wtorek, 29 stycznia 2019

Od Dakoty C.D Riley

- A więc, co chcielibyście zobaczyć? Stajnie, krytą halę, a może zrobimy sobie mały wypad w teren? Mamy w pobliżu całkiem ładne jeziorko... - wysunęła propozycję Riley. Spojrzał na mnie zmieszany Felix.
- To może stajnie, a potem przejażdżka? - zaproponowałem. Riley nie musi wiedzieć o moim problemie. Widziałem zaskoczenie na twarzy brata. Później mu wyjaśnię. Cała nasza trójka ruszyła do stajni. Później pokazała nam konie, na których mieliśmy jechać w teren. Mnie trafiła się Lemon. Była uderzająco podobna do Aarona, co jeszcze bardziej zniechęciło mnie do jazdy, ale nie pozwoliłem sobie tego po mnie poznać. Wcześniej Riley pomogła mi przynieść sprzęt dla owej klaczy, a teraz na spokojnie ją czyściłem. Niedługo po tym ruszyliśmy na przejażdżkę. Nie powiem, było, to całkiem relaksujące galopując przez ścieżki pokryte białym puchem i wsłuchując się w dudnienie kopyt. Jednak i tak nic nie zmieni mojego zdania co do jazdy.Przejeżdżaliśmy jeszcze przez las, który jak się później okazało, prowadził prosto do akademii. Gdy wróciliśmy do stajni, zaczęliśmy oporządzać mokre rumaki.
- Mam coś jeszcze do załatwienia. Dzięki za jazdę. Widzimy się później! - powiedział Felix, pośpiesznie wychodząc ze stajni. Nie mam pojęcia, jak on tak szybko uporał się z tym. Moją pierwszą myślą, kiedy w końcu razem z Riley skończyliśmy robotę i odstawiliśmy klacze do boksu, było to, by pójść do pokoju i zacząć ogarniać temat jak wydostać się z akademii. Nie miałem zamiaru zagrzać tu długo.
- Hej, Dakota. Chciałbyś może na herbatę? Mam też ciasteczka... - zaproponowała Riley.
- Uh, wiesz co? Jestem trochę nie w humorze na babskie pogadanki, może innym razem? - próbowałem się wymigać, jednak jest to trudne, gdy ktoś robi maślane oczy, przy okazji kusząc cię słodyczami.
- Proszeeę, tylko na chwilę! Chciałabym cię lepiej poznać — błagała dziewczyna. Poznawanie kogoś nowego całkowicie mijało się z moim celem. Im mniej osób wiedziało, że jestem tym większa szansa była na to, że się z tond urwie.
- Tylko ten jeden raz — uległem błaganiom Riley i ruszyłem za nią. Stojąc już przy drzwiach, zaczęła nerwowo przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu klucza, oczywiście znajdując przy okazji milion niepotrzebnych rzeczy. Trochę byłem zniecierpliwiony, bo każda kolejna minuta stania tutaj oznaczała mniej czasu na plan.
- Przepraszam, że tak długo mi zajęło to, ale ten klucz najwidoczniej mnie nie lubi — powiedziała zawstydzona dziewczyna, otwierając mi drzwi. Mimowolnie uśmiechnąłem się.
- Czego się napijesz? Kawa, herbata, sok? - spytała, idąc do kuchni.
- Może być herbata. - odparłem, rozglądając się po pokoju. Kątem oka zauważyłem półkę pełną...mang? Czyżby Otaku?
- Lubisz mangę...? - spytałem, zaciekawiony przeglądając kolekcję.
- Wiem, nieduża kolekcja, ale większość czytam przez internet, niektóre tomy trudno dostać, a nawet jeśli, to zazwyczaj za kosmiczną cenę. - wytłumaczyła się. Podeszła do blatu z dwoma kubkami pełnych po brzegi gorącej herbaty.
- Zgaduję, że też przepadasz za animcami? - dodała.
- Czasem coś tam obejrzę, poczytam lub pójdę na konwent. - powiedziałem, uśmiechając się.
- Chodzisz na konwenty? A robisz cosplaye? - spytała z iskierką nadziei w oczach.
- Powiedzmy, że za coś tam się przebierałem, ale nic spektakularnego — odpowiedziałem zawstydzony.
- Masz zdjęcia, prawda ? - popatrzyła na mnie z tym uśmiechem dziecka, co dostało wymarzony prezent pod choinkę.
- Tak? - wiedziałem, że teraz mam przekichane, jeżeli jej je pokaże. Wzrok Riley mówił wszystko. Pokaż zdjęcia albo zginiesz. Z niechęcią wyciągnąłem telefon z bluzy i go odblokowałem.
- Masz i naciesz swoje oczy — powiedziałem, podając jej telefon już z włączonym zdjęciem.Na jej twarzy zawitał uśmiech.
- Lubisz yaoi? - oddała mi telefon. Zaczerwieniłem się. CZY JA WŁAŚNIE DAŁEM JEJ ZŁE ZDJĘCIE?!?
- Eee...uhh, ja...ten...no — nie wiedziałem jak to zacząć.
- Spoko, nie mam nic przeciwko gejom i yaoi — uśmiechnęła się dwuznacznie.
- N-nie wiedziałem co to była za postać, Felix kazał mi się przebrać — dodałem.
- Czyli twój brat je... -
- Ta, dlatego często jego partnerzy mylą mnie z nim — powiedziałem zrezygnowany.
- Haha, a to ci dopiero. Ty to masz farta co? - zaśmiała się.
- Ta, po prostu świetnie. Może zmienimy temat? Robi się trochę, niezręcznie... Przynajmniej dla mnie — nie mam ochoty o tym gadać.

Riley? (sry, że coś mi 2 miechy zajęło dopisanie default smiley xd)

638 słów

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Od Any C.D Camille'a

Śledziłam uważnie reakcje Camille'a na tą pierwszą łyżkę niezachęcającej substancji, którą kucharki nazwały zupą. Gdy tylko zniknęła w jego ustach, skrzywił się, jednak zaraz nabrał kolejną porcję.
- Pachnie gorzej, niż smakuje - zawyrokował, przyglądając się w pełnym skupieniu zawartości łyżki. - Chociaż naprawdę nie wiem, czym jest breja, która pływa w tej zupie.
Zaryzykowałam i spróbowałam podanego nam dania. Jednak mi nie przypadł aż tak do gustu, jak mojemu współlokatorowi. Cudem powstrzymałam odruch wyplucia zupy z powrotem do talerza.
- Co to, do cholery, jest?!
- Po namyśle stwierdzam, że chyba fasolowa - Camille wyłowił z talerza coś, co w istocie mogło być strąkiem fasoli. O ile ma się bujną wyobraźnię. - Ale mogę się mylić.
- Dlaczego ona jest słodka? - spojrzałam krzywo na talerz i ostatecznie zrezygnowałam z dokończenia pierwszego dania, a okropny smak zapiłam kompotem.
- Może taka była idea...? - zastanowił się chłopak.
- Może powinnam się podłożyć, żeby znowu dostać karny dyżur w stołówce? Wyświadczyłabym wszystkim przysługę - zastanowiłam się, wyglądając zamyślona przez okno.
- Znowu? - Camille spojrzał na mnie nieco zaskoczony.
- Opiekunom akademika nie podoba się idea jazdy na rolkach po korytarzach - wzruszyłam ramionami.
Kilka minut później koło naszego stolika pojawiła się ta sama kelnerka, tym razem z drugim daniem. Już z daleka rozpoznałam znienawidzone pulpety.
- Zmiana planów, Camille - orzekłam, dopijając kompot. - Mamy kilka sekund na ucieczkę, albo kaplica...

Camille?

213 słów

Od Camille'a C.D Any

- Aj, co ty masz do tych pulpetów? - zażartowałem.
Oczywiście zdawałem sobie sprawę z tego, że nie należały one do jedzenia z wyższej półki ani nie odznaczały się wykwintnym smakiem godnym restauracji. Szczerze mówiąc, jedzenie na stołówce było jedną z tych rzeczy, których obawiałem się najbardziej po przyjeździe tutaj.
- Uważaj, bo w pokoju zafunduję ci scones i dopiero będzie. - Zawtórowała mi pogodnym chichotem.
Skubana! Znała moje najbardziej znienawidzone ciastka szkockiego pochodzenia!
- Chodźmy na tę stołówkę, aby przekonać się, czy tym razem serwują coś, co zadowoli podniebienia nas obu - mruknąłem po chwili i zacząłem iść w stronę miejscowej świątyni jedzenia-niespodzianki, a Ana za mną.
Przy drzwiach przyjrzałem się zmiętolonej kartce. Kiedyś było to menu na dzień, ale to już przeszłość.
- Tamten rok? - powiedziałem cicho, przejeżdżając palcem po wyblakłych od zjawisk atmosferycznych literach.
- Stąd się raczej nie dowiemy, co zastaniemy w środku - stwierdziła Ana.
Momentalnie pociągnęła mnie za sobą na drugą stronę drzwi. Zajęliśmy miejsce przy oknie. Poszedłem do lady, żeby zameldować, że czekamy na dwie porcje obiadowe. Po drodze próbowałem zapuścić żurawia do talerzy innych obywateli, jednak było ich niewielu, a większość kończyła jedzenie, więc trudno było określić rodzaj serwowanego dzisiaj posiłku.
Wziąłem dwa kompoty malinowe i wróciłem do stolika.
- Zaraz przyniosą - mruknąłem i postawiłem jedną ze szklanek przed koleżanką.
Ona posmakowała czerwonego kompotu.
- Picie akurat podają niezłe - stwierdziła. - A co do smaku... Dzwoniłeś w święta z podziękowaniami za prezent, ale nie wspomniałeś na temat wrażeń twoich kubków smakowych. Wyszło zjadliwe?
Kiwnąłem głową, uśmiechając się.
- Książka pyszna. - Zaśmiałem się subtelnie, przekręcając w dłoniach szklankę. -A jedzenie sprawiło, że poczułem się jak w domu. Jak najbardziej dobry wybór! Dziękuję, teraz twarzą w twarz.
- Cieszę się, że smakowało - odparła.
Wtedy do stolika podeszła stołówkowa kelnerka z zupą. Skrzywiłem się, czując jej brzydki zapach.
- Co to za zupa? - spytała Ana.
Widziałem po jej gestach, że pierwszego wrażenia również nie wywarła na niej pozytywnego.
- Chyba zupa z trupa - parsknąłem i zamieszałem breję.
Nabrałem trochę na łyżkę. Powoli zbliżyłem ją do ust, a dziewczyna z niecierpliwością czekała na moje wrażenia z jedzenia tego czegoś.

Ana?

360 słów

niedziela, 20 stycznia 2019

Od Camille'a C.D Gai

Spojrzałem na bok klaczki. Przyjrzałem się brudowi i uniosłem brew, próbując udać fachowe spojrzenie.
- To da się zrobić. Zajmiesz się jedną ze stron, dobrze?- rzuciłem w stronę Gai i odszedłem na chwilę od boksu Kleopatry, aby dobyć mojego ekwipunku.
W jednej dłoni dzierżąc zgrzebło, w drugiej szczotkę miękką, wszedłem do boksu klaczki. Gaia już pracowicie uwijała się przy mniej usmarowanym na brązowo boku. Ja zacząłem od łopatki po przeciwnej stronie. Zająłem się zaklejkami z kategorii tych wyjątkowo upierdliwych przy likwidowaniu. Klacz była na początku trochę zdezorientowana, że nagle aż dwoje ludzi się przy niej kręciło. Zwykle też głaskałem konie i przemawiałem do nich w trakcie czyszczenia, lecz tym razem nie znalazłem czasu na sentymenty. Czyszczenie Kleopatry szło opornie. Gaia szybciej uporała się ze stroną, za którą była odpowiedzialna. Przeszła bliżej mnie, aby zacząć usuwać zaklejki bliżej zadu klaczy. Przez cały czas trwania zabiegu nie odezwaliśmy się ani słowem prócz krótkich ,,tam jeszcze" albo "szoruj szybciej". Żadnemu z nas nie nasunęło się pytanie, dlaczego właściwie wpadliśmy na siebie w stajni czy na jakie zajęcia szykujemy klacz. Ja miałem brać Ice Tea na trening crossowy z grupą, ale nie przypominałem sobie, żeby w poprzednim tygodniu w takim przedsięwzięciu uczestniczyła Gaia. Póki co zignorowałem kłębiące się domysły, oznajmiając, że zajmę się czyszczeniem kopyt. Myślę, że dalszych procesów przygotowawczych nie ma co opisywać. Warto wspomnieć o wyniku – niecałe dziesięć minut spóźnienia.
- Współpraca popłaca – Posłałem jej promienny uśmiech, pokazując godzinę na zegarku.
Gaia była już gotowa do wymarszu, ponieważ dzierżyła w dłoni wodze Kleopatry. Otworzyłem dla nich drzwi, a sam skierowałem się do boksu Ice Tea, która z niecierpliwością stukała kopytem w jego wejście. Była już praktycznie gotowa. Musiałem jedynie zarzucić na jej grzbiet siodło i też zapiąć popręg, co uczyniłem z wprawą. W tym czasie spostrzegłem, że Gaia się przygląda.
- Bym zapomniała... Awansowałam do grupy zaawansowanej – pochwaliła się. - Także trening mamy razem. Świetnie, nie?
Podniosłem głowę znad siodła Ice Tea.
- Gratuluję! Wierzyłem w ciebie! - Rozpromieniłem się, kiedy moje wątpliwości uległy rozwianiu. - Myślę jednak, że to nie czas na długą sielankę. Zmierzajmy na miejsce zbiórki.
Gaia kiwnęła głową ze zrozumieniem. Szliśmy do przodu żwawo.
- Nie masz mi za złe, że byłbyś na czas, gdyby nie tamta sytuacja? - zapytała mnie blondynka niespodziewanie.
- Ależ nie! - oburzyłem się. - Dobro innych wyższym prawem.
Nie zdążyliśmy dokończyć wymiany zdań, ponieważ zobaczyliśmy zniecierpliwioną panią Frau i grupę jeźdźców.
- Dziesięciominutowe spóźnienie? - Uniosła brew.
Spłoszony spojrzałem na Gaię.
- Ale... - dziewczyna próbowała się tłumaczyć, lecz nauczycielka jej przerwała.
- Czeka was zadanie karne. - Westchnęła. - Nie mogę sobie pozwalać na brak punktualności moich podopiecznych, bo wszyscy tu czekali.
Podciągnąłem popręg. Wsiadłem na grzbiet wierzchowca. Nerwowo owinąłem palec wokół kasztanowej grzywy Quarter Horse'a. Co to za zadanie?

Gaia?

441 słów

Od Marco C.D Alice

Pogoda na zewnątrz była wręcz fatalna. Jakby się uprzeć to może nawet podchodziłoby to pod mini burzę śniegową. W każdym razie, trening to trening i nie mogłem go ominąć, toteż zjawiłem się chwilę przed czasem by móc sobie w spokoju ogarnąć mojego ulubionego rumaka.
Oczywiście później, gdy już zaczęły się ćwiczenia bardzo skrupulatnie wykonywałem polecenia
jednej z trenerek, której nawet imienia nie znam. Jak się później okazało - znienawidziłem ją całym sercem, gdy kazała mnie i mojej ukochanej towarzyszce (O Alice mowa), czyścić końskie boksy.
- Protestuję! - krzyknąłem zirytowany.
- Nie wydurniaj się Marco! Idziesz w tej chwili. - Żachnęła się pani Cooper.
- Pierdziele, gorzej niż moja matka - bąknąłem jeszcze pod nosem.
No nic... Korzystając z faktu, że konie z głównej stajni były albo na treningu, albo na padoku zgarnęliśmy wszystkie odpowiednie sprzęty (czytaj: dwie taczki, widły, wiaderko i inne niezbędniki).
- Dobra, zróbmy to szybko i udajmy się jak najdalej od siebie dobra? - zaproponowała szorstko.
- Jestem za.
- Moja jest ta część. - Wskazałem palcem na boksy po jednej stronie. - Weź zajmij się tymi na przeciwko. - Skinąłem głową w ich stronę.
- A może ja wolę te po twojej stronie? Pewnie sobie je wziąłeś bo jest ich mniej. - Prychnęła.
- Na pewno tak jest - Uśmiechnąłem się z sarkazmem. - To sobie weź tamte boksy ja mam to gdzieś. - Wbiłem widły w siano i udałem się do boksów na przeciwko.
Bez słowa zacząłem odgarniać zbędną słomę i jakoś upychać ją na wyżej wspomnianą taczkę. Alice chwilę przyglądała mi się w milczeniu, a później dołączyła do mnie. W sumie to nie odzywaliśmy się do siebie przez dobre pół godziny, a ze względu na to, iż sprzątaliśmy to wręcz na błysk to zarówno ja i ona skończyliśmy zaledwie ogarniać trzeci boks.
- Jak tylko to skończę to sobie stąd pójdę i nie chcę ci już dzisiaj widzieć. - powiedziała.
- I tak skończę pierwszy. - Wzruszyłem barkami.
- O nie, nie, nie, chyba nie wiesz z kim rozmawiasz. Będę przed tobą.
- Chciałabyś skarbie. - Zaśmiałem się z dezaprobatą. - Możemy się założyć, że będę pierwszy.
- Zgoda! O co?
- O przysługę.
- Przysługę?
- Jeśli ja wygram, to wyświadczysz mi przysługę i odwrotnie. Uściślając, w miarę normalną jeśli łaska.
- Szykuj się na przegraną! - Uśmiechnęła się tryumfalnie.
- W twoich snach.
Tak więc zawarliśmy układ. Czym prędzej wziąłem się za siebie i jeszcze szybciej wrzucałem słomę na taczkę, uzupełniałem jedzenie i wodę dla zwierząt. Miałem tę przewagę, że byłem mężczyzną (dość wysportowanym swoją drogą), więc z natury łatwiej było mi wykonywać wszelkiego rodzaju prace fizyczne. Chcąc nie chcąc Alice nie zostawała w tyle co kłóciło się z moimi planami. Chwilami to ja byłem jeden boks do przodu, to znowuż byliśmy na równi...
Przyznam szczerze iż miałem już dość i najchętniej rzuciłbym się na moje łóżko chcąc pójść spać. To jednak nie miało prawa bytu, bowiem przede mną było jeszcze kilka mini pomieszczeń.
W międzyczasie oczywiście cały czas sobie dogryzaliśmy i przeszkadzaliśmy. W pewnym momencie nawet wywiozłem pustą taczkę dziewczyny gdzieś w pole żeby nie mogła jej znaleźć. Jak nietrudno się domyślić ona nie pozostała mi dłużna i niedługo potem również zaczęła nieco bardziej utrudniać mi życie.
- No, nie spodziewałam się, że zrobicie to tak dokładnie! - Pani Cooper pojawiła się w drzwiach wejściowych. - Widać, że jesteście zgranym duetem i bardzo się lubicie!
Wymieniłem nienawistne spojrzenia z brunetką, lecz na mojej twarzy dalej przyklejony był uśmiech, gdyż wolałem nie mieszać w nasz konflikt nauczycieli i instruktorów.
Kilka ostatnich boksów uprzątnęliśmy w ciszy, bowiem każdy skupiony był na wygranej.
- Ile? - spytałem pod koniec naszej pracy.
Po zliczeniu wszystkich pomieszczeń, zdaliśmy sobie sprawę jakimi idiotami jesteśmy.
- Przecież po obu stronach jest tyle samo. - Bąknęła już nieco przytłoczona, a ja tylko się zaśmiałem.
- To prawie tak jakbym wygrał - Wzruszyłem ramionami.
- Tak, tak chciałbyś. Po prostu nie potrafisz zaakceptować faktu, że mogłabym być lepsza. - Prychnęła zakładając przy okazji ręce na piersi.
- Tak? W takim razie udowodnię ci, że potrafię. Przegrałem, jestem winien ci przysługę. Może jeszcze powinienem przed królową uklęknąć? Czy może jednak sobie podaruję...
- Jesteś żałosny.
- Powiedz co jestem ci winien w ramach mojej przegranej, tyle wystarczy. - Puściłem jej oczko.

Alice?

661 słów