaprak, Meli grzecznie podążyła za mną w stronę wyjścia.
***
- Mel, spokój. - lekko pociągnęłam za wodze, aby skorygować zachowanie klaczy, gdy ta znowu zaczęła zbaczać z trasy; jednakże to tylko pogorszyło sprawę, bo zwierzę, zamiast się uspokoić, zaczęło jeszcze bardziej panikować.
Uniósłszy przednie kopyta ku górze, kara klacz stanęła dęba, w jednej chwili zrzucając mnie ze swego grzbietu. Padłam na twardą glebę.
- No super... I my mamy startować w wyścigu, tak? - warknęłam sama do siebie i powoli podniosłam się z ziemi, otrzepując pokryte śniegiem spodnie, po czym skierowałam wzrok w stronę pobliskich drzew.
Ku memu zaskoczeniu, Melinda wcale nie odbiegła tak daleko. Czarna stała zaledwie kilka metrów dalej. Wyglądała na trochę zdezorientowaną. Przez moment, zastanawiałam się, jak powinnam się w tej sytuacji zachować. Z jednej strony miałam świadomość tego, iż nie mogę jej tutaj samej zostawić; z drugiej zaś, jeśli podejdę bliżej, mogę łatwo ją spłoszyć.
- Mel... - zacmokałam w nadziei, że uda mi się ją do siebie przywołać, jednak klacz ani drgnęła - Chodź tutaj, no chodź...
Gdy tylko zrobiłam jeden, maleńki krok w jej stronę, Melinda odruchowo się cofnęła, kładąc uszy po sobie; co zasygnalizowało mi, że lepiej do niej nie podchodzić, przynajmniej na razie. Wyglądała na trochę zdenerwowaną. Przez długą chwilę, ciemne, okrągłe oczka lustrowały moją twarz.
- No, dobra. Koniec tego stania, chodź... - postanowiłam zaryzykować i powoli zbliżyłam się do zwierzęcia.
Dzieliły nas zaledwie 3-4 metry. Gdy znalazłam się wystarczająco blisko, ostrożnie wyciągnęłam rękę, aby chwycić wodze. Oczywiście, musiałby się stać cud, żebym ją złapała. Klacz poderwała się z miejsca, po czym zaczęła krążyć w podskokach koło mnie, parskając przy tym głośno, jakby drwiła z mej głupoty.
- Dobra, rób, co chcesz! - machnęłam ręką, odwróciwszy się na pięcie i pomaszerowałam przed siebie, nawet się nie oglądając.
Już kilka sekund później, moim krokom towarzyszył stukot kopyt, jednak ilekroć zerkałam za siebie, stworzenie raptownie przystawało. Ewidentnie, robienie mi na złość sprawiało jej sporo radochy. Szłam dalej, nie zważając na jakże specyficzne zachowania zwierzaka. Po chwili towarzyszące mi odgłosy ustały. Zaskoczona odwróciłam się, biegając wzrokiem po łące, ale nigdzie nie dostrzegłam klaczy. Nagle poczułam mocne pchnięcie w ramię, przez co znów omal nie wylądowałam na śniegu. Melinda zarżała triumfalnie, kłusując w tę i z powrotem. Brawo, Riley. Ale sobie mądrego konia wybrałaś. Kiedy zignorowałam jej zaczepki, znów zapanowała cisza. Po chwili poczułam, że coś o gorącym oddechu ściąga mi czapkę z głowy, cicho przy tym pomlaskując.
- Ej, ej! Zostaw... - szybko chwyciłam nakrycie głowy.
Jeszcze tego brakowało, żeby chapnęła moją czapkę.
- Wybacz, to nie nadaje się do konsumpcji... - chyba Mel miała na ten temat inne zdanie, ale koniec końców udało mi się bezproblemowo wyjąć czapkę z jej pyska.
Korzystając z tego, iż klacz stanęła na tyle blisko, bym mogła ją złapać, wzięłam w dłoń wodze. Ku memu zaskoczeniu, wierzchowiec wcale nie miał zamiaru uciekać. Jeszcze przed chwilą, zdawało mi się, że ten mały diabełek nie da za wygraną, a tu proszę. To ci niespodzianka. Niepewnie położyłam dłoń na chrapie stworzenia, na co Meli parsknęła z zadowoleniem i zaczęła wąchać moje włosy. Rzecz jasna nie powstrzymałam się od śmiechu. Jeszcze jej nie znałam od tej strony. Jej spojrzenie stało się takie spokojne i pokorne. Aż trudno uwierzyć, że kiedykolwiek mogłaby wywijać takie numery. Co prawda, od samego początku pozwalała się głaskać, ale dotychczas nie była zbyt wylewna w okazywaniu uczuć. Nie wytrzymałam i w końcu przytuliłam wielki, czarny łeb do siebie. Wsiadłszy znów na grzbiet spokojnej już Meli, pokierowałam ją na leśną ścieżkę. Wkrótce jednak i tak zboczyłyśmy nieco z drogi i pozwoliłam Melindzie pogalopować w stronę pobliskiego wzgórza. Warto od czasu do czasu wprowadzać jakieś zmiany w treningach, zwłaszcza że ostatnimi czasy, lekcje na terenie akademii, zwykle odbywają się w zamkniętej hali, a tam raczej konie nie mają możliwości porządnie rozruszać mięśni. Pokierowałam klacz kłusem między drzewa, tak aby zaczęła chodzić slalomem, po czym na samym końcu trasy, wykonałyśmy niewielką ósemkę dookoła sosen. Z racji tego, iż ani ja, ani Meli, nie chciałyśmy jeszcze wracać do akademii, udałyśmy się dalej, w sam głąb puszczy. Niedługo potem, znalazłyśmy się na niewielkim, piaszczystym wzniesieniu. Muszę przyznać, widok stamtąd był nieziemski! Nic więc dziwnego, że moja ręka mimowolnie powędrowała do torby po aparat. Zsiadłszy z konia, przypięłam czarnej uwiąz, który następnie przywiązałam do pobliskiego drzewa. Co prawda, już parokrotnie puszczałam ją bez liny na łące, ale tutaj wolę dmuchać na zimne, zwłaszcza po dzisiejszej sytuacji, a że nie znam dobrze tego terenu, to gdyby Mel uciekła, raczej miałabym niewielkie szanse na jej złapanie. Gdyby nie ten ostatni incydent z watahą wilków, pewnie wciąż odwiedzałabym brzeg jeziorka. Jak znam życie, spodobałoby się jej tam. Cóż, może kiedyś.
***
Dotarłszy do akademii, postanowiłam odprowadzić Melindę do stajni. Rzecz jasna nie obyło się bez przystawania przy innych koniach (zaglądała praktycznie do każdego mijanego boksu).
- Cześć, Riley. - za moimi plecami odezwał się wesoły głos Ady.
- Hej... - odwzajemniłam jej uśmiech - Trochę czasu nam zajęła ta cała „przejażdżka”, jeśli w ogóle można to tak nazwać... - zachichotałam, wprowadzając karą klacz do boksu - Ta wariatka zawsze zaserwuje mi jakieś wrażenia...
- A co? Coś się stało? - dopytywała się Ada.
- Nie, nie, znaczy się... Em, później ci powiem. - westchnęłam, spoglądając na Meli, która stała w kącie boksu, powoli przeżuwając paszę - A ta pani, to już chyba wreszcie się zmęczyła, podobnie jak ja... - poprawiłam szalik, po czym zwróciłam się do dziewczyny - Masz coś teraz do roboty? Jeśli nie, to możemy iść do mnie. Dziś jest fajny film w TV.
***
No i w końcu, nadszedł ten dzień - dzień wyścigu. Zdążyłam już wszystko dokładnie uzgodnić z panią Rose, łącznie z transportem Melindy. Biegłam przez korytarz, zerkając jednocześnie na zegarek. Jak zwykle, moje wyczucie czasu pozostawiało wiele do życzenia. Niespodziewanie zderzyłam się z kimś.
- Ojej, przepraszam... - stęknęłam, spoglądając na osobę, którą dane mi było przewrócić - Bell? To ty?
- No ja... - uśmiechnął się, nadal trochę zaskoczony.
- Dlaczego większość naszych powitań, musi odbywać się właśnie w taki sposób? - zerknęłam zarumieniona na chłopaka, kiedy pomagał mi wstać.
- Szedłem tyłem do ciebie. Jakim cudem mnie nie zauważyłaś? - zdziwił się nieco Bellamy.
- Zamyśliłam się... A czemu ty mnie nie usłyszałeś? - odbiłam piłeczkę, przewróciwszy figlarnie oczyma i odgarnęłam z czoła chłopaka ciemne, kręcone kosmyki - Obydwoje powinniśmy przyciąć sobie włosy, bo opadają nam do oczu.
- Cóż, najwyżej będziemy ślepi... - zażartował chłopak, na co oboje wybuchliśmy głośnym śmiechem, który niestety, po chwili byliśmy zmuszeni powstrzymać, bo ktoś zmierzał korytarzem w naszą stronę.
- Muszę już iść, bo nie zdążę dojechać na zawody... - zerknęłam tylko na zegarek, przerażona godziną, którą właśnie wskazywało urządzenie - Pa... - cmoknęłam bruneta w policzek i pognałam w stronę wyjścia.
- Pa, będę wam kibicować! - usłyszałam tylko głos za swoimi plecami, ale czas naglił i niestety nie mogłam już się zatrzymać.
***
Dotarłszy na miejsce, wyprowadziłam Meli z przyczepy i zajęłam się jej grzywą i ogonem, które mimo wczorajszej pielęgnacji, znów były całe skołtunione, a następnie nałożyłam na jej grzbiet elegancki, zielony czaprak, skórzane, czarne siodło i uzdę w tym samym kolorze.
- Powitajmy wielkimi oklaskami kolejną zawodniczkę - Esmeraldę Müller na Jaskółce - z głośników rozległ się radosny okrzyk.
Esma uśmiechnęła się lekko, przygotowując klacz do startu.
- I ostatnia zawodniczka, powitajmy Riley Black na koniu imieniem Melinda!
Na znak wierzchowce ruszyły pędem przed siebie. Początkowo, wraz z dwoma innymi zawodnikami, zostałyśmy z czarną daleko w tyle, ale nie zniechęciło nas to ani trochę. Wręcz przeciwnie - Meli aż rwała się do biegu. Z każdym, kolejnym metrem jej kopyta coraz lżej odbijały się od podłoża, przez co klacz biegła z niewiarygodną lekkością. Jednocześnie jej wzrok był skoncentrowany na drodze. W pewnej chwili zaczęła zerkać na mijającego nas wierzchowca, jednak moja szybka reakcja, pozwoliła jej znów skupić się na jeździe.
- Dalej Mel, dasz radę! - popędziłam klacz, która momentalnie przyspieszyła.
Udało nam się wyprzedzić dwa konie, dzięki czemu znalazłyśmy się zaraz za Esmą i Jaskółką, jednak daleko przed nami, wciąż znajdował się inny zawodnik. Widziałam, że Melinda daje z siebie wszystko. Jeszcze nigdy nie biegła tak szybko, jak teraz. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile ma w sobie siły. Gnała przed siebie, nie zważając na zmęczenie, które z pewnością jej teraz towarzyszyło. Prędkość, stukot kopyt, przyspieszony oddech, dźwięczne bicie serca, złączyły się w jedność, tworząc harmonijną całość, niczym dolina, wiatr i drzewa. Zamknęłam oczy, zaciskając wodze w dłoniach, gdy wraz z Esmą i innym zawodnikiem, znaleźliśmy się zaledwie kilka metrów od samej mety.

wtorek, 13 lutego 2018

Od Riley C.D Williama

Obudziły mnie cienkie promienie słońca, przedzierające się przez zasłony. Przetarłszy twarz, przez następne paręnaście sekund siedziałam na łóżku, starając się rozbudzić, po czym zerknęłam zaspana na zegarek. Dochodziła dziewiąta. W sumie miałam wstać dopiero godzinę później, ale skoro już nie śpię, to chyba nie ma sensu leżeć dalej, tym bardziej że dzisiejszy dzień zapowiada się wyjątkowo dobrze. Ranek mijał mi dość spokojnie. Zaraz po szybkim prysznicu i śniadaniu, postanowiłam zajrzeć do Mel. Wypadałoby ją oporządzić przed treningiem. Wolnym krokiem opuściłam swój pokój, kierując się korytarzem w stronę wyjścia, a następnie do paszarni. Z racji tego, że było mi po drodze, przy okazji zahaczyłam o stajnie z końmi do dzierżawy. Dawno nie zaglądałam do Dancing Stara i chciałam zobaczyć, jak się miewa. Srokacz stał grzecznie w swoim boksie, jednak na mój widok od razu się ożywił.
- Cześć, kochany... - uśmiechnęłam się do wałacha, podając mu marchewkowe ciasteczko, które zwierzę pochłonęło w błyskawicznym tempie - Nawet nie wiesz jak miło cię znowu zobaczyć.
Niespodziewanie usłyszałam głośny stukot końskich kopyt. Odwróciwszy wzrok, dostrzegłam sporego gniadosza przy wejściu. Ogier wparadował do środka, zatrzymując się raptownie przy jednym z boksów. Zaraz za nim wbiegł jakiś chłopak, wymachując nerwowo rękoma. Jakbym widziała siebie i Melindę, podczas naszych pierwszych treningów...
- Co ten koń tu robi? Nowy? - właściwie, to nie mam zwyczaju tak się wszystkich czepiać (przynajmniej nie w takich sprawach), aczkolwiek był to jedyny temat, jaki przyszedł mi do głowy i którym mogłabym zacząć rozmowę.
- Nie... - nieznajomy tylko podrapał się po szyi, a na jego twarzy wciąż malowało się zakłopotanie - To mój koń. - dodał po chwili, spoglądając z politowaniem na ogiera. Postanowiłam więcej nie komentować tego całego zajścia, zwłaszcza że do osób ogarniętych w kwestii pilnowania koni, też się raczej nie zaliczam (choć w przypadku niektórych wierzchowców słowo "pilnowanie" graniczy wręcz z cudem, bo i tak prędzej czy później wykombinują jak wydostać się z boksu). Tak czy siak, chłopak wyglądał na trochę zażenowanego obecną sytuacją.
- Całkiem niebrzydki. - stwierdziłam z lekkim uśmiechem na twarzy, obserwując gniadosza - Jak ma na imię?
- Whisphers... - odparł nowy znajomy, zerkając na mnie podejrzliwie - A ty jesteś...?
- Oj, wybacz. Riley... - szybko podałam mu rękę.
Z tego wszystkiego nawet się sobie nie przedstawiliśmy.
- Will. - chłopak odwzajemnił mój uśmiech - Przepraszam, ale muszę go odprowadzić do stajni prywatnej...
- Okey... - skinęłam głową - W sumie to też tam idę. Muszę przygotować Mel na trening.

Will?

sobota, 10 lutego 2018

Od Naomi - Regionalne Zawody w Ujeżdżeniu w Novigradzie (L)

- A ujeżdżenie? Jesteś w tym dobra! - zapewnił pan James, wskazując na grafik przedstawiający terminy zawodów.
- Wiem. Ale mam szalenie dużo problemów związanych z takimi startami. Choćby, jakiego konia mogłabym wziąć? - odbiłam piłeczkę, choć szczerze mówiąc i mnie kusiła opcja wyjazdu na taką rozgrywkę. Mimo iż preferowałam skoki, decyzja o kupnie Soir mówiła jasno, że ta dyscyplina jest mi również bliska. - Nie, nie ma mowy o jeździe na stajennych. Storm ostatnio podobno zaliczył podbicie, a Szafir... Nienawidzę luzytanów i koniec kropka.
- A może Expresso? Wyniosła, humorzasta klacz, typowa kobyła, ale jak przekonasz ją do współpracy, osiągniesz cuda. Super się koncentruje i jest niezwykle impulsywna - zaproponował Rose, ale widząc moje znaczące spojrzenie, dodał. - Obecnie w lekkim treningu, ale masz jeszcze trochę czasu. Obniżę ci ceny za jazdy prywatne i zorganizuję jakieś dodatkowe treningi. Zgoda?
Nie mówiąc już o tym, jak wygląda rozmowa z moim nauczycielem.
- Dobrze, zgoda - westchnęłam, podpisując plik kartek. Wiedziałam znakomicie, iż właściciel akademii zbiera sobie w ten sposób reprezentantów, którymi później może się chwalić chociażby w wyższych sferach jeździeckich. Pokusa jednak była zbyt silna, by mogła nie zwyciężyć.
- Ktoś bierze udział w L-ce, ujeżdżenie? - zapytałam po wyjściu z gabinetu, jak się okazało niezwykle trafnie. Z tłumu wyłoniła się tak dobrze znana mi osóbka.
- Tak, ja! - krzyknęła tęczowowłosa, wyciągając w górę rękę. Uśmiechnęłam się tryumfalnie. Może jednak sensownie podpisałam te papiery.
- Super, ogarniemy to razem - mruknęłam na znak zadowolenia. - Na Desert? - upewniłam się po chwili.
- Tak. A ty? Przecież nie masz w posiadaniu sprawnego, ujeżdżeniowego konia...
- A uwierzysz, że coś znalazłam w akademii? Expresso la Crouset, stoi w stajni do dzierżawy. Jeszcze trochę poczeka, ale w tym czasie trochę się z nią pobawię, mówię Ci, jeszcze tłumy się za nią będą ustawiać, kiedy skończę - zaśmiałam się głośno, na co przyjaciółka odpowiedziała mi dokładnie taką samą reakcją.
- Myślę, że z nią nie będzie tak łatwo, jak sobie wydajesz. Trudny koń, jeździłam na niej pół roku temu i ta tępa kobyła z uporem przeciwstawiała się działaniu moich pomocy - mruknęła Esmeralda. I miała, jak się później okazało, świętą rację.
***
Podciągnęłam popręg, a Czajnik kłapnęła mi zębami koło ucha. Przed ostatnimi trzema jazdami na niej stanowczo wyraziłam swoją opinię na temat takich zachowań, ale widocznie nie osiągnęłam nic.
- Nie, Imbryku, nie wolno - postanowiłam powtórzyć po raz trzeci, a klacz urażona wyniośle parsknęła. Nie mogła się więc przynajmniej wybronić, iż nie reagowała na nadaną przeze mnie ksywkę - Czajnik od ekspresa do kawy, poza tym moja nowa podopieczna świszczała, gotowała się i bulgotała zupełnie jak ten kuchenny przedmiot.
Okazało się, że powinnam była zważyć na słowa Esmy i czym prędzej zmienić konia. Expresso była koniem, z którym o współpracę trudno, szczególnie w początkowych chwilach. I to nawet nie chodziło o rzeczy ważne na wyższych klasach - normalne porozumienie się, klacz po najmniejszym ruchu pędziła jak pendolino, spinając się do granic możliwości, nadymała się, charczała i zipała. Rzadko przypadała mi jazda na klaczach, które były w porównaniu do ogierów okropnie skomplikowane, poza tym równie incydentalnie objeżdżałam rumaki aż tak wrażliwe. Ale czy musiało być aż tak? Jak na razie pozostało mi się tylko bać nadchodzących zawodów.
Odbiłam się od ziemi, by miękko wylądować w wygodnym, ujeżdżeniowym siodle. Następnie odpowiednio zebrałam wodze i musnęłam boki klaczy. Wystartowała z godną podziwu szybkością jak na wierzchowca nierozgrzanego i jednocześnie zaprzeczyła znanej wszystkim intencji rozluźnienia konia na początkowych etapach jazdy - efekt był porównywalny z kopnięciem prądem. Dopiero po paru chwilach udało mi się ją przekonać do spokojniejszego stępa w niskim ustawieniu, który i tak w żadnym stopniu nie dorównywał luzackiego chodu mojego Pędzla czy nawet Szczurzego.
Szybko zdecydowałam się poświęcić ten trening wyłącznie pracą nad rozprężeniem i harmonii. Kiedy pierwszy raz wsiadałam na Imbryczek, podejrzewałam już, że kilka jazd z nią będę musiała oddać takiemu celowi, ale obecnie zamierzałam przeznaczyć na to prawie połowę lekcji. Po prostu te spięcie utrudniało kontakt i zasłaniało umiejętności klaczy do tego stopnia, że czułam się zobowiązana przynajmniej w większości je wyeliminować.
Po skończonej pracy zsunęłam się z siodła i lekko opadłam na piasek. Efekt był dobry w zestawieniu z początkiem, ale i tak niezadowalający. Czajnik rzecz jasna od razu domagała się smakołyków, ale cierpliwie poczekałam i wyciągnęłam dłoń z przysmakiem dopiero wtedy, kiedy już skończyła szarżę.
- Nie wiem, kto przedtem Ciebie jeździł, ale strasznie nadużywał takich nagród. Nie chcę klaczy agresywnej, i ty, Czarnulko, dobrze o tym wiesz - stwierdziłam stanowczo. Potem zabrałam się za podciągnięcie strzemion i puszczenie popręgu, by w końcu zdjąć z karej szyi wodze, po czym skierować się do stajni.
Odstawiłam do boksu oderkowanego wierzchowca, sprzęt odniosłam do siodlarni, postanowiłam jeszcze dzisiaj pójść żebrać o jazdy w domu kadry. Wynik okazał się być bardzo sprzyjający - zarezerwowałam jeszcze 2 treningi pod okiem instruktora w tym tygodniu, a przecież była już środa. Zadowolona, ale nielitościwie zmęczona (miałam w końcu przygotować do rywalizacji nie tylko Expresso!) udałam się do akademika.
***
- Halo, pobuudka! - obudził mnie donośny głos Esmy. Warknęłam rozeźlona, ale w końcu przypomniałam sobie o dzisiejszych zawodach. Tych, których tak bardzo się obawiałam ze względu na niezbyt przygotowanego Czajnika. Wczoraj co prawda chodziła naprawdę przyzwoicie, ale i tak bałam się, iż na konkursie nie pójdzie nam zupełnie, albo, co gorsza - upokorzę się przed widownią w jakiś parszywy sposób. Przeciągnęłam się powoli, wydając charakterystyczne dla mnie przy tej czynności dźwięki, po czym ospale zsunęłam nogi na podłogę w poszukiwaniu seledynowych kapci. Gdy tylko znalazłam je pod łóżkiem, posunęłam się do łazienki.

- PUŚCIE COŚ MOCNEGO! - Esma widocznie już nie mogła wytrzymać w rytmie rocka. Pan Gilbert zjechał ją wzrokiem, ale pani Rose dodała:
- Masz szczęście, że lubię takie rzeczy.
Ledwo powstrzymałam się od parsknięcia głośnym śmiechem, w końcu wyobrażenie Elizabeth choćby na koncercie metalcore rozbawiało do łez. Po chwili auto rozbrzmiewało którymś z ulubionych zespołów tęczowowłosej.
- Kiedy dotrzemy? - spróbowałam przekrzyczeć głośną muzykę. Jedyne, co na ten temat było mi wiadomo, to fakt, iż 15 minut temu minęliśmy Vabrigę. Dziwne, przecież dojazd no Novigradu miał być wyjątkowo krótki.
- Widzisz te zabudowania w oddali? To właśnie jest ta stajnia - wskazał Gilbert. Ucieszyłam się na samą myśl, iż już prawie dojechaliśmy. Na moją twarz szybko jednak wtargnął niepokój.
Szybko wyskoczyłam z samochodu i zajrzałam do przyczepy - obie klacze były na szczęście w dobrym stanie. Jako że wypakowaniem koni miały się zająć inne osoby, poprosiłam Esmę o podanie Karej odpowiedniej paszy i poszłam spróbować ogarnąć tereny stadniny, a przynajmniej te, które były mi w istocie potrzebne.
Po dokładnym przejrzeniu tablicy informacyjnej wróciłam do budynku, gdzie przebywała moja podopieczna - musiałam długo błądzić po boksach, żeby ją odnaleźć.
- Cześć, Imbryk - pogładziłam klacz po chrapach, co przyjęła z wielką wyniosłością. - Po prostu potraktuj te zawody jako zabawę, okej?
Mówiłam tak pewnie dlatego, że tego samego nie udało mi się wbić do własnej głowy. To tylko L-ka, ale jednak nie aż tak łatwa, jak przystało na najniższą klasę zawodów. Odgoniłam jednak złe myśli i przymusiłam się do oddania się wykonywaniu zabiegów pielęgnacyjnych. Czas płynął w końcu nieubłaganie.
Solarium było jeszcze wolne, dlategoż szybko wprowadziłam do niego klacz. Zmoczyłam czarną sierść wodą i dokładnie wtarłam szampon - zazwyczaj używam zwykłego szarego mydła, lecz na zawody trzymam specjalny, sprawdzony specyfik. Grzywę i ogon potraktowałam innym środkiem, lecz z równą uwagą. Następnie skrupulatnie opłukałam całe ciało rumaka.
Jako że do myjki ciągnęły już tłumy, niedługo po ściągnięciu wody i obsuszeniu Karej zwolniłam miejsce. W boksie po odczekaniu kilku krótkich chwil wzięłam się za następne czynności - rozczesałam jedwabiste, dłuższe włosie. Grzywę zaplotłam w całkiem zgrabne koreczki, choć sporo było z tym kłopotów, nie była ona bowiem przerywana. Z ogonem obeszłam się tak tylko u góry, mimo dobrej pielęgnacji był dość lichy. Na koniec wysmarowałam małe kopytka. Tak przygotowaną Czajnik można było spokojnie odstawić do siodłania.
Wpierw jednak udałam się do pokoju przygotowanego dla zawodników, by się przebrać. Czarny, ujeżdżeniowy frak, koszula z mankietami, biały plastron, alabastrowe bryczesy i tego samego koloru rękawiczki, krucze, wypastowane oficerki i na końcu czarny kask wchodziły w skład stroju tejże dyscypliny i szybko znalazły się na moim ciele. Chwyciłam jeszcze długi palcat ujeżdżeniowy. Dopiero wtedy poszłam po przygotowany wcześniej sprzęt jeździecki.
Derkę w kratkę zamienił biały czaprak, na który nałożyłam czyściutkie, krucze siodło. Dopięłam popręg z futerkiem i założyłam na głowę kobyły ogłowie z nachrapnikiem szwedzkim i wędzidłem pojedynczo łamanym. Jeszcze raz przyjrzałam się klaczy, ale słysząc przez głośniki ponaglanie prowadzącego, zdjęłam wodze i udałam się już na dziedziniec przed halą.
Udało mi się jeszcze raz szybko powtórzyć program. Potem czasu było już za mało, ze schodków wsiadłam na rozemocjonowanego konia i poprowadziłam go na plac ćwiczebny.
- Szczęścia! - usłyszałam za sobą głos Gilberta. Burknęłam coś w odpowiedzi, układając sobie w głowie plan rozgrzewki. Czasu miałam naprawdę niewiele, bo startowałam jako trzecia, jeszcze przed Esmą. Po szybkim rozprężeniu we wszystkich chodach usłyszałam urywki zdania:
- Herbert Johanson na koniu Welma... startu przygotuje się zawodnik numer 3!
Zmroziło mi krew w żyłach, a klacz automatycznie się spięła. W stresie, powtarzając w myślach cały program i krótkie zdanie "Uda ci się!", które raczej i tak było ubogie w skutkach, podeszłam Imbrykiem do wejścia na halę i ruszyłam stępem na czworobok. Jakiś zawodnik, chyba owy Hebert, minął mnie, mrugając porozumiewawczo okiem. Musnęłam klacz łydkami i wypchnęłam dosiadem, by ta ruszyła kłusem roboczym. Jak się niestety spodziewałam, udzieliło jej się poddenerwowanie, ale kiedy wyjechałyśmy z A prosto przed siebie, udało mi się w miarę przyzwoicie ogarnąć chód.
- Teraz zaprezentuje się Naomi Sullivan na koniu Expresso! - powiedział tymczasem głos z głośników. W X znowu mocniej użyłam dosiadu, zatrzymałam Czajnik i wykonałam charakterystyczny ukłon. Ledwo uniosłam górne partie ciała z powrotem, zdenerwowana holenderka sama ruszyła ponownie. W odcinku do C uspokoiłam kłusa, a w samej literze zgrabnie skręciłam w prawo. Spięta Imbryk co chwilę wydłużała wykrok, ale na szczęście opanowałam już nerwy, poprawiłam postawę i przed kolejnym zakrętem chód stał się lekki oraz rytmiczny. W B kolejny raz pojechałam w prawo, a na X zrobiłam dwa kształtne koła - najpierw w prawo, potem w lewo - pamiętając o aktywnej, rytmicznej jeździe do przodu i pilnując odpowiedniego zgięcia. Po dotarciu do E znowu skręciłam, teraz jednak w lewo. Tuż po zakręcie i ciągu 3 krótkich półparadek, między K a A, zewnętrzną łydkę cofnęłam za popręg i obiema zadziałałam, napięłam wewnętrzną wodzę, wypchnęłam biodrami i lekko oddałam wodze, co dało mi bardzo ładne przejście do galopu. Zaokrągliłam chód i w A zrobiłam ładne, równe koło. Całą następną ścianę do R przejechałam rytmicznym, okrągłym galopem ze zaangażowanym zadem (to właśnie wychodziło Czajniczek najlepiej), później dosiadem i ręką na nowo wywołałam kłus. W H zaczęłam anglezowanie na dobrą nogę, a idealnie w X ją zmieniłam. Po skończeniu przekątnej kolejny raz usiadłam mocno w siodło, przygotowując klacz do zmiany tempa na niższy chód. Tuż przed A przeszłam do stępa.
Wężyk KXH przejechałam swobodnym chodem, bardziej oddając klaczy wodze. Niestety, i tak nie udało mi się do końca rozładować jej spięcia i poddenerwowania. W H ponownie zebrałam do normalnego kontaktu, a blisko C ruszyłam kłusem roboczym. Koło w B było jeszcze elementem swobodnym, gdzie miałam wykonać żucie z ręki - udało się całkiem przyzwoicie jak na Karą, ale raczej średnio w porównaniu z innymi przejazdami. Po nabraniu wodzy przygotowałam moją podopieczną do kolejnego przejścia, jakim było zagalopowanie. Tuż po F powtórzyłyśmy więc osiągnięty już przedtem element, wyszedł równie nieźle. Od razu zaokrągliłam i zaangażowałam chód. W E wyjechałam natomiast koło w prawo, kolejny raz pilnując zgięcia. S kończyło galop w naszym przejeździe, harmonijnie przeszłam do kłusa.
Tuż obok M zaczęłam anglezować, by w X zmienić nogę. Mimowolnie uśmiechałam się już na myśl, że to już prawie koniec przejazdu, a nie popełniłam żadnej poważnej gafy w środku, całość wyszła nader składnie i w sumie tak, jak należy. Nie odeszłam oczywiście od rzeczywistości, dalej pilnując dobrego tempa i rytmu, skręciłam na środek w A i zatrzymałam klacz w X. Drugi raz ukłoniłam się, a z trybun uniosły się całkiem donośne brawa. Klacz spięła się trochę, ale kiedy dałam jej luźną wodzę, zaczęłam w stępie klepać po łopatkach i chwalić, prowadząc do A, chyba zrozumiała, że odegrała kawał dobrej roboty.
- Wiesz co? Chyba jednak pojadę z tobą tą P - stwierdziłam do Expresso, kiedy już za ujeżdżalnią zsunęłam się z jej grzbietu i wyciągnęłam przed jej nos smaczek - Ale nie myśl, że nie będziesz musiała się rozluźniać! Jasne, i wprowadzę więcej terenów, może to ci pomoże.
- Fajnie ci poszło! - do rozmowy wtrącił się James i tym samym skutecznie odwrócił moją uwagę od chrupiącej marchewkę klaczy. - To co, jedziesz wyższą klasę?
- Zobaczymy jeszcze wyniki. Ale myślę, że tak.
Rose uśmiechnął się cwaniacko i odszedł dalej. Pozostało mi więc tylko czekać na wyniki.