Do eventu wakacyjnego zgłosiło się 6 osób, tudzież 3 pary. Opowiadania nadesłane zostały przez 4 osoby, z czego jedno z nich zdecydowanie nie są skończone. Postanowiłam ocenić opowiadania po stylu pisania oraz długości - opowiadania skończone są klasyfikowane wyżej od tych nieskończonych. Po indywidualnej ocenie, wyniki prezentują się następująco:
1. Lily (zakończone opowiadanie)
2. Esmeralda (zakończone opowiadanie)
3. Shawn (zakończone opowiadanie)
4. Naomi (rozpoczęte opowiadanie)
5. Marceline (brak opowiadania)
5. Kylie (brak opowiadania)
Jednak z powodu, iż były to zawody w parach, będziemy mieli jedynie trzy miejsca. Po dogłębnej analizie indywidualnych wyników, ranking wygląda następująco:
1. Lily i Esmeralda
2. Shawn i Kylie
3. Naomi i Marceline
Pod etykietą 'Event Wakacyjny' możecie znaleźć wszystkie opowiadania o pierwszym etapie. Opublikowane zostało także to niedokończone.
Gratuluje serdecznie zwycięzcom oraz życzę miłego czytania.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Event Wakacyjny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Event Wakacyjny. Pokaż wszystkie posty
piątek, 4 sierpnia 2017
Od Naomi - pierwszy etap zawodów
Budzik zadzwonił wyjątkowo wcześnie, zdziwiona takim incydentem nacisnęłam duży, biały guzik na wierzchu urządzenia. Zakopałam się z powrotem w pachnącej pościeli. Co mogło mnie skłonić do ustawienia piszczącego mechanizmu o świcie? Ach, no tak - zawody. Niechętnie spuściłam nogi na zimną, wyłożoną drewnianymi panelami podłogę w poszukiwaniu papci.
Był to niewielki konkurs akademicki, składający się z dwóch etapów - pierwszy, który wypadał dzisiaj, przerażający poziomem trudności cross. Tak wysoka poprzeczka nie wystarczała kadrze, postawiła na organizację turnieju w wylosowanych parach, podobnie jak niecały rok temu. To wszystko ostatecznie przekonało mnie do udziału na moim wybrednym selle francais, który gustował w skokach. Znalazłam się w duecie z Marceline Clothier, wysoką, szczupłą szatynką, sprawiającą wrażenie miłej i rozmownej. A nastawienie budzika o tak wczesnej porze było jak najbardziej umyślne, później trudno będzie dostać się do myjek.
Znalazłszy miękkie, przyjemne bambosze, zajęłam się gamą czynności wchodzących w skład toalety porannej. Po prędkim prysznicu ogarnęłam kilkoma ruchami skołtunione włosy, zaczesując się "na grzyba", czyli w luźnego koka na czubku głowy. Włosy później miałam rozpiąć. Wrzuciłam na siebie prostą, szarą bluzkę i tego samego koloru dresy. Obeznana wcześniejszymi zawodami wiedziałam, że lepiej będzie ubrać stare, zużyte szmatki, niż cieszyć się brudnymi bryczesami. Dlatego też zestaw czystych ubrań na zawody wzięłam do ręki. W kuchni spałaszowałam tosty z serkiem śmietankowym. Tak przygotowana, pozytywnie nastawiona zeszłam na dwór.
W drodze do stajni natknęłam się na dyrektorkę stajni, panią Rose. Kierowała się do mojej osóbki pewnym, sztywnym krokiem, jakim miała w zwyczaju chodzić.
- Naomi, mam dla Ciebie złą wiadomość - od początku próbowała symulować współczucie, ale jej głos mimo wszystko był pewny i bezwzględny - Marceline zachorowała, nie będzie mogła startować.
- Czyli... i ja nie wezmę udziału? - speszona zwiesiłam głowę, mając nadzieję, że kadra nie zostawi mnie w takiej sytuacji na lodzie. Szkoda mi było Marcy, zapowiadała się na wspaniałą parę, ale za dużo czasu włożyłam w przygotowania, żeby teraz zrezygnować.
- Nie, postanowiliśmy, że jeśli mimo tego masz chęci, pojedziesz. Chorą zastąpi pan James na Wings. Czy taki układ ci odpowiada?
Wybałuszyłam oczy ze zdumienia. Z panem Rose, czyżbym się przesłyszała?! Wiedziałam, że kadra umyślnie wybrała tę klacz, ostatnio okropnie się rozleniwiła, jednak większość instruktorów potrafi z każdego konia zrobić petardę, a co dopiero ten.
- Oczywiście!
- Bardzo się cieszę. W takim razie możesz spokojnie wrócić do wcześniejszych czynności - odpowiedziała brunetka. Odwróciłam się na pięcie i pobiegłam do budynku, by oznajmić nową wieść przyjaciółkom. Obie zastałam przy boksie Spartana.
- Wiecie, co się stało? Marcy niestety zachorowała, ale ma za nią pojechać pan Rose.
Dziewczyny nie ukrywały zarówno zdumienia, jak i współczucia. Postanowiłyśmy z nadmiaru czasu od razu odwiedzić cierpiącą, a później zająć się wcześniej planowaną kąpielą.
***
- Myjki są jeszcze wolne. Trzeba z tego skorzystać! - podpowiedziała Esma po powrocie do stajni. Potaknęłam i podeszłam do boksu mojego gniadego księcia.
- Cześć, kochany! Pamiętasz, co dzisiaj jest? Zgadłeś! - zaczęłam dość kontrowersyjny dialog - Trzeba cię umyć, przystojniaku, niestety.
Chwyciłam kantar i najdłuższy, pistacjowy uwiąz, jaki wisiał w pobliżu. Oba przedmioty od razu znalazły się na łbie konia. Sprowadziłam go do miejsca, gdzie dostępne były szlauchy i rozpoczęłam pielęgnację. W żadnym wypadku nie przywiązywałam sznurka do barierki, nie wątpiłam w fakt, iż mój wierzchowiec nie jest starym wygą uwielbiającym kąpiele. Zaczęłam od opryskania kopyt, powoli idąc w górę. Gniadosz rzeczywiście co chwile się cofał, przez co oblanie go ze wszystkich stron zrobiło się piekielnie trudne. Kiedy udało mi się tego dokonać, wtarłam w brązową sierść rozwodnione, szare mydło. Jedynie ogon i grzywę potraktowałam prawdziwym szamponem, z tych względów, iż sklep jeździecki zbijał za niego bajońskie sumy. Namaszczanie płynem było swego rodzaju masażem, dlatego Empik przestał się już tak niecierpliwić i oddał się przyjemnościom. Po dokładnym spłukaniu mydła i ściągnięciu wody specjalnym do tego przyrządem tak, że z ciała nie kapnęła nawet najmniejsza kropelka, znalazłam odpowiednie, nasłonecznione miejsce i zaczęłam chodzić kółka z uwiązem w ręce dopóty, dopóki nie stał przede mną suchy koń. Musiałam szczególnie uważać, by ten nie zaczął tarzania, ale na szczęście nic podobnego się nie stało. Na tym jednak zabiegi się nie skończyły - dokończyłam efekt nabłyszczaczem sierści oraz smarem do kopyt. Dopiero wtedy mogłam ujrzeć widok wyjątkowy, czyli olśniewająco czystego wierzchowca. Zadowolona zarzuciłam na niego cienką, bordową derkę i uwiązałam do drzewa tak, żeby miał możliwość skubania trawy bez ubrudzenia się.
W tym czasie przebrałam się w konkursowy komplet. W skład stroju wchodziły kremowe, zamszowe bryczesy, czarne, wczoraj pastowane oficerki ze skóry ekologicznej, śnieżnobiała koszula, hebanowy, krótki frak i białe rękawiczki. Ten zestaw przebywał w mojej szafie od dobrego roku, ale z racji bardzo rzadkiego używania, wyglądał i zresztą był jak nowy. Do tego dochodził oczywiście toczek, ponieważ nie posiadałam drugiego na zmianę, założyłam zwykły, w którym jeździłam na co dzień.
Za garderobę posłużyła paszarnia. Wybrałam ją, mając nadzieję, iż nikt nie będzie plątał się po pomieszczeniach stajennych tuż przed crossem. Trzeba było także zmienić uczesanie, w "grzybie" kasku nie mogłam założyć.
Następnie należało pójść do siodlarni po sprzęt. Dzień przedtem dokładnie pastowałam siodło i paski ogłowia impregnatem do skóry, miętowy czaprak wyprałam, a tej samej barwy ochraniacze i nauszniki misternie wyczyściłam specjalną szczotką. Jedynie podkładka i popręg razem z futerkiem nie wymagały specjalnych zabiegów.
Ze względu zbyt dużej ilości przedmiotów musiałam całość przenosić na dwie tury. Wszystko w trymiga znalazło się na wierzchowcu, a na czarnej marynarce kontrastował już pokaźny odcisk zębów. Nie miałam zamiaru się tym przejmować, wskoczyłam na grzbiet i skierowałam Gniadego na arenę, gdzie miało się odbyć przedstawienie par. Podekscytowany ruszył od razu ze zdwojoną energią, nie mogłam jednak pozwolić na takie zachowania. Konsekwentnie zwolniłam i puściłam wodze na luźnym kontakcie, nie denerwując Empika żadnymi pomocami. Na początku jego mięśnie były niezmiennie spięte, dopiero po dłuższym stępie rozluźnił się i uspokoił. Kiedy doszliśmy do rządku jeźdźców, ustawiłam się równo tuż obok pana Jamesa.
Kiedy poczułam w ręce materiał, ścisnęłam łydkami boki gniadosza, na ten znak zareagował natychmiastowo - puścił się szybkim galopem. Wiedząc, że taki bieg na dłuższą metę nie jest bezpieczny, lekko zwolniłam, ściągając wodze na bliższy kontakt. Mimo wszystko zostawiłam w chodzie sporo energii, plan był bowiem prosty - zwalniać tylko przed przeszkodami lub na zakrętach. W sytuacji tych drugich Epire najczęściej sam z siebie skręcał szybko i ostro, dlatego ważne było, żeby zwolnić przed daniem pomocy na zmianę kierunku. Na razie jednak jechałam po łagodnej ścianie, w dobrym, normalnym tempie. Kilka metrów przed nami widniał wysoki coffin, dlatego nie było sensu robić dodania. W skoku nad taką przeszkodą ukazywał się rów, który mógł nieco przestraszyć konia. Tak się jednak nie stało, odskok był w miarę prawidłowy, a ujrzenie dołu nie było zwieńczone przerażeniem. Pierwszy krok za nami! Następną przeszkodą była hydra ruchoma, w przeciwieństwie do hydry stałej nie miała żadnej części stałej, zwyczajny żywopłot. Jako, że dzieliło nas od niej dobre 20 metrów, co w języku końskim oznacza "6-7 normalnych foule", postanowiłam zyskać cenne sekundy i zmniejszyć tą liczbę do 5. Niestety, nie zahamowałam w porę, mało brakowało do wyłamania przeszkody. Ostatecznie jednak doprowadziło to tylko do zbyt bliskiego odskoku, z którego udało nam się wykaraskać, utrzymując równowagę i styl. Dwa bankiety położone w znacznej odległości od siebie zdawały się być nietrudne do pokonania. Stopień w górę był łatwiejszy, ale na początku trzeba było oddać skok w dół. Dla bezpieczeństwa nie robiłam już żadnych dodań, za to mocno zwolniłam przed pierwszym bankietem. Drugi przejechaliśmy z mniejszą ostrożnością, szybciej i bez zbędnych komplikacji.
Stół był moją, a raczej naszą ulubioną przeszkodą do przejechania. Spokojny i bezpieczny, można było najechać na niego z większą prędkością. Empikowi zdecydowanie skakało się prościej, a wiaterek we włosach podczas spadania odświeżał i dodawał chęci. To wszystko sprawiało, iż po chwili byliśmy po drugiej stronie.
W drodze do stajni natknęłam się na dyrektorkę stajni, panią Rose. Kierowała się do mojej osóbki pewnym, sztywnym krokiem, jakim miała w zwyczaju chodzić.
- Naomi, mam dla Ciebie złą wiadomość - od początku próbowała symulować współczucie, ale jej głos mimo wszystko był pewny i bezwzględny - Marceline zachorowała, nie będzie mogła startować.
- Czyli... i ja nie wezmę udziału? - speszona zwiesiłam głowę, mając nadzieję, że kadra nie zostawi mnie w takiej sytuacji na lodzie. Szkoda mi było Marcy, zapowiadała się na wspaniałą parę, ale za dużo czasu włożyłam w przygotowania, żeby teraz zrezygnować.
- Nie, postanowiliśmy, że jeśli mimo tego masz chęci, pojedziesz. Chorą zastąpi pan James na Wings. Czy taki układ ci odpowiada?
Wybałuszyłam oczy ze zdumienia. Z panem Rose, czyżbym się przesłyszała?! Wiedziałam, że kadra umyślnie wybrała tę klacz, ostatnio okropnie się rozleniwiła, jednak większość instruktorów potrafi z każdego konia zrobić petardę, a co dopiero ten.
- Oczywiście!
- Bardzo się cieszę. W takim razie możesz spokojnie wrócić do wcześniejszych czynności - odpowiedziała brunetka. Odwróciłam się na pięcie i pobiegłam do budynku, by oznajmić nową wieść przyjaciółkom. Obie zastałam przy boksie Spartana.
- Wiecie, co się stało? Marcy niestety zachorowała, ale ma za nią pojechać pan Rose.
Dziewczyny nie ukrywały zarówno zdumienia, jak i współczucia. Postanowiłyśmy z nadmiaru czasu od razu odwiedzić cierpiącą, a później zająć się wcześniej planowaną kąpielą.
***
- Myjki są jeszcze wolne. Trzeba z tego skorzystać! - podpowiedziała Esma po powrocie do stajni. Potaknęłam i podeszłam do boksu mojego gniadego księcia.
- Cześć, kochany! Pamiętasz, co dzisiaj jest? Zgadłeś! - zaczęłam dość kontrowersyjny dialog - Trzeba cię umyć, przystojniaku, niestety.
Chwyciłam kantar i najdłuższy, pistacjowy uwiąz, jaki wisiał w pobliżu. Oba przedmioty od razu znalazły się na łbie konia. Sprowadziłam go do miejsca, gdzie dostępne były szlauchy i rozpoczęłam pielęgnację. W żadnym wypadku nie przywiązywałam sznurka do barierki, nie wątpiłam w fakt, iż mój wierzchowiec nie jest starym wygą uwielbiającym kąpiele. Zaczęłam od opryskania kopyt, powoli idąc w górę. Gniadosz rzeczywiście co chwile się cofał, przez co oblanie go ze wszystkich stron zrobiło się piekielnie trudne. Kiedy udało mi się tego dokonać, wtarłam w brązową sierść rozwodnione, szare mydło. Jedynie ogon i grzywę potraktowałam prawdziwym szamponem, z tych względów, iż sklep jeździecki zbijał za niego bajońskie sumy. Namaszczanie płynem było swego rodzaju masażem, dlatego Empik przestał się już tak niecierpliwić i oddał się przyjemnościom. Po dokładnym spłukaniu mydła i ściągnięciu wody specjalnym do tego przyrządem tak, że z ciała nie kapnęła nawet najmniejsza kropelka, znalazłam odpowiednie, nasłonecznione miejsce i zaczęłam chodzić kółka z uwiązem w ręce dopóty, dopóki nie stał przede mną suchy koń. Musiałam szczególnie uważać, by ten nie zaczął tarzania, ale na szczęście nic podobnego się nie stało. Na tym jednak zabiegi się nie skończyły - dokończyłam efekt nabłyszczaczem sierści oraz smarem do kopyt. Dopiero wtedy mogłam ujrzeć widok wyjątkowy, czyli olśniewająco czystego wierzchowca. Zadowolona zarzuciłam na niego cienką, bordową derkę i uwiązałam do drzewa tak, żeby miał możliwość skubania trawy bez ubrudzenia się.
W tym czasie przebrałam się w konkursowy komplet. W skład stroju wchodziły kremowe, zamszowe bryczesy, czarne, wczoraj pastowane oficerki ze skóry ekologicznej, śnieżnobiała koszula, hebanowy, krótki frak i białe rękawiczki. Ten zestaw przebywał w mojej szafie od dobrego roku, ale z racji bardzo rzadkiego używania, wyglądał i zresztą był jak nowy. Do tego dochodził oczywiście toczek, ponieważ nie posiadałam drugiego na zmianę, założyłam zwykły, w którym jeździłam na co dzień.
Za garderobę posłużyła paszarnia. Wybrałam ją, mając nadzieję, iż nikt nie będzie plątał się po pomieszczeniach stajennych tuż przed crossem. Trzeba było także zmienić uczesanie, w "grzybie" kasku nie mogłam założyć.
Następnie należało pójść do siodlarni po sprzęt. Dzień przedtem dokładnie pastowałam siodło i paski ogłowia impregnatem do skóry, miętowy czaprak wyprałam, a tej samej barwy ochraniacze i nauszniki misternie wyczyściłam specjalną szczotką. Jedynie podkładka i popręg razem z futerkiem nie wymagały specjalnych zabiegów.
Ze względu zbyt dużej ilości przedmiotów musiałam całość przenosić na dwie tury. Wszystko w trymiga znalazło się na wierzchowcu, a na czarnej marynarce kontrastował już pokaźny odcisk zębów. Nie miałam zamiaru się tym przejmować, wskoczyłam na grzbiet i skierowałam Gniadego na arenę, gdzie miało się odbyć przedstawienie par. Podekscytowany ruszył od razu ze zdwojoną energią, nie mogłam jednak pozwolić na takie zachowania. Konsekwentnie zwolniłam i puściłam wodze na luźnym kontakcie, nie denerwując Empika żadnymi pomocami. Na początku jego mięśnie były niezmiennie spięte, dopiero po dłuższym stępie rozluźnił się i uspokoił. Kiedy doszliśmy do rządku jeźdźców, ustawiłam się równo tuż obok pana Jamesa.
Kiedy poczułam w ręce materiał, ścisnęłam łydkami boki gniadosza, na ten znak zareagował natychmiastowo - puścił się szybkim galopem. Wiedząc, że taki bieg na dłuższą metę nie jest bezpieczny, lekko zwolniłam, ściągając wodze na bliższy kontakt. Mimo wszystko zostawiłam w chodzie sporo energii, plan był bowiem prosty - zwalniać tylko przed przeszkodami lub na zakrętach. W sytuacji tych drugich Epire najczęściej sam z siebie skręcał szybko i ostro, dlatego ważne było, żeby zwolnić przed daniem pomocy na zmianę kierunku. Na razie jednak jechałam po łagodnej ścianie, w dobrym, normalnym tempie. Kilka metrów przed nami widniał wysoki coffin, dlatego nie było sensu robić dodania. W skoku nad taką przeszkodą ukazywał się rów, który mógł nieco przestraszyć konia. Tak się jednak nie stało, odskok był w miarę prawidłowy, a ujrzenie dołu nie było zwieńczone przerażeniem. Pierwszy krok za nami! Następną przeszkodą była hydra ruchoma, w przeciwieństwie do hydry stałej nie miała żadnej części stałej, zwyczajny żywopłot. Jako, że dzieliło nas od niej dobre 20 metrów, co w języku końskim oznacza "6-7 normalnych foule", postanowiłam zyskać cenne sekundy i zmniejszyć tą liczbę do 5. Niestety, nie zahamowałam w porę, mało brakowało do wyłamania przeszkody. Ostatecznie jednak doprowadziło to tylko do zbyt bliskiego odskoku, z którego udało nam się wykaraskać, utrzymując równowagę i styl. Dwa bankiety położone w znacznej odległości od siebie zdawały się być nietrudne do pokonania. Stopień w górę był łatwiejszy, ale na początku trzeba było oddać skok w dół. Dla bezpieczeństwa nie robiłam już żadnych dodań, za to mocno zwolniłam przed pierwszym bankietem. Drugi przejechaliśmy z mniejszą ostrożnością, szybciej i bez zbędnych komplikacji.
Stół był moją, a raczej naszą ulubioną przeszkodą do przejechania. Spokojny i bezpieczny, można było najechać na niego z większą prędkością. Empikowi zdecydowanie skakało się prościej, a wiaterek we włosach podczas spadania odświeżał i dodawał chęci. To wszystko sprawiało, iż po chwili byliśmy po drugiej stronie.
Od Shawna - pierwszy etap zawodów
Wstałem wcześnie rano, z jednego, logicznego względu - za kilka godzin miałem startować w crossie. Była to pierwsza część zawodów organizowanych w parach podczas tego upalnego lata. Trzeba od razu zauważyć, że to pierwsze tego typu zawody, w których brałem udział. Zważając na to, poziom zaawansowania był naprawdę wysoki, jednak postanowiłem spróbować mimo wszystko, bardziej dla treningu, niż zwycięstwa.
Duety były losowane, w moim przypadku padło na Kylie Lawrence. To drobna, wysoka brunetka, ledwo zdążyłem ją poznać. Sprawiała wrażenie o wiele bardziej rozmownej i śmiałej niż ja sam. Przydałoby się także odkryć, na kim zamierzałem skakać - wybrałem Lemon. Po sprzedaniu Ozyrysa, co zresztą było dla mnie niemałym szokiem, ta klacz najbardziej przypadła mi do gustu. Dobrze ułożona i chętna do pracy, rzadko miewała swoje humorki. Co prawda, była koniem silnie dominującym, miała także jedną, dużą wadę - kochała być w centrum uwagi, jeśli w momencie pracy jeździec nie był skoncentrowany, mogła robić naprawdę niebywałe rzeczy.
Byłem zmuszony korzystać ze sprzętu stajennego, jednak wyczyściłem i przygotowałem go tak, jakby był mój. W końcu musieliśmy jakoś wyglądać! Zostało jeszcze wyszczotkować samą gniadą sierść. Cytrynka nie ma w zwyczaju często się tarzać czy brudzić w inny sposób, dlatego miałem nadzieję, że ten dzień nie będzie wyjątkiem i zastanę ją w miarę czystą.
Na szczęście, moje nadzieje zostały spełnione, klaczce do lśnienia brakował niewiele. Prawdę mówiąc, powinienem był ją wykąpać, ale myjka o poranku egzystowała obstawiona ze wszystkich stron i nie wątpiłem w myśl, że nawet bym się tam nie dostał. Założyłem na ciemny łeb kantar, przyczepiłem także długi, granatowy uwiąz, dzierżąc w ręku pudełko ze szczotkami, wyprowadziłem Lemon na podwórze. Tam uwiązałem ją do jednego z drzew, co miałem w zwyczaju robić. Chwyciłem iglaka i dokładnymi, spokojnymi ruchami zacząłem masować jej mięśnie, jednocześnie oczyszczając z pozostałych zaklejek. Następnie użyłem ryżowej szczotki o miękkim włosiu, oczyszczając z kurzu oraz nabłyszczając. Już wcześniej do tej czynności przygotowałem specjalny spray. Mokrą ściereczką przetarłem pysk konia, uważając, by nie dotrzeć do czułych miejsc. Grzywa i ogon nie mogły umknąć mojej uwadze, zdając sobie sprawę z tego, że zostało mi jeszcze sporo czasu, misternie rozczesałem kołtuny. Dużą wagę przywiązałem do oporządzenia kopyt, dodatkowo wysmarowałem je mazidłem, które kupiłem w sklepie jeździeckim stojącym w Miami.
Cytrynka tymczasem wszelkim zabiegom oddawała się z przyjemnością, nie stawiała żadnego oporu. Podczas pielęgnacji zawsze okazywała bardzo spokojne oblicze, uwielbiała to. Kiedy wychuchana, wypieszczona i zdecydowanie zadowolona elegancja mogła się już pokazać w całej swojej doskonałości, zdałem sobie sprawę, że przecież muszę się jeszcze przebrać w przygotowany strój oraz ją osiodłać. Jak już wcześniej mówiłem, była to klacz nieznosząca braku uwagi, dlatego zostawienie jej samej zdecydowanie nie wchodziło w rachubę. Tylko kto mógł mi ją przypilnować? Nie znosiłem pytać o pomoc obcych osób, wtedy jednak nie było innego wyjścia.
- Cześć, mogłabyś mieć oko na Lemon? Na dosłownie pięć minutek - wyjąkałem prędko do pierwszego zobaczonego człowieka, który stanął mi na drodze.
- Jasne! - na szczęście blondynka nie widziała żadnych przeszkód. Pędem pobiegłem do akademika, włożyłem na siebie komplet i od razu skierowałem się do siodlarni. Znalazłem w niej siodło z popręgiem, ogłowie, czaprak, ochraniacze i nauszniki należące do Gniadej. Wszystko to należało do akademii, a mimo to mogłem do woli korzystać, co pozwoliło mi zaoszczędzić wiele pieniędzy.
Zestaw z niemałym wysiłkiem przytaszczyłem pod drzewo. Szybko podziękowałem dziewczynie za przysługę i zająłem się siodłaniem. Na pierwszy ogień poszły ochraniacze, tak jak czaprak i nauszniki w barwie seledynowej. Następnie wrzuciłem na ciemny grzbiet czaprak, zaraz potem siodło. Klacz grymasiła przy dopinaniu popręgu, mimo że ograniczyłem się na razie do pierwszego oczka. Ogłowie założyłem niemalże ostatnie, wyprzedziło tylko nauszniki. Zrobiłem to w celu zredukowania jak najbardziej czasu, który koń spędził z wędzidłem w pysku. Cytrynka z kolei zaczęła się robić coraz bardziej podekscytowana i strasznie wyrywała głowę. Kiedy w końcu uporałem się z paskami, wcisnąłem na jej uszy jasnozielony materiał. Zdając sobie sprawę z tego, iż większość jeźdźców pojechała już w stronę toru, gdzie miało się odbyć uroczyste przedstawienie par, szybko podciągnąłem popręg i wskoczyłem na klacz. Przez pierwsze chwile strzelała fochy, ale kiedy dałem jej do zrozumienia, że to nie ta chwila i nie ten dzień, zaczęła grzecznie stępować we wskazanym kierunku. Nie denerwowałem jej łydkami, skoro już chód spełnił moje oczekiwania.
Przed trasą w równym rządku ustawili się już prawie wszyscy jeźdźcy. Wzrokiem przeszukałem wszystkie twarzy, aż do znalezienia mojej pary - Kylie. Stanąłem koniem koło niej. Przesłała mi zagadkowy uśmiech, na co odpowiedziałem także uniesieniem kącików ust.
- Witamy na pierwszym etapie wakacyjnego konkursu, odbywającego się w naszej akademii! - oznajmił pierwszy komentator, pan George. Nowy instruktor swoją rolę godnie odgrywał razem z panią Cecylią.
- Tym razem nie są to zwykłe zawody. Dlaczego? Nie mamy tutaj pojedynczych zawodników, lecz duety! - dopełniła kobieta - Przejdźmy do przedstawienia par.
Kiedy usłyszałem słowa brzmiące „Kylie na Paris razem ze Shawnem, siedzącym w siodle Lemon!", głęboko się ukłoniłem, po czym przeszedłem z areny na rozprężalnię. Wykonałem spokojną, dokładną rozgrzewkę we wszystkich trzech chodach. Gniada biegała energicznie i szybko, mimo że tego nie wymagałem. Jej chód był miękki i sprężysty, lecz mniej zrównoważony, niż zwykle. Kiedy usłyszałem swoje imię po raz kolejny, jej mięśnie były już dobrze rozgrzane. Zatrzymałem konia na wyznaczonym polu, nie ściągając wzroku z brunetki. Ta ustawiła się na starcie, już dzierżąc sztafetę w dłoni. Jeszcze raz się do mnie uśmiechnęła i widząc na tablicy sygnał, pogoniła Paris. Siwa wypruła do przodu, a ja przejechałem jeszcze kilka kroków, by stanąć w uprzedniej pozycji Kylie.
Trzeba przyznać, że świetnie jej poszło! Gdybym niczego nie zepsuł, może mielibyśmy szansę na wyższe miejsce. Wyciągnąłem rękę do tyłu, próbując jednocześnie drugą dłonią przytrzymywać Gniadą. Kiedy poczułem materiał w ręku, wypchnąłem ją mocno do przodu, od razu poleciała mocnym, szybkim galopem.
Pierwszą przeszkodę stanowił spory coffin. Są to dwie przeszkody przedzielone rowem, którego wierzchowce nie raz się straszą. Jednak dzięki prostemu najazdowi, mocnemu odbiciu w dobrym momencie i pewnemu skoku pierwsza przeszkoda została za nami bez nieprawidłowości. Jeśli wszystkie przeszkody przelecą pod brzuchem klaczy w takim stylu, byłbym z siebie naprawdę dumny!
***
Trasę kończyła hydra ruchoma, czyli zwykły żywopłot. Tak, naprawdę już tylko ona zasłaniała mi widok na metę!
Duety były losowane, w moim przypadku padło na Kylie Lawrence. To drobna, wysoka brunetka, ledwo zdążyłem ją poznać. Sprawiała wrażenie o wiele bardziej rozmownej i śmiałej niż ja sam. Przydałoby się także odkryć, na kim zamierzałem skakać - wybrałem Lemon. Po sprzedaniu Ozyrysa, co zresztą było dla mnie niemałym szokiem, ta klacz najbardziej przypadła mi do gustu. Dobrze ułożona i chętna do pracy, rzadko miewała swoje humorki. Co prawda, była koniem silnie dominującym, miała także jedną, dużą wadę - kochała być w centrum uwagi, jeśli w momencie pracy jeździec nie był skoncentrowany, mogła robić naprawdę niebywałe rzeczy.
Byłem zmuszony korzystać ze sprzętu stajennego, jednak wyczyściłem i przygotowałem go tak, jakby był mój. W końcu musieliśmy jakoś wyglądać! Zostało jeszcze wyszczotkować samą gniadą sierść. Cytrynka nie ma w zwyczaju często się tarzać czy brudzić w inny sposób, dlatego miałem nadzieję, że ten dzień nie będzie wyjątkiem i zastanę ją w miarę czystą.
Na szczęście, moje nadzieje zostały spełnione, klaczce do lśnienia brakował niewiele. Prawdę mówiąc, powinienem był ją wykąpać, ale myjka o poranku egzystowała obstawiona ze wszystkich stron i nie wątpiłem w myśl, że nawet bym się tam nie dostał. Założyłem na ciemny łeb kantar, przyczepiłem także długi, granatowy uwiąz, dzierżąc w ręku pudełko ze szczotkami, wyprowadziłem Lemon na podwórze. Tam uwiązałem ją do jednego z drzew, co miałem w zwyczaju robić. Chwyciłem iglaka i dokładnymi, spokojnymi ruchami zacząłem masować jej mięśnie, jednocześnie oczyszczając z pozostałych zaklejek. Następnie użyłem ryżowej szczotki o miękkim włosiu, oczyszczając z kurzu oraz nabłyszczając. Już wcześniej do tej czynności przygotowałem specjalny spray. Mokrą ściereczką przetarłem pysk konia, uważając, by nie dotrzeć do czułych miejsc. Grzywa i ogon nie mogły umknąć mojej uwadze, zdając sobie sprawę z tego, że zostało mi jeszcze sporo czasu, misternie rozczesałem kołtuny. Dużą wagę przywiązałem do oporządzenia kopyt, dodatkowo wysmarowałem je mazidłem, które kupiłem w sklepie jeździeckim stojącym w Miami.
Cytrynka tymczasem wszelkim zabiegom oddawała się z przyjemnością, nie stawiała żadnego oporu. Podczas pielęgnacji zawsze okazywała bardzo spokojne oblicze, uwielbiała to. Kiedy wychuchana, wypieszczona i zdecydowanie zadowolona elegancja mogła się już pokazać w całej swojej doskonałości, zdałem sobie sprawę, że przecież muszę się jeszcze przebrać w przygotowany strój oraz ją osiodłać. Jak już wcześniej mówiłem, była to klacz nieznosząca braku uwagi, dlatego zostawienie jej samej zdecydowanie nie wchodziło w rachubę. Tylko kto mógł mi ją przypilnować? Nie znosiłem pytać o pomoc obcych osób, wtedy jednak nie było innego wyjścia.
- Cześć, mogłabyś mieć oko na Lemon? Na dosłownie pięć minutek - wyjąkałem prędko do pierwszego zobaczonego człowieka, który stanął mi na drodze.
- Jasne! - na szczęście blondynka nie widziała żadnych przeszkód. Pędem pobiegłem do akademika, włożyłem na siebie komplet i od razu skierowałem się do siodlarni. Znalazłem w niej siodło z popręgiem, ogłowie, czaprak, ochraniacze i nauszniki należące do Gniadej. Wszystko to należało do akademii, a mimo to mogłem do woli korzystać, co pozwoliło mi zaoszczędzić wiele pieniędzy.
Zestaw z niemałym wysiłkiem przytaszczyłem pod drzewo. Szybko podziękowałem dziewczynie za przysługę i zająłem się siodłaniem. Na pierwszy ogień poszły ochraniacze, tak jak czaprak i nauszniki w barwie seledynowej. Następnie wrzuciłem na ciemny grzbiet czaprak, zaraz potem siodło. Klacz grymasiła przy dopinaniu popręgu, mimo że ograniczyłem się na razie do pierwszego oczka. Ogłowie założyłem niemalże ostatnie, wyprzedziło tylko nauszniki. Zrobiłem to w celu zredukowania jak najbardziej czasu, który koń spędził z wędzidłem w pysku. Cytrynka z kolei zaczęła się robić coraz bardziej podekscytowana i strasznie wyrywała głowę. Kiedy w końcu uporałem się z paskami, wcisnąłem na jej uszy jasnozielony materiał. Zdając sobie sprawę z tego, iż większość jeźdźców pojechała już w stronę toru, gdzie miało się odbyć uroczyste przedstawienie par, szybko podciągnąłem popręg i wskoczyłem na klacz. Przez pierwsze chwile strzelała fochy, ale kiedy dałem jej do zrozumienia, że to nie ta chwila i nie ten dzień, zaczęła grzecznie stępować we wskazanym kierunku. Nie denerwowałem jej łydkami, skoro już chód spełnił moje oczekiwania.
Przed trasą w równym rządku ustawili się już prawie wszyscy jeźdźcy. Wzrokiem przeszukałem wszystkie twarzy, aż do znalezienia mojej pary - Kylie. Stanąłem koniem koło niej. Przesłała mi zagadkowy uśmiech, na co odpowiedziałem także uniesieniem kącików ust.
- Witamy na pierwszym etapie wakacyjnego konkursu, odbywającego się w naszej akademii! - oznajmił pierwszy komentator, pan George. Nowy instruktor swoją rolę godnie odgrywał razem z panią Cecylią.
- Tym razem nie są to zwykłe zawody. Dlaczego? Nie mamy tutaj pojedynczych zawodników, lecz duety! - dopełniła kobieta - Przejdźmy do przedstawienia par.
Kiedy usłyszałem słowa brzmiące „Kylie na Paris razem ze Shawnem, siedzącym w siodle Lemon!", głęboko się ukłoniłem, po czym przeszedłem z areny na rozprężalnię. Wykonałem spokojną, dokładną rozgrzewkę we wszystkich trzech chodach. Gniada biegała energicznie i szybko, mimo że tego nie wymagałem. Jej chód był miękki i sprężysty, lecz mniej zrównoważony, niż zwykle. Kiedy usłyszałem swoje imię po raz kolejny, jej mięśnie były już dobrze rozgrzane. Zatrzymałem konia na wyznaczonym polu, nie ściągając wzroku z brunetki. Ta ustawiła się na starcie, już dzierżąc sztafetę w dłoni. Jeszcze raz się do mnie uśmiechnęła i widząc na tablicy sygnał, pogoniła Paris. Siwa wypruła do przodu, a ja przejechałem jeszcze kilka kroków, by stanąć w uprzedniej pozycji Kylie.
Trzeba przyznać, że świetnie jej poszło! Gdybym niczego nie zepsuł, może mielibyśmy szansę na wyższe miejsce. Wyciągnąłem rękę do tyłu, próbując jednocześnie drugą dłonią przytrzymywać Gniadą. Kiedy poczułem materiał w ręku, wypchnąłem ją mocno do przodu, od razu poleciała mocnym, szybkim galopem.
Pierwszą przeszkodę stanowił spory coffin. Są to dwie przeszkody przedzielone rowem, którego wierzchowce nie raz się straszą. Jednak dzięki prostemu najazdowi, mocnemu odbiciu w dobrym momencie i pewnemu skoku pierwsza przeszkoda została za nami bez nieprawidłowości. Jeśli wszystkie przeszkody przelecą pod brzuchem klaczy w takim stylu, byłbym z siebie naprawdę dumny!
***
Trasę kończyła hydra ruchoma, czyli zwykły żywopłot. Tak, naprawdę już tylko ona zasłaniała mi widok na metę!
Od Esmeraldy - pierwszy etap zawodów
Zgłaszając się do zawodów, może nie byłam do końca pewna, ale doskonale wiedziałam, jakie ryzyko wiąże się z Eventem Wakacyjnym, dzięki któremu czas w wakacje spędzimy pracowicie. Zadowolona, wpisałam się różowym długopisem na listę zgłoszonych, po czym odłożyłam długopis do swojej torby, która nierzadko okazywała się skrzynią pełną skarbów. Zaraz po mnie, do listy dopisały się Lily wraz z Naomi- dziewczynami, dzięki, którym zaaklimatyzowałam się w Akademii. Sam pomysł zawodów w parach był świetny, a przed tablicą ściągnął się dość pokaźnych rozmiarów tłum, nieliczne osoby wpisywały się na białą kartkę, która miała służyć jako lista zgłoszonych. Przepchnęłam się między uczniami Akademii i rzuciłam jeszcze okiem na stopniowo oddalającą się kartkę, a na niej moje imię i nazwisko, wraz z imieniem mojego konia...
****
Niepokojące stukanie w drzwi, nasilające się z każdą chwilę wybudziło mnie z i tak czujnego snu, podniosłam się do pionu i westchnęłam cichutko:
-Kto o tak wczesnej porze mnie niepokoi...- przetarłam oczy, zaścielając symbolicznie łóżko, coby ktoś nie pomyślał, że dopiero wstałam.
Moja kotka łypała spod pościeli, cieplutkiej i mięciutkiej ukochanej pościeli, aż chciałoby się wskoczyć! Przechyliłam niepewnie głowę i ze zdenerwowaniem zerknęłam w stronę zegara, MASZ CI LOS. Okoliczności zmusiły mnie do szybkich porządków, pokój po wczorajszej krzątaninie był w opłakanym stanie, o biurku nie wspominając. Pukanie wznowiło się, tym razem usłyszałam znajomy głos za drzwiami, właściwie dwa znajome głosy.
-Esma! Albo kuźwa otwierasz, albo idziemy bez ciebie!- Naomi była raczej nieźle wkurzona. Zza drzwi, tym razem dobiegły szepty i śmiech, przez co zmuszona byłam podejść do drzwi i szybko je otworzyć, by zobaczyć chichrającą się Naomi...jednak...jej tam nie było. Wychyliłam swój łepek na korytarz i nie dojrzałam nikogo, i z niezadowoleniem zamknęłam drzwi. Do łazienki powędrowałam w celu przemycia twarzy zimną wodą, użycia dezodorantu oraz nałożenia kremu na twarz. Gdy tylko zerknęłam w lustro, przypomniało mi się to, o czym zapomniałam! Na tafli lustra (?) przyklejona była karteczka „Nie zapomnij! Czwartek- losowanie par"- O LOSIE. W trymiga rozczesałam skołtunione włosy, które w obecnej postaci przypominały co najmniej gniazdo ptaków- po przejściu tornada.
-PALI SIĘ!!- zza drzwi dało się słyszeć dramatyczny krzyk. Słysząc, jak drzwi od pokoi moich sąsiadów otwierają się, sama naciągnęłam granatowe bryczesy ze srebrnym lejem i koszulę w szaro- granatową kratę. W popłochu otworzyłam drzwi i aż mnie ze złości jarzyło...
-Cholera jasna!-Lily wraz z Naośką zaczęły uciekać w popłochu, podczas gdy ja ledwo stałam na nogach.
Nasypałam trochę karmy mojej kotce i włożyłam buty, po czym wyszusowałam z pokoju.
-Czego wasze dusze pragną?- charknęłam. Brunetka i blondynka uśmiechnęły się uroczo, robiąc minę niewiniątka, zamrugały oczętami i ponownie się roześmiały. Kilka minut później zajęłyśmy miejsce na sali, klapnęłyśmy na granatowych stołkach obok siebie. Dyrektorka Rose stała na drewnianym podwyższeniu, tzw. mównicy i po raz ostatni czytała po cichu tekst, który miała wyrecytować przed całą Akademią. Gdy wszyscy zajęli już miejsca, kobieta zaczęła przemówienie. Po niecałej godzinie, Elizabeth, wydawało się, że jej mowa zbliża się ku końcowi, ale jednak nie. Nawet pozostali instruktorzy stali pod ścianami i zakrywali twarz dłońmi, próbując ukryć zażenowanie i nudę, pozostawioną przez słowa p. Rose. W końcu, ku uciesze wszystkich, padło te 8 słów:
-A więc losujemy pary na pierwszy etap zawodów!- Dyrektorka dumnie wypięła pierś do przodu i zanurzyła rękę w czarze (?). - Numer 4, panna Esmeralda....wraz z numerkiem...- DLACZEGO ZAWSZE JA NA PIERWSZY OGIEŃ. Spokojnie, obejrzysz śmieszne kotki!- ...z numerkiem 1, panną Lily!
Powiedzmy, że kamień spadł mi z serca, gdy okazało się, że jestem w parze z Lily, która jest tak samo szalona, jak ja, o ile nie bardziej. Po zakończeniu wszyscy ruszyli do pokoi, albowiem pierwszy etap miał odbyć się jutro, co za tym idzie, muszę przygotować Draculę do porządnego wysiłku. Na szczęście, parę rzeczy miałam gotowe, a mianowicie: zupełnie nowy, błękitny czaprak, ślicznie wyglądający na karym Draculu, ochraniacze wystarczy gąbką przetrzeć. Na razie niewypastowane siodło i ogłowie z wędzidłem oliwkowym (czy jakoś tak). Tak więc na dzisiaj wieczór pozostało jedynie wypastować odpowiednim środkiem siodło, które miało dokładnie 4 tygodnie, gdyż tamto uległo tajemniczemu nadzianiu się na płot. Po szybkim napiciu się herbatki malinowej poszłam do stajni, gdzie przebywała już najpewniej połowa uczniów, w tym Lily, z którą miałam wystartować. Wkraczając do stajni dla koni prywatnych, niespodziewanie wpadłam na Naomi, niestety nasza rozmowa skończyła się na wymianie krótkich "cześć". Truchtałam chodnikiem, prowadzącym do stajni, w której stały kobyłki prywatne, zmierzało do niej kilka osób, miałam tylko nadzieję, że zastanę Lily przy boksie któregoś z dwójki jej koni, niestety- najpewniej się rozminęłyśmy. ~No to, teraz...gdzie jesteś moja małpeczko?~ pomyślałam, kremowe kostki przemykały mi pod nogami, biegnąc, nie zauważyłam otwartych drzwi od boksu.... Nie wiem, nie zwróciłam uwagi jakiego konia. W ostatniej chwili przyhamowałam, jednak no cóż, gumy na butach nie mam i nie zatrzymałam się na tyle szybko, by nie wpakować się w drzwiczki, które następnie odbiły się i walnęły w taczki, te uderzyły w bezimiennego chłopaka, przygniatając go swoim ciężarem. No dobra. Może nie bezimiennego, ja po prostu nie pamiętałam jego imienia. Wyglądem przypominał stajennego, niejakiego Malcolma, ale to nie był on.... Malcolm nie przeklina. Przerażona podbiegłam do poszkodowanego wskutek moich poczynań chłopaka. Na moje szczęście blondyn, jak zorientowałam się po wypuszczanych z jego ust gromach i przekleństwach, był najwyraźniej cały zdrów. Odetchnęłam z ulgą, nawet lepiej nie myśleć co by się stało, gdyby chłopak zemdlał, lepiej nie gdybaj Esma- do niczego cię to doprowadzi, a jedynie wpędzi cię w kłopoty. Omijając leżącego, pobiegłam dalej, mając nadzieję, że to ostatnia rozwalona przeze mnie rzecz.
-Masz ci los...- warknęłam z wyraźnymi przerwami między słowami, na tyle głośno, by każda osoba w tym budynku słyszała, o czym w tej chwili myślałam. Ruszyłam dalej, byłam w zasadzie kilka kroków od boksu mojego...hmm...aniołka. Oczywiście nie zabrakło wdepnięcia w gów...łajno konia, będzie ode mnie jeszcze bardziej jechać. Nie mówiąc już nic więcej, dotarłam do boksu
ogiera, który już od samego początku mojego „subtelnego” wkroczenia do stajni, wiedział, że zmierza w jego stronę prawdziwy mistrz zamachów krótkometrażowych. ~ Czyli tak, teraz krótka rozgrzewka, po czym mi uciekniesz, dobra, to możemy wykreślić... Prowadzimy na łąkę, później lonżownik, a na końcu szybkie galopy i oglądanie toru. Tak! To plan idealny!~ Moje myśli wariowały. Szybko chwyciłam uwiąz w kolorze Rose Gold i weszłam do boksu ulubieńca, na tyle stanowczym krokiem, by ogier wiedział, co się szykuje. Jednak cały plan poważnego kroczenia jasny piorun strzelił, Karosz przechylił głowę w bok, przez co jego język wisiał swobodnie po prawej stronie pyska i dyndał, nie mogło być innej reakcji z mojej strony, jak tylko głośny wybuch niekontrolowanego śmiechu, który rozniósł się echem po całej stajni. Zapięłam nieudolnie uwiąz i wyprowadziłam konia z boksu. No to tak, teraz próba nowego uwiązu, tamten urwał się na lonżowaniu, bo ktoś wymyślił (czyt. JA), by przypiąć go do drążka na środku lonżownika i zostawić konia- niech biega sobie wokoło, no przecież uwiąz się nie urwie! Tak czy owak, wyprowadziłam konia na łąkę i zaczęłam go oprowadzać wkoło. Ogier skakał z jednej nogi na drugą, znowu przestępował na pierwszą nogę, i tak przeszliśmy 10 kółek. Zmęczona ciągłym odwracaniem się, odpięłam kantar i zdjęłam go wraz z uwiązem. Wybiegłam z łąki, w głowie ubzdurałam sobie, że Kary pobiegnie za mną, no ale do akcji musiały wkroczyć smakołyki, dzięki którym wychowanek poszedł za mną. Wstawiłam go do boksu, chwyciłam granatową skrzynkę z wszystkim, co do czyszczenia konia potrzeba. Otworzyłam skrzynkę, sprawdziłam, czy niczego nie brakuje. Nie raz zdążało się tak, że ktoś coś ode mnie pożyczał, a następnie zapomniał oddać, i dany przedmiot już nigdy nie trafił w moje ręce. Szybko wyciągnęłam szczotkę ryżową, szybko przecierając sierść podopiecznego, pozbyłam się większości piachu i pyłu. Dracul wydawał się wniebowzięty, gdy wyciągnęłam gumowe zgrzebło, i siłowałam się z cholernymi zaklejkami, które za każdym razem przyprawiały mnie o zawrót głowy. Już nieźle wkurzona walczyłam z małą zaklejką z łajna, gdy w końcu udało mi się ją doczyścić, z bólem uświadomiłam sobie, że została jeszcze druga strona. Zgorszona całą sytuacją, przeszłam pod szyją ogiera i powtórzyłam wszystkie zabiegi na drugiej stronie, niestety równie brudnej, jak poprzednia. Znów toczyłam walkę z tymi wredotami, tym razem myśląc już o samobójstwie. Gdy w końcu skończyłam, zabrałam się za kopyta, co okazało się paskudnym błędem, widać może być coś gorszego niż brudny koń z zaklejkami. Brudne kopyta z błotem! O niee, odejdź siło nieczysta. Opuśćmy ten temat, skwituję tylko wszystkie zabiegi pielęgnacyjne tym, iż byłam cała wybrudzona, a Dracul za to czysty. Jeśli pozwolicie, przejdę do ciekawszych tematów, jk na przykład lonżowanie. Założyłam ogierowi biały długi czaprak, po czym zapięłam pas do woltyżerki, do tego ogłowie z zawiązanymi wodzami. Dopięłam jeden długi, nieznanego pochodzenia uwiąz i tak przygotowanego Holsztyna, wyprowadziłam na świeże florydzkie powietrze.
-Esma! Esma!- usłyszałam za sobą, odwróciłam się na pięcie, po czym uśmiechnęłam się, widząc Lily wraz ze Spartanem.
-Czego pragniesz od mojej skromnej osóbki?- skrzyżowałam ręce i przechyliłam makówkę w bok.
-Czy skromnej, pewna nie jestem, ale do rzeczy. Jedziesz może na przejażdżkę? Ja ze Spartanem się wybieram, więc może dołączysz i pooglądamy tor?- zapytała, wciąż trzymając na wodzy konia. Skwitowałam to jedynie głośnym parsknięciem, po czym dodałam nieco ciszej:
-I ty się jeszcze pytasz, Partnerko.- powiedziałam, usiłując przybrać poważny wyraz twarzy. Oczywiście z boku dobiegł chichot. No tak, wyrażenie „Partnerko” ma dwa znaczenia. Zignorowałam rozbawione nastolatki i wprowadziłam Draculę na padok, służący teraz lonżowaniu nieparzystokopytnych.
-Będziemy czekać przy torze!- Lily krzyknęła, wbijając pięty w boki konia, który w odpowiedzi ruszył kłusem, po czym zniknęli za rogiem.
Sytuacja, która przed chwilą zaszła, zmusiła mnie do skrócenia czasu na lonżowniku. Pośpieszyłam Draculę do kłusa, początkowo ogier z kłusa przechodził do wolnego galopu, wtedy musiałam go zatrzymywać i kłus od nowa. Moje zmagania z podopiecznym trwały kilka, kilkanaście minut, gdy zrozumiałam, że minęło sporo czasu, i najwyższa pora, by go osiodłać. Sprawdziłam jeszcze kopyta na wszelki wypadek. Po szybkim przeciągnięciu kopystką po kopytach wpakowałam na jego grzbiet siodło, a następnie zdjęłam kantar i założyłam ogłowie bezwędzidłowe. Na samym końcu przełożyłam grzywkę i dopięłam popręg, szybko wsiadłam na Karosza, z góry jeszcze wszystko po sprawdzałam. Spokojnie dołożyłam łydkę i równym kłusem pojechaliśmy w stronę lasu. Gdy tylko wjechaliśmy w rzadki las, przywitał nas świergot ptaków.
-O! Patrz! Słowik! (czy na Florydzie są słowiki?) -krzyknęłam sama do siebie, a w zasadzie do Dracula, on jednak zarżał łagodnie, jakby chcąc mi powiedzieć, że jest zazdrosny. Poklepałam szyję konia w odpowiedzi, po czym szepnęłam.- To teraz poszukamy Lily, tak?- tym razem niedane było mi usłyszeć odpowiedź, ponieważ Kary niespodziewanie ruszył galopem.
W oddali majaczyła sylwetka nieokreśonej osoby, jednak gniady koń, na którym owa osóbka jechała, łudząco przypominał Spartana- 6-letniego KWPN Lilianny. Dziękując ogierowi w głowie, zrobiłam półsiad i dojechałam do dziewczyny.
-Cześć!- z ust brunetki wypadło to słowo, dokładnie w tym momencie, gdy zatrzymałam Draculę. Odpowiedziałam krótkim „Hej!”, uznając, że to wystarczająco.
Po krótkiej wymianie pytań ruszyłyśmy na tor, gdzie krzątała się ekipa, wynajęta przez Akademię, w celu ustawienia i ozdobienia toru. Przeszkody zostały już ułożone, pracownicy odpoczywali, niektórzy kończyli pić wodę, a inni raczyli się kanapką z serem i szynką- zapach był nieprzyjemny- połączenie potu+zapach szynki = nic przyjemnego. Na torze świeciło pustkami, wszyscy pracujący tam znajdowali się, jak już wspomniałam, z boku na malutkiej równinie. Korzystając z tego, zsiadłyśmy z koni. Pierwszy rzut oka i załamanie. Doliczyłam się dokładnie pełnej 15 przeszkód, na tyle trudnych, iż była spora szansa, że Dracul dostanie fioła i w cwale staranuje wszystko, co do joty, a na końcu wytaplany w błotku, ze mną półżywą na swoim grzbiecie, ukłoni się przed widownią, powodując, iż wlecę do poidła, zachłysnę się wodą i umrę.
-Ten stół, z 10, wygląda bardzo ludobójczo...- zauważyłam, wskazując na drewnianą przeszkodę a obok dwa drzewka, zapewne właściciele zaplanowali, że koń się przestraszy i odgalopuje, zostawiając jeźdźca na pastwę losu.
-Biedactwo! - Lilka symulowała zmartwienie, po czym z tą samą miną wskazała na przeszkodę z numerkiem 8.- Za to Wąski Front wygląda całkiem niegroźnie. Ja i Moon pokonywałyśmy go na ostatnich zawodach, poszło gładko, ale musisz dobrze naprowadzić konia.- poinstruowała Lily, dziewczyny z większym doświadczeniem warto słuchać. Wyciągnęłam notes z plecaka i zanotowałam na stronie z numerkiem 3 zatytułowanej jako „Wskazówki". Szybko wybazgrałam rysunek, w zamyśle przedstawiający Wąski Front, jednak wyszła z tego tylko jakaś skrzynka z dwoma pachołkami po bokach. Zapiski zawsze są przydatne, ale i tak będę musiała przestudiować cały tor, z prostej przyczyny, jaką jest to, iż jadę pierwsza. Z zaintrygowaniem obchodziłam każdą przeszkodę z osobna, dając do powąchania Draculowi, który z każdą przeszkodą rżał z coraz większym zniecierpliwieniem. Gdy wszystkie przeszkody na jutrzejszy cross zostały przeze mnie dobitnie sprawdzone, usadowiłam się na trawie i ponownie wyciągnęłam plik kartek, oprawionych w twardą, bursztynową okładkę ze złotym napisem „Notes". Oglądając jeszcze z grubsza tor, poczęłam machać czarnym automatycznym ołówkiem to w prawo, to w lewo-troszkę w górę, a innym razem znów w dół. I tak oto powstał symboliczny, prosty rysunek całego toru na kartce z numerem 6. Zebrałyśmy się z toru, około godziny 21, gdyż słońce zaszło już za horyzont, ustępując miejsca księżycowi. Z Lily rozstałyśmy się przed akademikiem, gdyż musiałam pójść na szybkie zakupy. W tym celu pobiegłam do najbliższego spożywczaka i zaczęłam przeglądać półki. Klienci przewijali się przez sklep w zawrotnym tempie, niektórzy brali dwa piwa, po czym płacili i wychodzili. Ja wybrałam kilka produktów najbardziej potrzebnych, takich jak woda, marchewki, jabłka, kostki cukru, olejek eteryczny, herbata, cola oraz Gerberek w tubce od 6 miesiąca życia- ostatnio namiętnie testuję wszystkie dostępne smaki Gerberków i doszłam do wniosku, że najbardziej do gustu przypadł mi mango, marchew i jabłko. Wróciłam do akademika i piekielnie zmęczona padłam na łóżko w swoim pokoju. Rozpakowałam wszystko, co kupiłam i poszłam przygotować się do snu. Piżamka patrzyła na mnie z kąta, prosząc, bym w końcu ją ubrała, a więc ulegając namowom, wciągnęłam na siebie krótkie, dresowe spodenki oraz biały top. Odpaliłam mój szmaragdowy laptop firmy Lenovo i oglądnęłam pierwszy lepszy film. Nie zwracałam uwagi na temat, jaki w nim poruszają. Z tego, co patrzyłam, chodziło o zakochaną nastolatkę- tak zwany standard wieczornego kina. Czytałam instruktaże, patrzyłam na tor, łypałam na film, popijając herbatą i zajadając Gerberka.- wszystko w koło Macieju. Powieki w pewnym momencie stały się zbyt ciężkie, by je utrzymać, więc ostatkiem sił ruszyłam do łazienki, a tam wykonałam kilka ( kilkanaście) czynności, które są podstawą nocnej pielęgnacji. Na koniec umyłam zęby i położyłam się do łóżka. Teraz macham wam z łódki, która odpływa do krainy Morfeusza.
****
Natarczywe pikanie budzika zrujnowało doszczętnie mój sen. Była godzina 4 rano, dokładnie za 6 godzin odbędzie się pierwszy etap zawodów. Przypominając sobie o tym, zaczęłam skakać na łóżku, jeden skok zakończyć się lądowaniem na podłodze, zdecydowanie nie należało to do przyjemności tego dnia. Z nową energią podniosłam się z dywanu i pognałam do łazienki, by przemyć twarz sporą ilością wody. À propos, wspominałam, że jestem rakiem? Nie? No trudno... Już znacznie ożywiona, udałam się spokojnie do stajni. Świecąca pustkami stajnia dla koni prywatnych, stała się chwilową kawiarenką dla mnie i dla mojego konia. Pogłaskałam jego kość nosową, mocno wystającą kość nosową, trzeba dodać. Tak naprawdę o tej godzinie w stajni nie było co robić, postanowiłam więc nakarmić Draculę, by przetrawił wszystko wcześniej. Zabrałam wiadro do jego paszy i szybkim krokiem poszłam do paszarni. Popatrzyłam na rozpiskę i przeszłam do stanowiska z paszami. Spokojnie przeglądałam worki z jedzeniem dla kopytnych, czasami schylając się, aż na końcu zdecydowałam, że nakarmię go gniecionym owsem, leżącym w paszarni ponad 5 miesięcy, zielonką, a na samym dnie zakopię 4 ćwiartki jabłka. Tak przygotowane wiadro, ważące na moje oko 1,5 kg, zaniosłam ogierowi, a on, gdy tylko zobaczył, co się święci, zaczął rżeć przeraźliwie. Heh, czyli wszystkim humor przed jedzeniem się poprawia, nie tylko ludziom, ale i jak się okazuje koniom. Otworzyłam trzymadło do żłobów i włożyłam tam wiadro, następnie ostrożnie wsunęłam je do boksu, a Dracula od razu rzucił się do jedzenia.
-Ach Demon! Wiem, że wiesz, co jest dzisiaj, zawody! Mam nadzieję, że jesteś rozgrzany i gotowy do walki!- powiedziałam czule, wkładając dłoń między kraty. Miękkie chrapy ogiera, drażniły opuszki moich palców. -Idę czyścić siodło kochany. Będziesz wyglądać zaje****ie, ja ci to gwarantuje.
Znowu powędrowałam w stronę paszarni, jednak przy rozwidleniu, skręciłam w prawo, a nie w lewo. Dopadłam moje czarne siodło, zdjęłam z niego osłonkę, następnie z plecaka wyjęłam szczotkę i zamoczyłam w impregnacie. Powolnymi ruchami szorowałam siodło, oczywiście delikatnie, po czym przetarłam je chusteczką, by zebrać nadmiar impregnatu. Ostatnim krokiem było przetarcie siodła chusteczką nabłyszczającą, na szczęście zapakowałam je do plecaka. Siodło odłożyłam na stojak, by wyschło, teraz tylko puśliska oraz strzemiona i nabłyszczyć ogłowie. Czas gonił, była dokładnie 5.46, miałam więc 14 minut na wyczyszczenie reszty osprzętu. Włączyłam turbo doładowanie i czyszczenie skończyłam dokładnie minutę po szóstej. Wysuszone siodło, nakryłam pokrowcem, a ogłowie otoczyłam szarym materiałem. Lekko zestresowana poszłam do Karosza, gdyż musiałam go napoić.
-No, zaraz będziemy cię myć!- rozbawiona zabrałam wiadro na wodę i przeszłam od boksu do kranu, gdzie nalałam cały litr. Jeden litr to nie mało, więc skończyło się na tym, iż by nie uronić ani kropli, sunęłam wiadrem po płytkach. Dotaszczyłam wiadro do boksu, po czym wstawiłam je do boksu. Ogier łypnął na wodę i cofnął się przerażony i potrząsnął głową, niespodziewanie kopnął wiadro. Na szczęście ów przedmiot nie przewrócił się, a jedynie uronił parę kropli. Chwilowy zawał i po sprawie- nie chciało mi się teraz wymieniać mokrej słomy na suchą. Mimo woli uśmiechnęłam się, choć w tej sytuacji bardziej odpowiednie byłoby skarcenia wychowania.
-Esma! Naomi! Myjemy konie! Już! - głos Lily rozniósł się echem po budynku.
-Idę już! Tylko uwiąz jakiś znajdę!- odpowiedziałam, biegnąc na koniec korytarza, w mgnieniu oka pochwyciłam czerwony uwiąz należący do mnie. Rozwinęłam go i oceniłam, iż długość będzie odpowiednia do tego zadania. Zadowolona otworzyłam boks ogiera i przypięłam do kantaru sznurek, następnie wykonywałam próby wyprowadzenia konia z boksu. Wyraźnie się stawiał, robił tzw. Koński protest, zakończony ludzką wygraną- zastosowałam podstęp. Kostka cukru zdziała cuda, a zwłaszcza przy Demonie, który wręcz wariuje na widok białego kwadracika. Już przy myjce, przywiązałam konia. Naomi i Lily śladu brak, więc melancholijnie (?) oparłam się o bramkę, z uwagą nasłuchując. Dziewczyny zjawiły się chwilkę po mnie- blondynka lekko zaspana i ciągnącą za sobą Empiryka. Spartan był już przywiązany, by czasem nie urządził sobie szybkiego wypadu na trawkę. Gdy wszystkie 3 konie zostały już solidnie przywiązane, włączyłyśmy wodę. Karosz na początku skutecznie uciekał od strumienia wody, jednak po chwili, zaznajamiając się z wodą, włączył tryb leeway i pozwolił na swobodne obmywanie kopytek. Gdy przestał drobić nogami, włączyłam mocniejszy strumień i przeszłam do oblewania podbrzusza, następnie wszystkich części grzbietu. Oczy Dracula świdrowały wszystko, jakby badając czy otoczenie jest bezpieczne. Spartan stał spokojnie, oddając się masażowi, który zafundowała mu Lily, za to Gniady Naomi szarpał uwiązem. No i przyszła kolej na mydlenie, którego Demon wprost nie znosił, aż kiedyś zerwał się z uwiązu, no i potem dostał lanie... Chciałam mieć to za sobą, Demon na pewno też, więc czym prędzej wylałam trochę szamponu na jego sierść, na co Kary zareagował głośnym pomrukiem niezadowolenia. Powoli wmasowywałam szampon w jego sierść, ku mojemu zdziwieniu Demon stał bardzo spokojnie, od czasu do czasu kwitując wszystko cichym rżeniem. Gdy cała powierzchnia została pokryta przez białą pianę, gdzieniegdzie zabarwioną na kolor brązowy, chwyciłam masażer i energicznymi ruchami masowałam ogiera, co sprawiło mu dużo przyjemności. Czasami Kary okazywał to cichym pomrukiem, a on jeszcze miał zamknięte oczy-czy to nie pełnia szczęścia?
-Może wystarczy tego masażu? Spartan zrobi się zazdrosny...- zaśmiała się Lily.- Masz drugi masażer?
-Taak...gdzieś powinien być, aczkolwiek go nie ma...- podrapałam się po głowie, zapominając, iż moje dłonie były składowiskiem piany.- Cholera...- brzęknęłam.
Innej reakcji nie mogło być, jak tylko nieopanowany śmiech ze strony dziewczyn. Zdezorientowana sytuacją strzepałam białe bąbelki z rąk i zerknęłam na zegarek, znajdujący miejsce na prawej ręce od wielu lat. ~Jest dokładnie godzina 9, wypadałoby już iść po czysty strój, nawet o tym nie pomyślałam, a Demon nadal niespłukany... No i ciul, spóźnię się trochę...~ Odparłam atak bąbelków bezbłędnie, chwyciłam za wąż i odkręciłam wodę, następnie sprawdziłam, czy nie jest za gorąca, bo...yh...dzień był wystarczająco duszny, byłabym w siódmym niebie, gdyby zawody przesunęli na jutro. Motorek w dupie uruchomił się natychmiast, gdy uświadomiłam sobie, że suszenie konia zajmie dobre 20 minut... Kończenie spłukiwania odbywało się w trudnych warunkach, gdyż stajnia zapełniała się powoli uczniami, głodnymi wrażeń. Tak czy inaczej, przepchnęłam się między ludźmi, z wręcz osłupiałym Karym. Zaczęłam chodzić z nim wkoło, nudząc się w cholerę, oglądając sobie buty, które swoją drogą już niedługo pójdą na solidną naprawę do szewca. Należyty czas minął, a odzienie konia było już suche. Podeszłam do stojaka i przywiązałam Demona, mając nadzieję, że nie ucieknie w siną dal, a następnie wróci 80 dni później i przywita się okrzykiem „W 80 DNI DOOKOŁA ŚWIATA!” Gdyby tak się stało, to ja może pójdę na urlop czy coś w tym rodzaju. Oddaliłam się od ogiera, co chwila, upewniając się, czy on nadal stoi w tym samym miejscu, a upewniona w tym pobiegłam do pokoju. Dopadłam klamkę, po czym wyciągnęłam klucz i otworzyłam drzwi. Zadowolona wpadłam do łazienki, by zrobić się na bóstwo. Nie powiem- z czerwoną pomadką wszystko wyglądało lepiej. Włosy związałam w niski kok, a następnie z szafy wyciągnęłam mój strój, zabrałam go ze sobą i co chwila, zerkając na zegarek, zeszłam na dół. Wszystko załatwiłam w niecałe 10 minut, ku mojej uciesze Demon nie poszedł nigdzie, a jego sierść pięknie lśniła we florydzkim słońcu.
-Lily, jak Ci idzie?- zawołałam, przecierając pysk wychowania mokrą gąbeczką.
-Dobrze, Spartan zaraz gotowy!- Lily przeczyszczała jeszcze kopyta Gniadosza, po czym w nagrodę za trzymanie nogi dała mu kostkę cukru.
Kopyta Dracula niestety trzeba było jeszcze wyczyścić, gdyż, no cóż, wdepnął w błoto, przez co jego kopyta zdobiła brązowa maź. Niechętnie zabrałam się za czyszczenie kopyt. Kopystka sunęła po kopycie, zgrabnie omijając strzałkę, ostatni ruch i już.
-Poczekaj chwilkę Wampirku... Chwileczkę. - westchnęłam, chowając się w stajennej toalecie, która w tej chwili posłużyła mi za miejsce do przebrania się, pospolicie znane jako przebieralnia. Zdjęłam roboczy strój, po czym z wieszaka, który z kolei był w pokrowcu, zdjęłam białą, odświętną koszulę z kołnierzykiem, po czym ją założyłam. Kolejną rzeczą była czarna jak smoła lekka marynarka, ze złotym szwem. Cały strój dopełniły jasnobeżowe letnie bryczesy, przepuszczające powietrze. Białe skarpetki i króciutkie białe, przylegające rękawice. Czarne sztyblety, zrobione z dwoiny skóry bydlęcej+ lekko szarawe sztylpy wyglądały trochę komicznie, jak na mój gust. Teraz przejdźmy do siodłania, bo wyjścia z toalety opisywać, po co nie mam. Zapewniam-to nic ciekawego. Zdenerwowanie sięgało zenitu, momentami było tak silne, iż wydawało mi się, że z mojego ciałka zostaną same strzępy. Dopięcie wszystkiego na ostatni guzik (oczywiście w moim ubiorze, Dracul nadal stał bez siodła itd.) nie zajęło mi dużo, teraz trzeba było zabrać się za konia. Dokładnie 28 minut na osiodłanie konia, czyli idealnie. W trymiga znalazłam swoje siodło, czaprak, żel oraz ogłowie z oliwkowym wędzidłem. Najsampierw założyłam białe ogłowie, białe dlatego, iż na karym koniu, czarnego nie byłoby widać. Oczywiście Demon nie chciał wziąć wędzidła, to już taki standard. Następnie na grzbiecie Wampira ułożyłam kolejno żel, czaprak i siodło, po czym ściągnęłam strzemiona w dół. Podpięłam popręg, a Dracul na szczęście stał i nawet mnie nie kopnął mi dopinaniu, a zazwyczaj tak się kończy... Błyskawicznie znalazłam się obok konia, a raczej na koniu, a zaraz obok mnie Spartan z Lily na swoim grzbiecie. Gniadosz, na którym zamierzała wystartować brunetka, grzebał kopytami w ziemi z nudów. Czarna grzywa powiewała pod wpływem ciepłego wiaterku. Komentatorzy, czyli pani Sue Old i pan Lee stali mi mikrofonach i wyczytywali zawodników, kiedyś przyjdzie też nasza kolej. Czekanie w napięciu na pewno nie prowadzi do niczego dobrego, im bardziej my się denerwowałyśmy, tym bardziej konie były spięte. Z głośników padły w końcu nasze imiona, a na ten „znak” ustawiłyśmy się w wyznaczonym punkcie.
-Lily White na koniu Spartan, w parze z Esmą Schrase na koniu Dracula!- męski głos p. Georga odbił się echem, a z widowni dało się usłyszeć gromkie brawa.- Ta para wystartuje jako druga!- serce właśnie mi się zatrzymało. Potok słów padł jeszcze z ust p. Lee, niestety ja nie zrozumiałam już żadnego z nich, do moich uszu wpadał jedynie bełkot. Otrząsnęłam się jednak szybko i wraz z Lily pojechałam na rozprężalnie. Jak sama nazwa wskazuje, teren ten jest po to, by się rozprężyć, a więc zrobiłam rozgrzewkę we wszystkich trzech chodach, później kilka zatrzymań z kłusa. Nie mogło zabraknąć też wolt, które z Demonem wprost kochaliśmy-zawsze wychodziły jakieś jajowate. Głośniki wydały głośny szmer, niestety-a może i stety-usłyszałam swoje imię, już po raz drugi w tym dniu. Tym razem przy mikrofonie stała pani Old i machała do mnie. Przywołana tymi gestami, ustawiłam się obok Lily, przygryzającej dolną wargę.
-Powodzenia!- Lily uśmiechnęła się serdecznie, klepiąc Demona po łopatce.
-Esma Schrase na Demonie przejedzie pierwsza, później chorągiew przejmie Lily na Spartanie!- Sue Old rzuciła w moją stronę białą chorągiewkę, a na ekranie pojawiły się napisy.
Gdy na ekranie pojawił się napis „START”, po prostu wbiłam swoją piętę w bok Karosza, a on wystrzelił, jak z procy, zostawiając za sobą tumany pyłu. W pierwszej chwili zdrowy rozsądek kazał mi wstrzymać konia, bo zapewne w takim tempie wyrąbałby się na pierwszej możliwej przeszkodzie. Białe rękawiczki uniemożliwiały ślizganie mi się wodzy w dłoniach, przez co miałam zdecydowanie większą kontrolę nad ogierem. Do pierwszej przeszkody zostały cztery foule, a galop nadal był zdecydowanie za szybki. Ściągnęłam wodze kilka centymetrów do siebie, co zadziałało na Dracula jak płachta na byka. Coffin wyglądał coraz groźniej, niespodziewanie Wampir zwolnił tuż przed przeszkodą i z lekkością wzbił się w górę, przewożąc mnie na drugą stronę przeszkody.
-Brawo!- chwyciłam wodze na kontakt.
Rów nie wywołał na szczęście większego przerażenia, a wręcz zagrzał nas do walki, byle tak dalej! Nim zdążyliśmy przyzwyczaić się do myśli, że pierwsza przeszkoda już pokonana, przed nami ustawiła się Hydra, nie stała a ruchoma. Niestety Hydry nie darzymy specjalną miłością, na nasze nieszczęście prawie na każdym crossie jest owa przeszkoda. Karosz wydał pomruk zdziwienia, gdy Hydra tak jakby podniosła się do góry, a później znów przybrała swoją dawną wysokość- to było tylko złudzenie. Teraz dodanie byłoby zbędne. Tuż przed przeszkodą, krzyknęłam 'góra”, czując, jak ogier podkula nogi, wydałam cichy jęk szczęścia. Kopyta Holsztyna zahaczyły o żywopłot i tu byłam szczęśliwa, że nie zapomniałam kupić kaloszków. Następne przeszkody to dwa bankiety w sporej odległości od siebie- pierwszy w dół, drugi w górę. Byliśmy coraz bliżej i bliżej bankietu, a Demon mimo moich komend nie zwalniał, biegł z tą samą szybkością i zaciętością. Zanim do mnie dotarło, co się stało, już dawno minęliśmy zeskok w dół i teraz czekał nas wskok na podwyższenie. Podniosłam się do półsiadu, mocniej wtulając się w szyję Holsztyna i zauważyłam, co się stało-wędzidło powiewało spokojnie pod pyskiem wychowanka. ~No k***a, przecież je dokładnie sprawdzałam... To niemożliwe!~
Uciekinier co chwila uderzał Holsztyna w pysk, powodując, że ogier coraz bardziej wariował. Całkowicie mnie zamroczyło, nie mogłam pozwolić, by głupie wędzidło odebrało nam szansę na udany przejazd, a nie dosięgnę pyska i nie włożę wędzidła, bo paski i tak są pourywane. A jeśli nawet bym dosięgnęła, to istniało duże prawdopodobieństwo, że spadnę z konia i zakończę przejazd tym akcentem. Czasu na myślenie nie było, więc puściłam wodze i chwyciłam się grzywy. Mimo utrudnienia, jakim był brak wędzidła, Karosz wskoczył na 70- centymetrowy bankiet, a następnie już na prawie równym terenie zrobiło się dziwnie nisko. Mocniej ścisnęłam boki wierzchowca kolanami (i łydkami), po czym szepnęłam „hop” i znaleźliśmy się na równej powierzchni. Teraz musimy utrzymać takie tempo przez resztę przejazdu, wtedy dobry czas mamy w kieszeni. Mięśnie Karego były mocno spięte, co wyczuwałam wszystkim, co spoza siodła wystaje. Teraz była kolej na stół, dobry poczciwy stół, który bardzo z Draculem lubimy- prosty do przeskoczenia i niewymagający od konia wysiłku. Drzewa otulały ciasno ścieżkę, było słychać jedynie stukot ciężkich kopyt i różne odgłosy leśnych stworzonek. Lekki wiaterek muskał moje rozpalone policzki, ochładzając tym samym rozgrzane ciało Karosza. Przeszkoda była jedynie dwa foule od nas, więc Wampir spiął mięśnie, mocno odepchnął się od ziemi i zgrabnie wylądowaliśmy. Siły zaczęły mnie powoli opuszczać, tyłek odpuścił i tarzał się po siodle, robiąc przy tym niemiłosierny hałas, nie. Hałas to nieodpowiednie stwierdzenie, bardziej pasuje niemiłosiernie wkurzający dźwięk. Można było zauważyć, że Dracul stopniowo zwalnia, szykując się do zakrętu, za którym czekało kolejne utrudnienie trasy, jak dla mnie było całkowicie niepotrzebne, trasa i tak długa. Zaraz za lekkim zakrętem, drzewo leżało na całej szerokości dróżki, więc wyminięcie nie byłoby możliwe, a jeśli nawet, to taki wygodniś straciłby cenne sekundy. Ja jednak w planie takiego wyminięcia nie miałam, bo to można było potraktować jako łamanie zasad, tzw. gra nie fairplay-a to przecież najważniejsze, by wygrywać i przegrywać z klasą, nie oszukując. Wielkie rośliny zasłaniały mi ciutkę widok, hah, no może nie ciutkę-znaczną część. Wiem, że te drzewka to specjalnie, na jesiennym evencie, któryś z uczestników wpakował się w drzewo. Konieczny był teraz ostry skręt, to działanie utrudniało szaleńcze tempo mojego wierzchowca, bez tych skórzanych pasków nie łatwo było mi wykonać skręt. Dobrze, że siodło mi jeszcze nie spadło, wtedy to już na pewno znalazłabym się na pierwszych stronach gazet. Ja się rozgadałam, a zakręt już za nami, ajajaj! Do akcji wkroczył rów z wodą, znienawidzona przeszkoda, z tak samo nielubianym rowem wodnym. Mokre plamy wkoło kłopotu, sugerowały tylko tyle, że na pewno nie wyjdziemy z tego sucho. Pełną kontrolę oddałam Demonowi, trzymając tylko grzywę ogiera i czasami ciągnąc za nią. Belki położone równolegle do rowu uniemożliwiały wyłamanie się konia. Kopyta szkapki zanurzyły się w wodzie, aż do nadpięcia, rozpryskując ciecz wszędzie. Parę kropli nawet dotarło do moich bryczesów, mocząc je troszku. Raz, dwa i hop! Odskok został poprawnie wykonany, nie zwróciłam na to większej uwagi, ale z tego, co zobaczyłam, wynikało, że tak-odskok prawidłowy. W pewnej chwili zaczęło mną po prostu miotać, tak nie może być! Karosz zabarankował, sprawiając, że wróciłam do żywych. Chwyciłam powiewające wodze i przyciągnęłam do siebie. Demon mocno zwolnił, droga do kolejnego utrudnienia była prosta, a do jej pokonania zostało 10 skoków. Robiąc półsiad, nakierowałam konia na przeszkodę + zrobiłam dodanie. Skok udał się i po paru chwilach robiliśmy powtórkę stołu i drzewa. Chorągiew tkwiła od początku w mojej dłoni, próbowałam jej nie upuścić. Następną przeszkodą-tuż po powtórce-była kolejna Hydra, tym razem kilkanaście centymetrów wyższa i szersza. Zielonkawy żywopłot widać było z daleka, więc wczepiłam nogi mocniej w strzemiona i zrobiłam już któryś z kolei półsiad. Stanowczo popchnęłam konia do wyskoku, w obawie, iż nie skoczy prawidłowo. Powoli zwalnialiśmy, a las stawał się rzadszy, przepuszczając chłodny wiaterek. Prosta droga pozwoliła na rozpędzenie się do cwału, niestety już po chwili trzeba było zwalniać. Było trudno zatrzymać taką torpedę, po chwilce trzymania za wodze koń uległ i spokojnym galopem przewiózł mnie przez przeszkodę, nie zostawiając po tamtej stronie. 105- centymetrowy potwór został sprawnie pokonany, a myśl, że czekają nas zaledwie 3 przeszkody, dodała nam skrzydeł. Od teraz plan był dość prosty, łatwy do zrozumienia- szybki galop na prostych i zakrętach, zwalniać przed przeszkodami. Każdy błąd mógł teraz spowodować zatrzymanie się konia, lub po prostu uderzenie w przeszkodę, co byłoby katastrofalne w skutkach. Chód mojego ulubieńca był teraz, jak najbardziej w porządku zważając na to, że zaraz mieliśmy pokonać kolejnego Coffina, tym razem odrobinę niższego. Możliwie szybko pokonaliśmy ową przeszkodę, po czym ruszyliśmy pełną parą na Sunken Road. Grzywa Holsztyna falowała pod wpływem ruchów mocno spoconej szyi. Dokładnie przypominam sobie opis SR- Czteroczłonowa przeszkoda, składająca się z dwóch bankietów i dwóch innych przeszkód na równym terenie. Będzie to z pewnością najtrudniejszy przeciwnik w tej rundzie.
-Teraz pokaż, że jesteś najlepszy! Pokaż to mi!- docisnęłam łydki i zrobiłam półsiad.
Ogier z łatwością wybił się, po czym lekko wylądował po drugiej stronie. Przed nami jeszcze dwa bankiety i jedna inna przeszkoda. Gdy jego łeb uniósł się do góry, zobaczyłam strach, strach przed porażką. Czy ja aby na pewno dobrze robię? Czy ja nie ciągnę swojego konia na śmierć lub ból do końca życia? Zeskok w dół nie był wielki, jednak przednie kopyta powędrowały w dół z niepokojem, co widać było po błyszczących oczach wychowanka. Od razu trzeba było wskoczyć na prawie 90 centymetrowy bankiet. Trudno było nie stracić równowagi, a tym bardziej zachować dobre tempo i jeszcze nie zgubić chorągiewki! Ostatnia przeszkoda została dość sprawnie pokonana, odskok był za bliski, ale spokojnie rozwiązaliśmy sytuację. I tak dotrwaliśmy do końca trasy! Przejazd kończyła Hydra Ruchoma, którą szybko pokonaliśmy i galopowaliśmy do mety! Demon momentalnie zaczął cwałować, i też w tym chodzie przekazałam chorągiewkę Lily. Zsiadłam z konia, robiąc mu szybki prysznic i patrząc, jak Lily znika ze Spartanem w lesie...
Choć wędzidło przeszkodziło nam i pokrzyżowało plany, wiem, że mój Karosz to idealny koń dla mnie, mój jedyny, najukochańszy koń.
****
Niepokojące stukanie w drzwi, nasilające się z każdą chwilę wybudziło mnie z i tak czujnego snu, podniosłam się do pionu i westchnęłam cichutko:
-Kto o tak wczesnej porze mnie niepokoi...- przetarłam oczy, zaścielając symbolicznie łóżko, coby ktoś nie pomyślał, że dopiero wstałam.
Moja kotka łypała spod pościeli, cieplutkiej i mięciutkiej ukochanej pościeli, aż chciałoby się wskoczyć! Przechyliłam niepewnie głowę i ze zdenerwowaniem zerknęłam w stronę zegara, MASZ CI LOS. Okoliczności zmusiły mnie do szybkich porządków, pokój po wczorajszej krzątaninie był w opłakanym stanie, o biurku nie wspominając. Pukanie wznowiło się, tym razem usłyszałam znajomy głos za drzwiami, właściwie dwa znajome głosy.
-Esma! Albo kuźwa otwierasz, albo idziemy bez ciebie!- Naomi była raczej nieźle wkurzona. Zza drzwi, tym razem dobiegły szepty i śmiech, przez co zmuszona byłam podejść do drzwi i szybko je otworzyć, by zobaczyć chichrającą się Naomi...jednak...jej tam nie było. Wychyliłam swój łepek na korytarz i nie dojrzałam nikogo, i z niezadowoleniem zamknęłam drzwi. Do łazienki powędrowałam w celu przemycia twarzy zimną wodą, użycia dezodorantu oraz nałożenia kremu na twarz. Gdy tylko zerknęłam w lustro, przypomniało mi się to, o czym zapomniałam! Na tafli lustra (?) przyklejona była karteczka „Nie zapomnij! Czwartek- losowanie par"- O LOSIE. W trymiga rozczesałam skołtunione włosy, które w obecnej postaci przypominały co najmniej gniazdo ptaków- po przejściu tornada.
-PALI SIĘ!!- zza drzwi dało się słyszeć dramatyczny krzyk. Słysząc, jak drzwi od pokoi moich sąsiadów otwierają się, sama naciągnęłam granatowe bryczesy ze srebrnym lejem i koszulę w szaro- granatową kratę. W popłochu otworzyłam drzwi i aż mnie ze złości jarzyło...
-Cholera jasna!-Lily wraz z Naośką zaczęły uciekać w popłochu, podczas gdy ja ledwo stałam na nogach.
Nasypałam trochę karmy mojej kotce i włożyłam buty, po czym wyszusowałam z pokoju.
-Czego wasze dusze pragną?- charknęłam. Brunetka i blondynka uśmiechnęły się uroczo, robiąc minę niewiniątka, zamrugały oczętami i ponownie się roześmiały. Kilka minut później zajęłyśmy miejsce na sali, klapnęłyśmy na granatowych stołkach obok siebie. Dyrektorka Rose stała na drewnianym podwyższeniu, tzw. mównicy i po raz ostatni czytała po cichu tekst, który miała wyrecytować przed całą Akademią. Gdy wszyscy zajęli już miejsca, kobieta zaczęła przemówienie. Po niecałej godzinie, Elizabeth, wydawało się, że jej mowa zbliża się ku końcowi, ale jednak nie. Nawet pozostali instruktorzy stali pod ścianami i zakrywali twarz dłońmi, próbując ukryć zażenowanie i nudę, pozostawioną przez słowa p. Rose. W końcu, ku uciesze wszystkich, padło te 8 słów:
-A więc losujemy pary na pierwszy etap zawodów!- Dyrektorka dumnie wypięła pierś do przodu i zanurzyła rękę w czarze (?). - Numer 4, panna Esmeralda....wraz z numerkiem...- DLACZEGO ZAWSZE JA NA PIERWSZY OGIEŃ. Spokojnie, obejrzysz śmieszne kotki!- ...z numerkiem 1, panną Lily!
Powiedzmy, że kamień spadł mi z serca, gdy okazało się, że jestem w parze z Lily, która jest tak samo szalona, jak ja, o ile nie bardziej. Po zakończeniu wszyscy ruszyli do pokoi, albowiem pierwszy etap miał odbyć się jutro, co za tym idzie, muszę przygotować Draculę do porządnego wysiłku. Na szczęście, parę rzeczy miałam gotowe, a mianowicie: zupełnie nowy, błękitny czaprak, ślicznie wyglądający na karym Draculu, ochraniacze wystarczy gąbką przetrzeć. Na razie niewypastowane siodło i ogłowie z wędzidłem oliwkowym (czy jakoś tak). Tak więc na dzisiaj wieczór pozostało jedynie wypastować odpowiednim środkiem siodło, które miało dokładnie 4 tygodnie, gdyż tamto uległo tajemniczemu nadzianiu się na płot. Po szybkim napiciu się herbatki malinowej poszłam do stajni, gdzie przebywała już najpewniej połowa uczniów, w tym Lily, z którą miałam wystartować. Wkraczając do stajni dla koni prywatnych, niespodziewanie wpadłam na Naomi, niestety nasza rozmowa skończyła się na wymianie krótkich "cześć". Truchtałam chodnikiem, prowadzącym do stajni, w której stały kobyłki prywatne, zmierzało do niej kilka osób, miałam tylko nadzieję, że zastanę Lily przy boksie któregoś z dwójki jej koni, niestety- najpewniej się rozminęłyśmy. ~No to, teraz...gdzie jesteś moja małpeczko?~ pomyślałam, kremowe kostki przemykały mi pod nogami, biegnąc, nie zauważyłam otwartych drzwi od boksu.... Nie wiem, nie zwróciłam uwagi jakiego konia. W ostatniej chwili przyhamowałam, jednak no cóż, gumy na butach nie mam i nie zatrzymałam się na tyle szybko, by nie wpakować się w drzwiczki, które następnie odbiły się i walnęły w taczki, te uderzyły w bezimiennego chłopaka, przygniatając go swoim ciężarem. No dobra. Może nie bezimiennego, ja po prostu nie pamiętałam jego imienia. Wyglądem przypominał stajennego, niejakiego Malcolma, ale to nie był on.... Malcolm nie przeklina. Przerażona podbiegłam do poszkodowanego wskutek moich poczynań chłopaka. Na moje szczęście blondyn, jak zorientowałam się po wypuszczanych z jego ust gromach i przekleństwach, był najwyraźniej cały zdrów. Odetchnęłam z ulgą, nawet lepiej nie myśleć co by się stało, gdyby chłopak zemdlał, lepiej nie gdybaj Esma- do niczego cię to doprowadzi, a jedynie wpędzi cię w kłopoty. Omijając leżącego, pobiegłam dalej, mając nadzieję, że to ostatnia rozwalona przeze mnie rzecz.
-Masz ci los...- warknęłam z wyraźnymi przerwami między słowami, na tyle głośno, by każda osoba w tym budynku słyszała, o czym w tej chwili myślałam. Ruszyłam dalej, byłam w zasadzie kilka kroków od boksu mojego...hmm...aniołka. Oczywiście nie zabrakło wdepnięcia w gów...łajno konia, będzie ode mnie jeszcze bardziej jechać. Nie mówiąc już nic więcej, dotarłam do boksu
ogiera, który już od samego początku mojego „subtelnego” wkroczenia do stajni, wiedział, że zmierza w jego stronę prawdziwy mistrz zamachów krótkometrażowych. ~ Czyli tak, teraz krótka rozgrzewka, po czym mi uciekniesz, dobra, to możemy wykreślić... Prowadzimy na łąkę, później lonżownik, a na końcu szybkie galopy i oglądanie toru. Tak! To plan idealny!~ Moje myśli wariowały. Szybko chwyciłam uwiąz w kolorze Rose Gold i weszłam do boksu ulubieńca, na tyle stanowczym krokiem, by ogier wiedział, co się szykuje. Jednak cały plan poważnego kroczenia jasny piorun strzelił, Karosz przechylił głowę w bok, przez co jego język wisiał swobodnie po prawej stronie pyska i dyndał, nie mogło być innej reakcji z mojej strony, jak tylko głośny wybuch niekontrolowanego śmiechu, który rozniósł się echem po całej stajni. Zapięłam nieudolnie uwiąz i wyprowadziłam konia z boksu. No to tak, teraz próba nowego uwiązu, tamten urwał się na lonżowaniu, bo ktoś wymyślił (czyt. JA), by przypiąć go do drążka na środku lonżownika i zostawić konia- niech biega sobie wokoło, no przecież uwiąz się nie urwie! Tak czy owak, wyprowadziłam konia na łąkę i zaczęłam go oprowadzać wkoło. Ogier skakał z jednej nogi na drugą, znowu przestępował na pierwszą nogę, i tak przeszliśmy 10 kółek. Zmęczona ciągłym odwracaniem się, odpięłam kantar i zdjęłam go wraz z uwiązem. Wybiegłam z łąki, w głowie ubzdurałam sobie, że Kary pobiegnie za mną, no ale do akcji musiały wkroczyć smakołyki, dzięki którym wychowanek poszedł za mną. Wstawiłam go do boksu, chwyciłam granatową skrzynkę z wszystkim, co do czyszczenia konia potrzeba. Otworzyłam skrzynkę, sprawdziłam, czy niczego nie brakuje. Nie raz zdążało się tak, że ktoś coś ode mnie pożyczał, a następnie zapomniał oddać, i dany przedmiot już nigdy nie trafił w moje ręce. Szybko wyciągnęłam szczotkę ryżową, szybko przecierając sierść podopiecznego, pozbyłam się większości piachu i pyłu. Dracul wydawał się wniebowzięty, gdy wyciągnęłam gumowe zgrzebło, i siłowałam się z cholernymi zaklejkami, które za każdym razem przyprawiały mnie o zawrót głowy. Już nieźle wkurzona walczyłam z małą zaklejką z łajna, gdy w końcu udało mi się ją doczyścić, z bólem uświadomiłam sobie, że została jeszcze druga strona. Zgorszona całą sytuacją, przeszłam pod szyją ogiera i powtórzyłam wszystkie zabiegi na drugiej stronie, niestety równie brudnej, jak poprzednia. Znów toczyłam walkę z tymi wredotami, tym razem myśląc już o samobójstwie. Gdy w końcu skończyłam, zabrałam się za kopyta, co okazało się paskudnym błędem, widać może być coś gorszego niż brudny koń z zaklejkami. Brudne kopyta z błotem! O niee, odejdź siło nieczysta. Opuśćmy ten temat, skwituję tylko wszystkie zabiegi pielęgnacyjne tym, iż byłam cała wybrudzona, a Dracul za to czysty. Jeśli pozwolicie, przejdę do ciekawszych tematów, jk na przykład lonżowanie. Założyłam ogierowi biały długi czaprak, po czym zapięłam pas do woltyżerki, do tego ogłowie z zawiązanymi wodzami. Dopięłam jeden długi, nieznanego pochodzenia uwiąz i tak przygotowanego Holsztyna, wyprowadziłam na świeże florydzkie powietrze.
-Esma! Esma!- usłyszałam za sobą, odwróciłam się na pięcie, po czym uśmiechnęłam się, widząc Lily wraz ze Spartanem.
-Czego pragniesz od mojej skromnej osóbki?- skrzyżowałam ręce i przechyliłam makówkę w bok.
-Czy skromnej, pewna nie jestem, ale do rzeczy. Jedziesz może na przejażdżkę? Ja ze Spartanem się wybieram, więc może dołączysz i pooglądamy tor?- zapytała, wciąż trzymając na wodzy konia. Skwitowałam to jedynie głośnym parsknięciem, po czym dodałam nieco ciszej:
-I ty się jeszcze pytasz, Partnerko.- powiedziałam, usiłując przybrać poważny wyraz twarzy. Oczywiście z boku dobiegł chichot. No tak, wyrażenie „Partnerko” ma dwa znaczenia. Zignorowałam rozbawione nastolatki i wprowadziłam Draculę na padok, służący teraz lonżowaniu nieparzystokopytnych.
-Będziemy czekać przy torze!- Lily krzyknęła, wbijając pięty w boki konia, który w odpowiedzi ruszył kłusem, po czym zniknęli za rogiem.
Sytuacja, która przed chwilą zaszła, zmusiła mnie do skrócenia czasu na lonżowniku. Pośpieszyłam Draculę do kłusa, początkowo ogier z kłusa przechodził do wolnego galopu, wtedy musiałam go zatrzymywać i kłus od nowa. Moje zmagania z podopiecznym trwały kilka, kilkanaście minut, gdy zrozumiałam, że minęło sporo czasu, i najwyższa pora, by go osiodłać. Sprawdziłam jeszcze kopyta na wszelki wypadek. Po szybkim przeciągnięciu kopystką po kopytach wpakowałam na jego grzbiet siodło, a następnie zdjęłam kantar i założyłam ogłowie bezwędzidłowe. Na samym końcu przełożyłam grzywkę i dopięłam popręg, szybko wsiadłam na Karosza, z góry jeszcze wszystko po sprawdzałam. Spokojnie dołożyłam łydkę i równym kłusem pojechaliśmy w stronę lasu. Gdy tylko wjechaliśmy w rzadki las, przywitał nas świergot ptaków.
-O! Patrz! Słowik! (czy na Florydzie są słowiki?) -krzyknęłam sama do siebie, a w zasadzie do Dracula, on jednak zarżał łagodnie, jakby chcąc mi powiedzieć, że jest zazdrosny. Poklepałam szyję konia w odpowiedzi, po czym szepnęłam.- To teraz poszukamy Lily, tak?- tym razem niedane było mi usłyszeć odpowiedź, ponieważ Kary niespodziewanie ruszył galopem.
W oddali majaczyła sylwetka nieokreśonej osoby, jednak gniady koń, na którym owa osóbka jechała, łudząco przypominał Spartana- 6-letniego KWPN Lilianny. Dziękując ogierowi w głowie, zrobiłam półsiad i dojechałam do dziewczyny.
-Cześć!- z ust brunetki wypadło to słowo, dokładnie w tym momencie, gdy zatrzymałam Draculę. Odpowiedziałam krótkim „Hej!”, uznając, że to wystarczająco.
Po krótkiej wymianie pytań ruszyłyśmy na tor, gdzie krzątała się ekipa, wynajęta przez Akademię, w celu ustawienia i ozdobienia toru. Przeszkody zostały już ułożone, pracownicy odpoczywali, niektórzy kończyli pić wodę, a inni raczyli się kanapką z serem i szynką- zapach był nieprzyjemny- połączenie potu+zapach szynki = nic przyjemnego. Na torze świeciło pustkami, wszyscy pracujący tam znajdowali się, jak już wspomniałam, z boku na malutkiej równinie. Korzystając z tego, zsiadłyśmy z koni. Pierwszy rzut oka i załamanie. Doliczyłam się dokładnie pełnej 15 przeszkód, na tyle trudnych, iż była spora szansa, że Dracul dostanie fioła i w cwale staranuje wszystko, co do joty, a na końcu wytaplany w błotku, ze mną półżywą na swoim grzbiecie, ukłoni się przed widownią, powodując, iż wlecę do poidła, zachłysnę się wodą i umrę.
-Ten stół, z 10, wygląda bardzo ludobójczo...- zauważyłam, wskazując na drewnianą przeszkodę a obok dwa drzewka, zapewne właściciele zaplanowali, że koń się przestraszy i odgalopuje, zostawiając jeźdźca na pastwę losu.
-Biedactwo! - Lilka symulowała zmartwienie, po czym z tą samą miną wskazała na przeszkodę z numerkiem 8.- Za to Wąski Front wygląda całkiem niegroźnie. Ja i Moon pokonywałyśmy go na ostatnich zawodach, poszło gładko, ale musisz dobrze naprowadzić konia.- poinstruowała Lily, dziewczyny z większym doświadczeniem warto słuchać. Wyciągnęłam notes z plecaka i zanotowałam na stronie z numerkiem 3 zatytułowanej jako „Wskazówki". Szybko wybazgrałam rysunek, w zamyśle przedstawiający Wąski Front, jednak wyszła z tego tylko jakaś skrzynka z dwoma pachołkami po bokach. Zapiski zawsze są przydatne, ale i tak będę musiała przestudiować cały tor, z prostej przyczyny, jaką jest to, iż jadę pierwsza. Z zaintrygowaniem obchodziłam każdą przeszkodę z osobna, dając do powąchania Draculowi, który z każdą przeszkodą rżał z coraz większym zniecierpliwieniem. Gdy wszystkie przeszkody na jutrzejszy cross zostały przeze mnie dobitnie sprawdzone, usadowiłam się na trawie i ponownie wyciągnęłam plik kartek, oprawionych w twardą, bursztynową okładkę ze złotym napisem „Notes". Oglądając jeszcze z grubsza tor, poczęłam machać czarnym automatycznym ołówkiem to w prawo, to w lewo-troszkę w górę, a innym razem znów w dół. I tak oto powstał symboliczny, prosty rysunek całego toru na kartce z numerem 6. Zebrałyśmy się z toru, około godziny 21, gdyż słońce zaszło już za horyzont, ustępując miejsca księżycowi. Z Lily rozstałyśmy się przed akademikiem, gdyż musiałam pójść na szybkie zakupy. W tym celu pobiegłam do najbliższego spożywczaka i zaczęłam przeglądać półki. Klienci przewijali się przez sklep w zawrotnym tempie, niektórzy brali dwa piwa, po czym płacili i wychodzili. Ja wybrałam kilka produktów najbardziej potrzebnych, takich jak woda, marchewki, jabłka, kostki cukru, olejek eteryczny, herbata, cola oraz Gerberek w tubce od 6 miesiąca życia- ostatnio namiętnie testuję wszystkie dostępne smaki Gerberków i doszłam do wniosku, że najbardziej do gustu przypadł mi mango, marchew i jabłko. Wróciłam do akademika i piekielnie zmęczona padłam na łóżko w swoim pokoju. Rozpakowałam wszystko, co kupiłam i poszłam przygotować się do snu. Piżamka patrzyła na mnie z kąta, prosząc, bym w końcu ją ubrała, a więc ulegając namowom, wciągnęłam na siebie krótkie, dresowe spodenki oraz biały top. Odpaliłam mój szmaragdowy laptop firmy Lenovo i oglądnęłam pierwszy lepszy film. Nie zwracałam uwagi na temat, jaki w nim poruszają. Z tego, co patrzyłam, chodziło o zakochaną nastolatkę- tak zwany standard wieczornego kina. Czytałam instruktaże, patrzyłam na tor, łypałam na film, popijając herbatą i zajadając Gerberka.- wszystko w koło Macieju. Powieki w pewnym momencie stały się zbyt ciężkie, by je utrzymać, więc ostatkiem sił ruszyłam do łazienki, a tam wykonałam kilka ( kilkanaście) czynności, które są podstawą nocnej pielęgnacji. Na koniec umyłam zęby i położyłam się do łóżka. Teraz macham wam z łódki, która odpływa do krainy Morfeusza.
****
Natarczywe pikanie budzika zrujnowało doszczętnie mój sen. Była godzina 4 rano, dokładnie za 6 godzin odbędzie się pierwszy etap zawodów. Przypominając sobie o tym, zaczęłam skakać na łóżku, jeden skok zakończyć się lądowaniem na podłodze, zdecydowanie nie należało to do przyjemności tego dnia. Z nową energią podniosłam się z dywanu i pognałam do łazienki, by przemyć twarz sporą ilością wody. À propos, wspominałam, że jestem rakiem? Nie? No trudno... Już znacznie ożywiona, udałam się spokojnie do stajni. Świecąca pustkami stajnia dla koni prywatnych, stała się chwilową kawiarenką dla mnie i dla mojego konia. Pogłaskałam jego kość nosową, mocno wystającą kość nosową, trzeba dodać. Tak naprawdę o tej godzinie w stajni nie było co robić, postanowiłam więc nakarmić Draculę, by przetrawił wszystko wcześniej. Zabrałam wiadro do jego paszy i szybkim krokiem poszłam do paszarni. Popatrzyłam na rozpiskę i przeszłam do stanowiska z paszami. Spokojnie przeglądałam worki z jedzeniem dla kopytnych, czasami schylając się, aż na końcu zdecydowałam, że nakarmię go gniecionym owsem, leżącym w paszarni ponad 5 miesięcy, zielonką, a na samym dnie zakopię 4 ćwiartki jabłka. Tak przygotowane wiadro, ważące na moje oko 1,5 kg, zaniosłam ogierowi, a on, gdy tylko zobaczył, co się święci, zaczął rżeć przeraźliwie. Heh, czyli wszystkim humor przed jedzeniem się poprawia, nie tylko ludziom, ale i jak się okazuje koniom. Otworzyłam trzymadło do żłobów i włożyłam tam wiadro, następnie ostrożnie wsunęłam je do boksu, a Dracula od razu rzucił się do jedzenia.
-Ach Demon! Wiem, że wiesz, co jest dzisiaj, zawody! Mam nadzieję, że jesteś rozgrzany i gotowy do walki!- powiedziałam czule, wkładając dłoń między kraty. Miękkie chrapy ogiera, drażniły opuszki moich palców. -Idę czyścić siodło kochany. Będziesz wyglądać zaje****ie, ja ci to gwarantuje.
Znowu powędrowałam w stronę paszarni, jednak przy rozwidleniu, skręciłam w prawo, a nie w lewo. Dopadłam moje czarne siodło, zdjęłam z niego osłonkę, następnie z plecaka wyjęłam szczotkę i zamoczyłam w impregnacie. Powolnymi ruchami szorowałam siodło, oczywiście delikatnie, po czym przetarłam je chusteczką, by zebrać nadmiar impregnatu. Ostatnim krokiem było przetarcie siodła chusteczką nabłyszczającą, na szczęście zapakowałam je do plecaka. Siodło odłożyłam na stojak, by wyschło, teraz tylko puśliska oraz strzemiona i nabłyszczyć ogłowie. Czas gonił, była dokładnie 5.46, miałam więc 14 minut na wyczyszczenie reszty osprzętu. Włączyłam turbo doładowanie i czyszczenie skończyłam dokładnie minutę po szóstej. Wysuszone siodło, nakryłam pokrowcem, a ogłowie otoczyłam szarym materiałem. Lekko zestresowana poszłam do Karosza, gdyż musiałam go napoić.
-No, zaraz będziemy cię myć!- rozbawiona zabrałam wiadro na wodę i przeszłam od boksu do kranu, gdzie nalałam cały litr. Jeden litr to nie mało, więc skończyło się na tym, iż by nie uronić ani kropli, sunęłam wiadrem po płytkach. Dotaszczyłam wiadro do boksu, po czym wstawiłam je do boksu. Ogier łypnął na wodę i cofnął się przerażony i potrząsnął głową, niespodziewanie kopnął wiadro. Na szczęście ów przedmiot nie przewrócił się, a jedynie uronił parę kropli. Chwilowy zawał i po sprawie- nie chciało mi się teraz wymieniać mokrej słomy na suchą. Mimo woli uśmiechnęłam się, choć w tej sytuacji bardziej odpowiednie byłoby skarcenia wychowania.
-Esma! Naomi! Myjemy konie! Już! - głos Lily rozniósł się echem po budynku.
-Idę już! Tylko uwiąz jakiś znajdę!- odpowiedziałam, biegnąc na koniec korytarza, w mgnieniu oka pochwyciłam czerwony uwiąz należący do mnie. Rozwinęłam go i oceniłam, iż długość będzie odpowiednia do tego zadania. Zadowolona otworzyłam boks ogiera i przypięłam do kantaru sznurek, następnie wykonywałam próby wyprowadzenia konia z boksu. Wyraźnie się stawiał, robił tzw. Koński protest, zakończony ludzką wygraną- zastosowałam podstęp. Kostka cukru zdziała cuda, a zwłaszcza przy Demonie, który wręcz wariuje na widok białego kwadracika. Już przy myjce, przywiązałam konia. Naomi i Lily śladu brak, więc melancholijnie (?) oparłam się o bramkę, z uwagą nasłuchując. Dziewczyny zjawiły się chwilkę po mnie- blondynka lekko zaspana i ciągnącą za sobą Empiryka. Spartan był już przywiązany, by czasem nie urządził sobie szybkiego wypadu na trawkę. Gdy wszystkie 3 konie zostały już solidnie przywiązane, włączyłyśmy wodę. Karosz na początku skutecznie uciekał od strumienia wody, jednak po chwili, zaznajamiając się z wodą, włączył tryb leeway i pozwolił na swobodne obmywanie kopytek. Gdy przestał drobić nogami, włączyłam mocniejszy strumień i przeszłam do oblewania podbrzusza, następnie wszystkich części grzbietu. Oczy Dracula świdrowały wszystko, jakby badając czy otoczenie jest bezpieczne. Spartan stał spokojnie, oddając się masażowi, który zafundowała mu Lily, za to Gniady Naomi szarpał uwiązem. No i przyszła kolej na mydlenie, którego Demon wprost nie znosił, aż kiedyś zerwał się z uwiązu, no i potem dostał lanie... Chciałam mieć to za sobą, Demon na pewno też, więc czym prędzej wylałam trochę szamponu na jego sierść, na co Kary zareagował głośnym pomrukiem niezadowolenia. Powoli wmasowywałam szampon w jego sierść, ku mojemu zdziwieniu Demon stał bardzo spokojnie, od czasu do czasu kwitując wszystko cichym rżeniem. Gdy cała powierzchnia została pokryta przez białą pianę, gdzieniegdzie zabarwioną na kolor brązowy, chwyciłam masażer i energicznymi ruchami masowałam ogiera, co sprawiło mu dużo przyjemności. Czasami Kary okazywał to cichym pomrukiem, a on jeszcze miał zamknięte oczy-czy to nie pełnia szczęścia?
-Może wystarczy tego masażu? Spartan zrobi się zazdrosny...- zaśmiała się Lily.- Masz drugi masażer?
-Taak...gdzieś powinien być, aczkolwiek go nie ma...- podrapałam się po głowie, zapominając, iż moje dłonie były składowiskiem piany.- Cholera...- brzęknęłam.
Innej reakcji nie mogło być, jak tylko nieopanowany śmiech ze strony dziewczyn. Zdezorientowana sytuacją strzepałam białe bąbelki z rąk i zerknęłam na zegarek, znajdujący miejsce na prawej ręce od wielu lat. ~Jest dokładnie godzina 9, wypadałoby już iść po czysty strój, nawet o tym nie pomyślałam, a Demon nadal niespłukany... No i ciul, spóźnię się trochę...~ Odparłam atak bąbelków bezbłędnie, chwyciłam za wąż i odkręciłam wodę, następnie sprawdziłam, czy nie jest za gorąca, bo...yh...dzień był wystarczająco duszny, byłabym w siódmym niebie, gdyby zawody przesunęli na jutro. Motorek w dupie uruchomił się natychmiast, gdy uświadomiłam sobie, że suszenie konia zajmie dobre 20 minut... Kończenie spłukiwania odbywało się w trudnych warunkach, gdyż stajnia zapełniała się powoli uczniami, głodnymi wrażeń. Tak czy inaczej, przepchnęłam się między ludźmi, z wręcz osłupiałym Karym. Zaczęłam chodzić z nim wkoło, nudząc się w cholerę, oglądając sobie buty, które swoją drogą już niedługo pójdą na solidną naprawę do szewca. Należyty czas minął, a odzienie konia było już suche. Podeszłam do stojaka i przywiązałam Demona, mając nadzieję, że nie ucieknie w siną dal, a następnie wróci 80 dni później i przywita się okrzykiem „W 80 DNI DOOKOŁA ŚWIATA!” Gdyby tak się stało, to ja może pójdę na urlop czy coś w tym rodzaju. Oddaliłam się od ogiera, co chwila, upewniając się, czy on nadal stoi w tym samym miejscu, a upewniona w tym pobiegłam do pokoju. Dopadłam klamkę, po czym wyciągnęłam klucz i otworzyłam drzwi. Zadowolona wpadłam do łazienki, by zrobić się na bóstwo. Nie powiem- z czerwoną pomadką wszystko wyglądało lepiej. Włosy związałam w niski kok, a następnie z szafy wyciągnęłam mój strój, zabrałam go ze sobą i co chwila, zerkając na zegarek, zeszłam na dół. Wszystko załatwiłam w niecałe 10 minut, ku mojej uciesze Demon nie poszedł nigdzie, a jego sierść pięknie lśniła we florydzkim słońcu.
-Lily, jak Ci idzie?- zawołałam, przecierając pysk wychowania mokrą gąbeczką.
-Dobrze, Spartan zaraz gotowy!- Lily przeczyszczała jeszcze kopyta Gniadosza, po czym w nagrodę za trzymanie nogi dała mu kostkę cukru.
Kopyta Dracula niestety trzeba było jeszcze wyczyścić, gdyż, no cóż, wdepnął w błoto, przez co jego kopyta zdobiła brązowa maź. Niechętnie zabrałam się za czyszczenie kopyt. Kopystka sunęła po kopycie, zgrabnie omijając strzałkę, ostatni ruch i już.
-Poczekaj chwilkę Wampirku... Chwileczkę. - westchnęłam, chowając się w stajennej toalecie, która w tej chwili posłużyła mi za miejsce do przebrania się, pospolicie znane jako przebieralnia. Zdjęłam roboczy strój, po czym z wieszaka, który z kolei był w pokrowcu, zdjęłam białą, odświętną koszulę z kołnierzykiem, po czym ją założyłam. Kolejną rzeczą była czarna jak smoła lekka marynarka, ze złotym szwem. Cały strój dopełniły jasnobeżowe letnie bryczesy, przepuszczające powietrze. Białe skarpetki i króciutkie białe, przylegające rękawice. Czarne sztyblety, zrobione z dwoiny skóry bydlęcej+ lekko szarawe sztylpy wyglądały trochę komicznie, jak na mój gust. Teraz przejdźmy do siodłania, bo wyjścia z toalety opisywać, po co nie mam. Zapewniam-to nic ciekawego. Zdenerwowanie sięgało zenitu, momentami było tak silne, iż wydawało mi się, że z mojego ciałka zostaną same strzępy. Dopięcie wszystkiego na ostatni guzik (oczywiście w moim ubiorze, Dracul nadal stał bez siodła itd.) nie zajęło mi dużo, teraz trzeba było zabrać się za konia. Dokładnie 28 minut na osiodłanie konia, czyli idealnie. W trymiga znalazłam swoje siodło, czaprak, żel oraz ogłowie z oliwkowym wędzidłem. Najsampierw założyłam białe ogłowie, białe dlatego, iż na karym koniu, czarnego nie byłoby widać. Oczywiście Demon nie chciał wziąć wędzidła, to już taki standard. Następnie na grzbiecie Wampira ułożyłam kolejno żel, czaprak i siodło, po czym ściągnęłam strzemiona w dół. Podpięłam popręg, a Dracul na szczęście stał i nawet mnie nie kopnął mi dopinaniu, a zazwyczaj tak się kończy... Błyskawicznie znalazłam się obok konia, a raczej na koniu, a zaraz obok mnie Spartan z Lily na swoim grzbiecie. Gniadosz, na którym zamierzała wystartować brunetka, grzebał kopytami w ziemi z nudów. Czarna grzywa powiewała pod wpływem ciepłego wiaterku. Komentatorzy, czyli pani Sue Old i pan Lee stali mi mikrofonach i wyczytywali zawodników, kiedyś przyjdzie też nasza kolej. Czekanie w napięciu na pewno nie prowadzi do niczego dobrego, im bardziej my się denerwowałyśmy, tym bardziej konie były spięte. Z głośników padły w końcu nasze imiona, a na ten „znak” ustawiłyśmy się w wyznaczonym punkcie.
-Lily White na koniu Spartan, w parze z Esmą Schrase na koniu Dracula!- męski głos p. Georga odbił się echem, a z widowni dało się usłyszeć gromkie brawa.- Ta para wystartuje jako druga!- serce właśnie mi się zatrzymało. Potok słów padł jeszcze z ust p. Lee, niestety ja nie zrozumiałam już żadnego z nich, do moich uszu wpadał jedynie bełkot. Otrząsnęłam się jednak szybko i wraz z Lily pojechałam na rozprężalnie. Jak sama nazwa wskazuje, teren ten jest po to, by się rozprężyć, a więc zrobiłam rozgrzewkę we wszystkich trzech chodach, później kilka zatrzymań z kłusa. Nie mogło zabraknąć też wolt, które z Demonem wprost kochaliśmy-zawsze wychodziły jakieś jajowate. Głośniki wydały głośny szmer, niestety-a może i stety-usłyszałam swoje imię, już po raz drugi w tym dniu. Tym razem przy mikrofonie stała pani Old i machała do mnie. Przywołana tymi gestami, ustawiłam się obok Lily, przygryzającej dolną wargę.
-Powodzenia!- Lily uśmiechnęła się serdecznie, klepiąc Demona po łopatce.
-Esma Schrase na Demonie przejedzie pierwsza, później chorągiew przejmie Lily na Spartanie!- Sue Old rzuciła w moją stronę białą chorągiewkę, a na ekranie pojawiły się napisy.
Gdy na ekranie pojawił się napis „START”, po prostu wbiłam swoją piętę w bok Karosza, a on wystrzelił, jak z procy, zostawiając za sobą tumany pyłu. W pierwszej chwili zdrowy rozsądek kazał mi wstrzymać konia, bo zapewne w takim tempie wyrąbałby się na pierwszej możliwej przeszkodzie. Białe rękawiczki uniemożliwiały ślizganie mi się wodzy w dłoniach, przez co miałam zdecydowanie większą kontrolę nad ogierem. Do pierwszej przeszkody zostały cztery foule, a galop nadal był zdecydowanie za szybki. Ściągnęłam wodze kilka centymetrów do siebie, co zadziałało na Dracula jak płachta na byka. Coffin wyglądał coraz groźniej, niespodziewanie Wampir zwolnił tuż przed przeszkodą i z lekkością wzbił się w górę, przewożąc mnie na drugą stronę przeszkody.
-Brawo!- chwyciłam wodze na kontakt.
Rów nie wywołał na szczęście większego przerażenia, a wręcz zagrzał nas do walki, byle tak dalej! Nim zdążyliśmy przyzwyczaić się do myśli, że pierwsza przeszkoda już pokonana, przed nami ustawiła się Hydra, nie stała a ruchoma. Niestety Hydry nie darzymy specjalną miłością, na nasze nieszczęście prawie na każdym crossie jest owa przeszkoda. Karosz wydał pomruk zdziwienia, gdy Hydra tak jakby podniosła się do góry, a później znów przybrała swoją dawną wysokość- to było tylko złudzenie. Teraz dodanie byłoby zbędne. Tuż przed przeszkodą, krzyknęłam 'góra”, czując, jak ogier podkula nogi, wydałam cichy jęk szczęścia. Kopyta Holsztyna zahaczyły o żywopłot i tu byłam szczęśliwa, że nie zapomniałam kupić kaloszków. Następne przeszkody to dwa bankiety w sporej odległości od siebie- pierwszy w dół, drugi w górę. Byliśmy coraz bliżej i bliżej bankietu, a Demon mimo moich komend nie zwalniał, biegł z tą samą szybkością i zaciętością. Zanim do mnie dotarło, co się stało, już dawno minęliśmy zeskok w dół i teraz czekał nas wskok na podwyższenie. Podniosłam się do półsiadu, mocniej wtulając się w szyję Holsztyna i zauważyłam, co się stało-wędzidło powiewało spokojnie pod pyskiem wychowanka. ~No k***a, przecież je dokładnie sprawdzałam... To niemożliwe!~
Uciekinier co chwila uderzał Holsztyna w pysk, powodując, że ogier coraz bardziej wariował. Całkowicie mnie zamroczyło, nie mogłam pozwolić, by głupie wędzidło odebrało nam szansę na udany przejazd, a nie dosięgnę pyska i nie włożę wędzidła, bo paski i tak są pourywane. A jeśli nawet bym dosięgnęła, to istniało duże prawdopodobieństwo, że spadnę z konia i zakończę przejazd tym akcentem. Czasu na myślenie nie było, więc puściłam wodze i chwyciłam się grzywy. Mimo utrudnienia, jakim był brak wędzidła, Karosz wskoczył na 70- centymetrowy bankiet, a następnie już na prawie równym terenie zrobiło się dziwnie nisko. Mocniej ścisnęłam boki wierzchowca kolanami (i łydkami), po czym szepnęłam „hop” i znaleźliśmy się na równej powierzchni. Teraz musimy utrzymać takie tempo przez resztę przejazdu, wtedy dobry czas mamy w kieszeni. Mięśnie Karego były mocno spięte, co wyczuwałam wszystkim, co spoza siodła wystaje. Teraz była kolej na stół, dobry poczciwy stół, który bardzo z Draculem lubimy- prosty do przeskoczenia i niewymagający od konia wysiłku. Drzewa otulały ciasno ścieżkę, było słychać jedynie stukot ciężkich kopyt i różne odgłosy leśnych stworzonek. Lekki wiaterek muskał moje rozpalone policzki, ochładzając tym samym rozgrzane ciało Karosza. Przeszkoda była jedynie dwa foule od nas, więc Wampir spiął mięśnie, mocno odepchnął się od ziemi i zgrabnie wylądowaliśmy. Siły zaczęły mnie powoli opuszczać, tyłek odpuścił i tarzał się po siodle, robiąc przy tym niemiłosierny hałas, nie. Hałas to nieodpowiednie stwierdzenie, bardziej pasuje niemiłosiernie wkurzający dźwięk. Można było zauważyć, że Dracul stopniowo zwalnia, szykując się do zakrętu, za którym czekało kolejne utrudnienie trasy, jak dla mnie było całkowicie niepotrzebne, trasa i tak długa. Zaraz za lekkim zakrętem, drzewo leżało na całej szerokości dróżki, więc wyminięcie nie byłoby możliwe, a jeśli nawet, to taki wygodniś straciłby cenne sekundy. Ja jednak w planie takiego wyminięcia nie miałam, bo to można było potraktować jako łamanie zasad, tzw. gra nie fairplay-a to przecież najważniejsze, by wygrywać i przegrywać z klasą, nie oszukując. Wielkie rośliny zasłaniały mi ciutkę widok, hah, no może nie ciutkę-znaczną część. Wiem, że te drzewka to specjalnie, na jesiennym evencie, któryś z uczestników wpakował się w drzewo. Konieczny był teraz ostry skręt, to działanie utrudniało szaleńcze tempo mojego wierzchowca, bez tych skórzanych pasków nie łatwo było mi wykonać skręt. Dobrze, że siodło mi jeszcze nie spadło, wtedy to już na pewno znalazłabym się na pierwszych stronach gazet. Ja się rozgadałam, a zakręt już za nami, ajajaj! Do akcji wkroczył rów z wodą, znienawidzona przeszkoda, z tak samo nielubianym rowem wodnym. Mokre plamy wkoło kłopotu, sugerowały tylko tyle, że na pewno nie wyjdziemy z tego sucho. Pełną kontrolę oddałam Demonowi, trzymając tylko grzywę ogiera i czasami ciągnąc za nią. Belki położone równolegle do rowu uniemożliwiały wyłamanie się konia. Kopyta szkapki zanurzyły się w wodzie, aż do nadpięcia, rozpryskując ciecz wszędzie. Parę kropli nawet dotarło do moich bryczesów, mocząc je troszku. Raz, dwa i hop! Odskok został poprawnie wykonany, nie zwróciłam na to większej uwagi, ale z tego, co zobaczyłam, wynikało, że tak-odskok prawidłowy. W pewnej chwili zaczęło mną po prostu miotać, tak nie może być! Karosz zabarankował, sprawiając, że wróciłam do żywych. Chwyciłam powiewające wodze i przyciągnęłam do siebie. Demon mocno zwolnił, droga do kolejnego utrudnienia była prosta, a do jej pokonania zostało 10 skoków. Robiąc półsiad, nakierowałam konia na przeszkodę + zrobiłam dodanie. Skok udał się i po paru chwilach robiliśmy powtórkę stołu i drzewa. Chorągiew tkwiła od początku w mojej dłoni, próbowałam jej nie upuścić. Następną przeszkodą-tuż po powtórce-była kolejna Hydra, tym razem kilkanaście centymetrów wyższa i szersza. Zielonkawy żywopłot widać było z daleka, więc wczepiłam nogi mocniej w strzemiona i zrobiłam już któryś z kolei półsiad. Stanowczo popchnęłam konia do wyskoku, w obawie, iż nie skoczy prawidłowo. Powoli zwalnialiśmy, a las stawał się rzadszy, przepuszczając chłodny wiaterek. Prosta droga pozwoliła na rozpędzenie się do cwału, niestety już po chwili trzeba było zwalniać. Było trudno zatrzymać taką torpedę, po chwilce trzymania za wodze koń uległ i spokojnym galopem przewiózł mnie przez przeszkodę, nie zostawiając po tamtej stronie. 105- centymetrowy potwór został sprawnie pokonany, a myśl, że czekają nas zaledwie 3 przeszkody, dodała nam skrzydeł. Od teraz plan był dość prosty, łatwy do zrozumienia- szybki galop na prostych i zakrętach, zwalniać przed przeszkodami. Każdy błąd mógł teraz spowodować zatrzymanie się konia, lub po prostu uderzenie w przeszkodę, co byłoby katastrofalne w skutkach. Chód mojego ulubieńca był teraz, jak najbardziej w porządku zważając na to, że zaraz mieliśmy pokonać kolejnego Coffina, tym razem odrobinę niższego. Możliwie szybko pokonaliśmy ową przeszkodę, po czym ruszyliśmy pełną parą na Sunken Road. Grzywa Holsztyna falowała pod wpływem ruchów mocno spoconej szyi. Dokładnie przypominam sobie opis SR- Czteroczłonowa przeszkoda, składająca się z dwóch bankietów i dwóch innych przeszkód na równym terenie. Będzie to z pewnością najtrudniejszy przeciwnik w tej rundzie.
-Teraz pokaż, że jesteś najlepszy! Pokaż to mi!- docisnęłam łydki i zrobiłam półsiad.
Ogier z łatwością wybił się, po czym lekko wylądował po drugiej stronie. Przed nami jeszcze dwa bankiety i jedna inna przeszkoda. Gdy jego łeb uniósł się do góry, zobaczyłam strach, strach przed porażką. Czy ja aby na pewno dobrze robię? Czy ja nie ciągnę swojego konia na śmierć lub ból do końca życia? Zeskok w dół nie był wielki, jednak przednie kopyta powędrowały w dół z niepokojem, co widać było po błyszczących oczach wychowanka. Od razu trzeba było wskoczyć na prawie 90 centymetrowy bankiet. Trudno było nie stracić równowagi, a tym bardziej zachować dobre tempo i jeszcze nie zgubić chorągiewki! Ostatnia przeszkoda została dość sprawnie pokonana, odskok był za bliski, ale spokojnie rozwiązaliśmy sytuację. I tak dotrwaliśmy do końca trasy! Przejazd kończyła Hydra Ruchoma, którą szybko pokonaliśmy i galopowaliśmy do mety! Demon momentalnie zaczął cwałować, i też w tym chodzie przekazałam chorągiewkę Lily. Zsiadłam z konia, robiąc mu szybki prysznic i patrząc, jak Lily znika ze Spartanem w lesie...
Choć wędzidło przeszkodziło nam i pokrzyżowało plany, wiem, że mój Karosz to idealny koń dla mnie, mój jedyny, najukochańszy koń.
Od Lily - pierwszy etap zawodów
Osoba stojąca za prostym w ozdobieniach lustrem wcale mnie nie przypominała, a jeżeli już, to jedynie próbowała nabierać moich kształtów ciała, twarzy. Wargi pozostały rozluźnione, nawet nie dbając o uniesienie kącików ku górze. Delikatna skóra palców u dłoni dokładnie wyczuwała gładki materiał bryczesów, które z opiekuńczością oplatywały moje chude, jasne nogi. Również tej jaśniejszej barwy spodnie wieńczyły dwa czarne czapsy, owijające nogę jeszcze ciaśniej od bryczesów, a gumką przytulając podeszwę sztybletów, których oczywiście na nogach wolałam nie mieć. Mimo to dzisiaj postawiłam na wygodę. Ciemnobrązowy warkocz ciasno upięty, bezwładnie zwisał z ramion, tak jakby już stracił wszelką nadzieję na wzbicie się w jasne powietrze, jednak już teraz wiedziałam, iż tej doby mu tego nie zabraknie. Zmarszczyłam lekko brwi, gdy dostrzegłam jednak zdradzieckie kosmyki, które równie co ja nie chciały zostać częścią mizernego planu na ujarzmienie, chociażby części tej burzy. Duszność w pokoju osiągnęła swój zenit, a otwarte na oścież okna i drzwi nie stanowiły zbytniego znaczenia. Nawet chińskie urządzenie z miejscowego supermarketu nie próbowało stoczyć bitwy z uporczywą temperaturą, a jedynie ośmieliło się na niepewny wiaterek skierowany w moją stronę. W głowie miałam istne piekło przez świadomość, iż jeszcze dzisiejsza sztafeta będzie miała miejsce. Pochwyciwszy silnie zbudowane nakrycie głowy, czym prędzej opuściłam, porośnięty imponującym swym kolorem i wielkością bluszczem budynku i w miarę spokojnym krokiem doszłam do zatłoczonego gmachu stajni. Tamtejsze warunki nawet nie dorastały do przysłowiowych pięt mojej twierdzy, iż duszność była dziesiątki razy gorsza, a ilość uczniów rozsypanych po także znaczącej ilości kątów zdobywała tę nieprzyjemną umiejętność zmuszenia mózgu do uczucia skołowania i momentalnego zblokowania. Tak też ja nie stanowiłam wyjątku, póki jasna dłoń dziewczyny, jak się zdaje przede mną, nie spoczęła na moim ramieniu, starając się o moją świadomość, iż świat nie ma zamiaru specjalnie dla mojej osoby zwalniać. Oczami szybko zmierzyłam dziewczynę, na której twarzy pojawił się mały, z nutką rozbawienia uśmieszek.
— Witaj Partnerko — oficjalny ton widocznie szybko dobiegł do jej małych uszu, po tym, jak naprężone mięśnie ułożyły nasze dłonie w poważnej postawie, na tyle, by je delikatnie ścisnąć.
— Dzień dobry, Panno White, czy jest Pani gotowa na dzisiejszą sztafetę? — zachowując podobny ton, Esma w podobieństwie do mnie była na skraju śmiechu. Uczucie rozbawienia po krótkim czasie przerodziło się w jak najprawdziwszą głupawkę. Wcześniej oporządzone wierzchowce, teraz lśniąca sierść została zakryta cieniem szarego czapraka oraz czarnego siodła. Ogier z początku spokojny zdawał się nabierać coraz więcej energii. No, może nie zupełnie nabierać, co uaktywniać ukryty gejzer.
~*~
Wzrokiem otoczyłam okolicę. Mężczyzna znany również jako pan Lee lojalnie stał przy burym słupku, niezdarnie wbitym w grunt. Słupek ozdabiała jaskrawo marchewkowa flaga i mimo swego małego rozmiaru stanowiła istny dowód, że wiatru dzisiaj jest zupełny brak. Jedynym ratunkiem dla instruktora były ostatki lemoniady, czekającej aż się zamieni w niebezpieczny dla otoczenia wrzątek. Zapewne napój był popisem kulinarnym, którejś z instruktorek, gdyż kucharki, obecnie czekające w domach zapewne na godzinę późniejszą niż zwykle, z powodu zawodów, zwyczajnie nie zdążyłyby jej zrobić.
— Obróć się — łagodnym (jeszcze) głosem nakazałam towarzyszce dać mi możliwość wkłucia srebrnych, malutkich agrafek w ciemną kamizelkę. Do błyszczącego się w urywkach słonecznego światła srebra, została przyczepiona gładka koszulka z numerem naszej pary. Na całe szczęście byłam na tyle pomyślna, że sama wcześniej kartkę doczepiłam, a nie musiałam teraz ryzykować moją krwią, co prawda w śmiesznych ilościach, jednak nadal krwią. Oba ogiery stały spokojnie przywiązane do niedalekiego koniowiązu i błagalnie spoglądały na skrzącą się zielenią trawę, jednak niepozwalający na za dużo uwiąz konsekwentnie trwał w swojej roli.
— Popracujesz, to pojesz — uśmiechnęła się dziewczyna do ogiera, odhaczając kantar zawisły na jednym pasku i bezwiednie spoczywającym na szyi.
— Do startu się przygotowuje Esma Shrase i Lily White. — Nieco zachrypły instruktora sprawił, że ze świstem wypuściłam powietrze, a rękę przeniosłam na szyję Drakuli, podczas zajmowania przez Esmę miejsca w siodle. Dłonią parę razy poklepałam pokrzepiająco nogę dziewczyny, zanim rzeczywiście zdecydowane na udział w zawodach miałyśmy wystartować. Jednak nie tylko poddenerwowany jeździec dostał swoje szczęśliwe poklepanie na powodzenie, a i czarnego jak smoła Drakuli. Nieokrzesany wyrzucił w górę dumnie duży łeb, ukazując swoje temperamentne wnętrze splecione z ognistym charakterem w gruby warkocz. Uśmiechnęłam się delikatnie w stronę przyjaciółki i sama odeszłam z obecnego miejsca swojego pobytu, iż Esma wymagała (nie ukrywając) dość dużo miejsca na starcie. Ostatni raz patrzyłam, jak jasny kitek, zanika początkiem pod czarny kask, a końcówkami chowa się pod równie ciemnej barwy kamizelką ochronną. Dziewczyna pędziła, wyznaczoną drogą jakby była błyskiem od pioruna, który zręcznie wyprzedza swego rywala grzmota. Sekundy leciały coraz szybciej, zupełnie jakby stanowiły kolnego zawodnika w wakacyjnych tak naprawdę zabawach, które większość wzięła jako całkiem poważniejszy temat. Nie odrywając wzroku od imponująco pędzącej pary szaleńców, zdecydowanym ruchem ściągnęłam strzemiona na sam dół, odbezpieczając je na tyle, bym mogła spokojnie zająć miejsce na grzbiecie Spartana, oczywiście otulonym przez cięższe siodło. Poczułam, jak zniecierpliwiony ogier po raz kolejny postawił z impetem smukłe, aczkolwiek silne kopyto, z którego niezliczone zasoby energii aż parowały, pozostawiając dookoła mgłę napięcia i niecierpliwości. Uważnie wzrokiem mierzyłam każdy sygnał Esmeraldy w stronę Demona, zanim oboje dosłownie przelecieli nad przeszkodą. Jeszcze parę chwil, a zniknęli za szmaragdem krzaków parę metrów ode mnie, oraz uciekli od mojego dociekliwego wzroku odsyłanego wprost z grafitowych oczów. Cicho westchnęłam, starając się stworzyć choć krztę nadziei, iż nic im się nie stało. Nie mal parę sekund później do uszu dobiegł cudowny dźwięk rozbijanych tafli wodę przez kopyta ogiera, jakie dopiero za parę minut miałam się zmierzyć ja. Wypuściłam z świstem powietrze przez usta, kierując oczy na kłąb gniadosza, który kolejny raz zadrżał pod wpływem siodła, bądź innych latających istot, których życia nadal mogę być święcie pewna, jak i ich odwiecznej złośliwości do większych oddychających. Ciemna grzywa została gdzieś rozwiana na drugi bok, sama nie jestem pewna czy dobrze zrobiłam, nie wiążąc jej w nic specjalnego. Szczerze, bardziej zazdrościłam tym bardziej swojemu wierzchowcowi, że ten jednak mógł zachować ten zaszczytny przywilej rozwianej grzywy, a nie skończyć jak ja, pod szantażem Esmy w grubym warkoczu. Stukot kopyt stawał się coraz wyraźniejszy i co gorsza - głośniejszy. Kary ogier, zbliżał się nieubłaganie do mojego gniadosza niosąc oprócz Esmy na grzbiecie również małą pałkę zakończoną dwoma, białymi końcami z gumy. Wyciągałam już dłoń w stronę przedmiotu, lecz zamiast ciepłego plastiku poczułam puste powietrze. Chwilę później od ziemi odbił się dźwięk upadającego przedmiotu. Moje serce stanęło nie mal od razu, jednak nogi nawet nie traciły czasu na pomyślenie. Jakby siodło było zjeżdżalnią, zsunęły się, a tą samą dłonią, której nie było dane złapać wcześniej. Ponownie palcami szurałam po ziemi, jednak nie po plastiku, który tak bardzo chciałam już uchwycić. Ostatecznie, jeszcze parę sekund palce nie zmieniły swojej roli, póki nie odzyskałam świadomości mózgu, pod wpływem krzyków zszokowanej partnerki. Mogłam z powrotem wsiadać na grzbiet zdezorientowanego wierzchowca, który był pewny, że ma ruszyć pełnym galopem na przekór drzewom. Zdenerwowana z pięć razy uderzyłam nogą o bok konia, jednak nie przewidziałam tego, że ruszy od razu tak szybko. Mogę się założyć, że wyglądałam jak flaga powiewająca z wysokich słupów w stolicach krajów. Z trudem łapałam się do pół-siadu. Bacik w mojej dłoni tuż obok pałki stał się całkowicie bezużyteczny. Nie miałam dużo czasu na przeczyszczenie myśli, ponieważ już z kilka metrów dalej była pierwsza przeszkoda typu Coffin. Nie należała do najukochańszych, nie dla gniadosza. Nie stanowiła również przysłowiowej „bułki z masłem", a niemałe wyzwanie dla jeźdźca jak i wierzchowca. Gniadosz gwałtownie popędził w stronę przeszkody, jakby dostał skrzydeł. Jednak zaskoczony po perfekcyjnie wykonanym skoku przez pierwszy plotek, równie czarnym co jego przyjaciółka Moon, rowem uniósł wysoko gniady łeb ku obłokom, ukazując mimo dzielnego serca niepewność. Jeszcze mocniej docisnęłam nogi do boków gorącokrwistego, wypowiadając ledwie słyszalne "hop", które jak miałam nadzieję, dobiegło do wysokich uszu dodających atramentowymi oczom mądrości. Smukłe kopyta zgrabnie podkuliły się pod siebie, a tylne z niewielką siłą, odepchnęły się od ziemi. Chwyciłam mocniej ciemne kosmyki grzywy, unosząc się trzeci raz do pół-siadu, przed ostatnim w tej przeszkodzie płotkiem. Moje serce powróciło do podstawowych czynności życiowych, kiedy z dumą i pewnością siebie mogliśmy powrócić na spokojniejszą trasę. Burze pyłów tworzyły jakby mgłę, która usypia wszelkie ranne ptaszki, które z kolei wstały wypoczęte o piątej nad ranem, aby podziwiać wschód słońca i narodziny kolejnego dnia. Tętent kopyt ponownie stał się nierówny, kiedy "podobno" mierząca 70 centymetrów (i tak mierzyła conajmniej metr!) uruchomiła swój mechanizm i unosiła się raz w dół, a raz do swojego neutralnego poziomu. Wystające gałązki jeszcze były pokryte liśćmi. Co prawda i tak uschłymi, ale mimo wszystko nadal wyglądały jakby nie dotknęła ich żadna powierzchnia zwierzęca, ludzka albo jakakolwiek inna. Poczułam, jak mięśnie Spartana jeszcze mocniej pracują, co wydawało mi się kompletnie nie możliwe po przybytym dystansie naprawdę porywistym galopem. Formułka każdego skoku, tutaj tylko w połowie przypominała te na parkurze. W crossie wymagały jeszcze więcej uwagi i odwagi. Każde zwątpienie mogło się okazać porażką. Podczas lotu nad przeszkodą strasznie się cieszyłam z odnalezienia starych ochraniaczy i kaloszy ogiera, gdyż ostrzejsze fragmenty niepozornych drewienek mogłyby się z łatwością wbić w delikatną skórę. Przeszkoda nagle się ponownie podniosła, delikatnie uderzając o tylne kopyta Spartana. Gniadosz wydał niespokojne rżenie, jednak po jakimś czasie uspokoił się i powrócił do dawnego, szaleńczego tempa. Ciągnęłam za wodze jak najdelikatniej, bo wiedza, że każde mocniejsze choćby odrobinę pociągnięcie pasków może spowodować przejście nawet do kłusa. Gorący jak piec zimą temperament, nie zamierzał się uspokoić. Nadal szalał, jakby cały świat należał do niego. Metrowy zeskok w dół również nie należał do ulubionych. Bankiet był właśnie takim stopniem. Jedyna drewniana listewka, ledwie widoczna z wysokości jeźdźca, a konia też zbytniej uwagi nie przykuwała. Kolejny raz przyciągnęłam wodze o parę milimetrów bliżej siebie, próbując dać sygnał, że za chwilę ziemia się skończy i czeka na wierzchowca dużo niższy grunt. Ogier gwałtownie przeszedł do kłusa, już sam dostrzegając niebezpieczeństwo. Kończyny niepewnie poleciały do dołu razem z łbem, podczas gdy tylna para musiała jeszcze dołączyć. Nadal kurczowo trzymałam się kolanami siodła, powoli nie ukrywając, opadając z sił. To dziwne, że na treningach zawsze bywało lepiej. Łydkami raz uderzyłam o boki Spartana. Jeszcze drugi i ruszył żywym galopem. Nie było nam dane tak długo pędzić beztrosko między drzewami, bo już znowu na paręnaście metrów przed naszym zespołem z dwóch istot pojawiło się kolejne utrudnienie trasy. Zupełnie moim zdaniem zbędne. Spartan potraktował to zupełnie jak zwykłą przeszkodę, jednak kiedy już dolatywaliśmy na poprzedni poziom trasy, nigdy nie znalazłam się tak nisko na żadnym koniu. Kopyta były jak skurczona piżama po nieodpowiednim praniu. Przez chwilę moje serce się ścisnęło na myśl, jak wielkie jest ryzyko, że możemy razem runąć na ziemię. Jednak ogier zebrał w sobie siły. Zanim się ponownie rozprostowały i to jeszcze ze mną na grzbiecie mijały kolejne cenne, zupełnie jak złoto sekundy, które tak dzielnie Spartan wywalczył w odcinkach pomiędzy przeszkodami. Po paru chwilach ponownie gnaliśmy. Drzewa robiły się coraz rzadsze, a droga została zupełnie naświetlona przez największą gwiazdę w układzie słonecznym. W oddali (prócz ciemniejszej dróżki wychodzącej na trasę) dostrzegłam Esmę skaczącą jak zwariowana i coś wykrzykującą w moją stronę, jednak była za daleko bym była w stanie cokolwiek usłyszeć. Odwróciłam gwałtownie głowę, kiedy do mojego mózgu dotarła nieprzyjemna informacja, że koń już przyspiesza, by pokonać „Stół". Na całe szczęście możliwość odbicia się od niego była nie taka całkiem bezsensu. Mimo że częściej się stosuje tę opcję na tych większych rozmiarach. Dodałam delikatną łydkę, okazując Spartanowi swoją obecność i podstawowe funkcje życiowe. Wyprostowane nogi nawet nie zamierzamy tykać bambusowej powierzchni utrudnienia trasy. Stół nawet w ćwiartce nie śmiał przypominać tego w jadalni, na którego powierzchni sól to cukier, cukier to pieprz, a pieprz to sól. Zupełnie nie wiem jak to się stało i wolę nie wiedzieć. Uśmiechnęłam się, czując na karku przyjemny cień rzucany przez lasek, oraz drzewo często pokonywane przez nas na większości przejażdżek z przyjaciółmi. Gniadoszowi też widocznie udzieliła się chłodniejsza atmosfera. Parsknął parę razy, po czym znowu wyrwał się do skoku. Szybował jakby latał. Mogłabym przysiąc, że gdybym w obecnym pół-siadzie wyprostowała rękę, mogłabym głaskać go po czole za to co robi. Gwałtowny skręt, niemal od razu po przeszkodzie był kolejną niespodzianką postawioną dla ambitnie mierzonych uczniów Akademii. Ogólnie cały przejazd nie zamierzałam ani razu szarpnąć niepotrzebnie za wędzidło, bo wrażliwy na mocne wodze ogier mógłby się niepotrzebnie spłoszyć i zbuntować, jednak teraz dużo mocniej pociągnęłam za prawą niżeli byłoby to konieczne. Spartan ponownie uniósł błagalnie wzrok ku niebu, prosząc o zrozumienie, jednak na przywołanie go łydką do porządku całkowicie porzucił dotychczasową modlitwę i posłusznie popędził ku spokojnej tafli wody. Szczerze nie spodziewałam się tego zupełnie, jednak uciekające przed kopytami żabki, które wcześniej chciały się uchronić od męczących upałów, teraz zupełnie bez ostrzeżenia wpadły za ochronny materiał kamizelki, popadając w jeszcze większe tarapaty. Wierciłam się na wszystkie strony, a Spartana czekał jeszcze skok. Próbowałam się resztkami sił koncentrować na przeszkodzie, jednak nogi też postanowiły wziąć urlop. Usiadłam w siodło, wesoło podskakując. Kochany gniadosz oczywiście podjął się próby pokonania niskiego żywopłotu. I nawet mu to wyszło, gdyby nie to, że moje stopy opuściły strzemiona. Teraz to była już kompletna porażka. Zebrałam się jedynie na wykonanie pół-siadu, polegając jedynie na kolanach. Szczęście mi dopisało, ponieważ następna przeszkoda-Wąski front-sięgała zaledwie pół metra, a żaba opuściła moje ciało. Spartan na kolejną łydkę zebrał swoje troski o mnie i z perfekcją, sięgającą korzeniami do jego krwi, wykonał proste z pozoru utrudnienie. Następny skręt na dawną trasę wymagał zwolnienia, które z kolei było dla mnie ostatnią deską ratunku. Niezauważalnie wcisnęłam wąskie stopy w stalowe strzemiona, których metal nawet dawał popalić przez temperaturę. Wróciliśmy na stary szlak z nowym życiem.Ja, ponieważ moje obolałe nogi miały parę chwil przerwy, a Spartan, ponieważ orzeźwiła go woda. To było jakby małe koło i powrót na ostatnie dwie przeszkody przed pierwszym skrętem. Po repetycji nadeszła pora na kolejne utrudnienia. Powtarzały się, jednak te były jeszcze wyższe. Następująca w kolejności hydra była tym razem przyozdobiona gałęziami bez listków. Widocznie kopyta poprzednich uczestników już nie raz miały styczność z odłamkami drzew. Jasny brąz komponował się z różowiutkimi płatkami kwiatów, które promieniały letnim klimatem. Rośliny gwałtownie zafalowały, pod kopytami zgiętymi i w pełni gotowości do skoku. Moje włosy zatańczyły z chłodnym wiaterkiem, dodającym sił w upale, którego tak bardzo dzisiaj nie chciałam. Tętent kopyt wrócił do normy. Ciasno spięty nad ranem dobieraniec, teraz zgubił gdzieś gumkę, a włosy ucieszony tym faktem poczuły skrzydła wolności. Równe skrzydła wolności poczuł holender pode mną, gnający jak szalony i nawet na chwilę niemający zamiaru zwalniać. Przytuliłam czerwonym polikiem atramentową grzywę ogiera, kiedy ten znowu przyspieszał do skoku. Kolejny Stół był wyższy, jednak mniej szeroki w porównaniu do poprzednika. Śpiewom ptaków florydzkich akompaniował stukot z pozoru delikatnych kopyt oraz ciężki oddech wierzchowca. Towarzyszył również wiatr, zataczający się coraz głębiej w malutkim lasku, powodując wesołe szastanie listków. Uderzyłam piętą o boki Spartana. Już podbierał nogi, już spinał mięśnie, aby wystrzelić jak kometa, jednak poczułam na twarzy uporczywe włosy, zasłaniające mi widok. Z moich ust wypłynęło "ciche" przekleństwo, którego rzecz jasna wolałabym nie pisać. Zdezorientowany ogier trzasnął tylnym kopytem o gładką powierzchnię i wylądował zdezorientowany na ziemi. Zebrałam wodze w jedną rękę, zajętą już i przez palcat i przez chorągiewkę, mając ogromną nadzieję, że nie upuszczę jej drugi raz. Dałam jeszcze jedną łydkę, by przywrócić konia do dawnego biegu, a w tym czasie mogłam ogarnąć niesforne klaki. Drugą ręką powróciłam na wodze.
Uśmiech wdarł się niepostrzeżenie na moją twarz, kiedy oczy ujrzały tylko trzy przeszkody do końca. Niestety ostatnią trójcę poczynał brat pierwszej przeszkody, Coffin, dwadzieścia centymetrów niższy, środkowe utrudnienie stanowił tak zwany Sunken Road, dotychczas niestosowany na zawodach w Akademii, na którego przypadały aż cztery segmenty, natomiast ciąg wyzwań wieńczyła hydra. Oczywiście ruchoma. Wróćmy jednak do początku, ponieważ samo opisanie końcowych utrudnień nie uczyniło końca trasy. Przerwa w szaleńczym galopie do pierwszego fragmentu Coffinu poszła gładko ze względu na proste sześćdziesiąt centymetrów. Jednak rów długi na tę samą długość, był równie nielubiany przez Spartana co ten pierwszy. Tym razem jego zawahanie się było widocznie mniejsze, jednak tym razem to powrót do dawnego rytmu stanowił problem. Na całe szczęście nie zahaczył nogą o płotek, ale zabrakło również tej samej pewności, co przy pierwszych skokach. Kolejny powrót do beztroskiego galopu okazał się tym razem bardzo miły, mimo kolejnych kropel potu na moim czole i na jego szyi, która drżała co jakiś czas. Mój mózg ogarnęła myśl o wodzie, ale i o następnym przeciwniku, którego tak wcale prosto i łatwo pokonać nie było. Wymagała naprawdę ogromnego skupienia. Dodałam łydkę na pierwszy płotek zabawnie ułożony z pni drzew, górą do jeźdźca i przyszpilonym do ziemi. Spartan posłusznie pognał do przeszkody, jednak rozpędzony po skoku musiał gwałtownie zwolnić z powodu bankietu w dół. Nogami wyczłapał się na ten niższy poziom, jednak musiał nie mal od razu powrócić na dawne wysokości. Wyszkolony w skokach zdecydowanie nie był nauczony, że przeszkoda może trwać jeszcze dobrą, całą trasę. Ostatnim członem był siedemdziesiątkę mierzący mur, co było grubą przesadą. Co gorsza, nie był on taki, jak na parkurze, czyli ten, który można zwalić, ale stały, który większa pomyłka może stanowić zagrożenie dla zdrowia konia. Spartan jednak jeszcze się wysilił i jeszcze raz przewiózł mnie na drugą stronę. Odetchnęłam z ulgą, ale i wiedzą, że najgorsze już minęło. Ciężki oddech gniadosza zmusił go do ciut wolniejszego tempa. Ostatnia hydra nie była już takim wyzwaniem po pokonaniu przeszkody o angielskich korzeniach. Z perfekcją, pomijając nieco przerażające odgłosy mechanizmu podnoszące poprzeczkę co parę sekund, pokonał ostatnią przeszkodę. Czym prędzej pędziliśmy do Esmy czekającej na mecie i machającej co tchu. Uniosłyśmy razem zwycięską chorągiew, kiedy uśmiechnięty instruktor zatrzymał stoper. Wtuliłam się w szyję Spartana, jakbym nie miała najmniejszej okazji do zrobienia żadnego innego udowodnienia mojej miłości do niego. Podana przez Esmę butelka wody szybko stała się naszym prysznicem.
— Nie mam najmniejszego zamiaru teraz gnić tu w stajni, jedziemy do miasta na lody — zarządziła dziewczyna. Wydałam z siebie godny pożałowania jęk, na co się wdzięcznie zaśmiała.
— Jak Ci się jechało? — zapytała, uśmiechając się chytrze.
— Beznadziejnie, najgorszy przejazd w życiu. Trasa była zdecydowanie za długa. Chociaż on był wspaniały. — Poklepałam mokrą szyję ogiera.
~*~
Ostatecznie mój pomysł z piknikiem i pławieniem zmęczonych koni się przyjęła. Niemal od razu po obiedzie zabrałyśmy się na oklepie nad jezioro i spędziłyśmy tam cały czas do wyników, rozmawiając chyba o wszystkich możliwych tematach.
— Witaj Partnerko — oficjalny ton widocznie szybko dobiegł do jej małych uszu, po tym, jak naprężone mięśnie ułożyły nasze dłonie w poważnej postawie, na tyle, by je delikatnie ścisnąć.
— Dzień dobry, Panno White, czy jest Pani gotowa na dzisiejszą sztafetę? — zachowując podobny ton, Esma w podobieństwie do mnie była na skraju śmiechu. Uczucie rozbawienia po krótkim czasie przerodziło się w jak najprawdziwszą głupawkę. Wcześniej oporządzone wierzchowce, teraz lśniąca sierść została zakryta cieniem szarego czapraka oraz czarnego siodła. Ogier z początku spokojny zdawał się nabierać coraz więcej energii. No, może nie zupełnie nabierać, co uaktywniać ukryty gejzer.
~*~
Wzrokiem otoczyłam okolicę. Mężczyzna znany również jako pan Lee lojalnie stał przy burym słupku, niezdarnie wbitym w grunt. Słupek ozdabiała jaskrawo marchewkowa flaga i mimo swego małego rozmiaru stanowiła istny dowód, że wiatru dzisiaj jest zupełny brak. Jedynym ratunkiem dla instruktora były ostatki lemoniady, czekającej aż się zamieni w niebezpieczny dla otoczenia wrzątek. Zapewne napój był popisem kulinarnym, którejś z instruktorek, gdyż kucharki, obecnie czekające w domach zapewne na godzinę późniejszą niż zwykle, z powodu zawodów, zwyczajnie nie zdążyłyby jej zrobić.
— Obróć się — łagodnym (jeszcze) głosem nakazałam towarzyszce dać mi możliwość wkłucia srebrnych, malutkich agrafek w ciemną kamizelkę. Do błyszczącego się w urywkach słonecznego światła srebra, została przyczepiona gładka koszulka z numerem naszej pary. Na całe szczęście byłam na tyle pomyślna, że sama wcześniej kartkę doczepiłam, a nie musiałam teraz ryzykować moją krwią, co prawda w śmiesznych ilościach, jednak nadal krwią. Oba ogiery stały spokojnie przywiązane do niedalekiego koniowiązu i błagalnie spoglądały na skrzącą się zielenią trawę, jednak niepozwalający na za dużo uwiąz konsekwentnie trwał w swojej roli.
— Popracujesz, to pojesz — uśmiechnęła się dziewczyna do ogiera, odhaczając kantar zawisły na jednym pasku i bezwiednie spoczywającym na szyi.
— Do startu się przygotowuje Esma Shrase i Lily White. — Nieco zachrypły instruktora sprawił, że ze świstem wypuściłam powietrze, a rękę przeniosłam na szyję Drakuli, podczas zajmowania przez Esmę miejsca w siodle. Dłonią parę razy poklepałam pokrzepiająco nogę dziewczyny, zanim rzeczywiście zdecydowane na udział w zawodach miałyśmy wystartować. Jednak nie tylko poddenerwowany jeździec dostał swoje szczęśliwe poklepanie na powodzenie, a i czarnego jak smoła Drakuli. Nieokrzesany wyrzucił w górę dumnie duży łeb, ukazując swoje temperamentne wnętrze splecione z ognistym charakterem w gruby warkocz. Uśmiechnęłam się delikatnie w stronę przyjaciółki i sama odeszłam z obecnego miejsca swojego pobytu, iż Esma wymagała (nie ukrywając) dość dużo miejsca na starcie. Ostatni raz patrzyłam, jak jasny kitek, zanika początkiem pod czarny kask, a końcówkami chowa się pod równie ciemnej barwy kamizelką ochronną. Dziewczyna pędziła, wyznaczoną drogą jakby była błyskiem od pioruna, który zręcznie wyprzedza swego rywala grzmota. Sekundy leciały coraz szybciej, zupełnie jakby stanowiły kolnego zawodnika w wakacyjnych tak naprawdę zabawach, które większość wzięła jako całkiem poważniejszy temat. Nie odrywając wzroku od imponująco pędzącej pary szaleńców, zdecydowanym ruchem ściągnęłam strzemiona na sam dół, odbezpieczając je na tyle, bym mogła spokojnie zająć miejsce na grzbiecie Spartana, oczywiście otulonym przez cięższe siodło. Poczułam, jak zniecierpliwiony ogier po raz kolejny postawił z impetem smukłe, aczkolwiek silne kopyto, z którego niezliczone zasoby energii aż parowały, pozostawiając dookoła mgłę napięcia i niecierpliwości. Uważnie wzrokiem mierzyłam każdy sygnał Esmeraldy w stronę Demona, zanim oboje dosłownie przelecieli nad przeszkodą. Jeszcze parę chwil, a zniknęli za szmaragdem krzaków parę metrów ode mnie, oraz uciekli od mojego dociekliwego wzroku odsyłanego wprost z grafitowych oczów. Cicho westchnęłam, starając się stworzyć choć krztę nadziei, iż nic im się nie stało. Nie mal parę sekund później do uszu dobiegł cudowny dźwięk rozbijanych tafli wodę przez kopyta ogiera, jakie dopiero za parę minut miałam się zmierzyć ja. Wypuściłam z świstem powietrze przez usta, kierując oczy na kłąb gniadosza, który kolejny raz zadrżał pod wpływem siodła, bądź innych latających istot, których życia nadal mogę być święcie pewna, jak i ich odwiecznej złośliwości do większych oddychających. Ciemna grzywa została gdzieś rozwiana na drugi bok, sama nie jestem pewna czy dobrze zrobiłam, nie wiążąc jej w nic specjalnego. Szczerze, bardziej zazdrościłam tym bardziej swojemu wierzchowcowi, że ten jednak mógł zachować ten zaszczytny przywilej rozwianej grzywy, a nie skończyć jak ja, pod szantażem Esmy w grubym warkoczu. Stukot kopyt stawał się coraz wyraźniejszy i co gorsza - głośniejszy. Kary ogier, zbliżał się nieubłaganie do mojego gniadosza niosąc oprócz Esmy na grzbiecie również małą pałkę zakończoną dwoma, białymi końcami z gumy. Wyciągałam już dłoń w stronę przedmiotu, lecz zamiast ciepłego plastiku poczułam puste powietrze. Chwilę później od ziemi odbił się dźwięk upadającego przedmiotu. Moje serce stanęło nie mal od razu, jednak nogi nawet nie traciły czasu na pomyślenie. Jakby siodło było zjeżdżalnią, zsunęły się, a tą samą dłonią, której nie było dane złapać wcześniej. Ponownie palcami szurałam po ziemi, jednak nie po plastiku, który tak bardzo chciałam już uchwycić. Ostatecznie, jeszcze parę sekund palce nie zmieniły swojej roli, póki nie odzyskałam świadomości mózgu, pod wpływem krzyków zszokowanej partnerki. Mogłam z powrotem wsiadać na grzbiet zdezorientowanego wierzchowca, który był pewny, że ma ruszyć pełnym galopem na przekór drzewom. Zdenerwowana z pięć razy uderzyłam nogą o bok konia, jednak nie przewidziałam tego, że ruszy od razu tak szybko. Mogę się założyć, że wyglądałam jak flaga powiewająca z wysokich słupów w stolicach krajów. Z trudem łapałam się do pół-siadu. Bacik w mojej dłoni tuż obok pałki stał się całkowicie bezużyteczny. Nie miałam dużo czasu na przeczyszczenie myśli, ponieważ już z kilka metrów dalej była pierwsza przeszkoda typu Coffin. Nie należała do najukochańszych, nie dla gniadosza. Nie stanowiła również przysłowiowej „bułki z masłem", a niemałe wyzwanie dla jeźdźca jak i wierzchowca. Gniadosz gwałtownie popędził w stronę przeszkody, jakby dostał skrzydeł. Jednak zaskoczony po perfekcyjnie wykonanym skoku przez pierwszy plotek, równie czarnym co jego przyjaciółka Moon, rowem uniósł wysoko gniady łeb ku obłokom, ukazując mimo dzielnego serca niepewność. Jeszcze mocniej docisnęłam nogi do boków gorącokrwistego, wypowiadając ledwie słyszalne "hop", które jak miałam nadzieję, dobiegło do wysokich uszu dodających atramentowymi oczom mądrości. Smukłe kopyta zgrabnie podkuliły się pod siebie, a tylne z niewielką siłą, odepchnęły się od ziemi. Chwyciłam mocniej ciemne kosmyki grzywy, unosząc się trzeci raz do pół-siadu, przed ostatnim w tej przeszkodzie płotkiem. Moje serce powróciło do podstawowych czynności życiowych, kiedy z dumą i pewnością siebie mogliśmy powrócić na spokojniejszą trasę. Burze pyłów tworzyły jakby mgłę, która usypia wszelkie ranne ptaszki, które z kolei wstały wypoczęte o piątej nad ranem, aby podziwiać wschód słońca i narodziny kolejnego dnia. Tętent kopyt ponownie stał się nierówny, kiedy "podobno" mierząca 70 centymetrów (i tak mierzyła conajmniej metr!) uruchomiła swój mechanizm i unosiła się raz w dół, a raz do swojego neutralnego poziomu. Wystające gałązki jeszcze były pokryte liśćmi. Co prawda i tak uschłymi, ale mimo wszystko nadal wyglądały jakby nie dotknęła ich żadna powierzchnia zwierzęca, ludzka albo jakakolwiek inna. Poczułam, jak mięśnie Spartana jeszcze mocniej pracują, co wydawało mi się kompletnie nie możliwe po przybytym dystansie naprawdę porywistym galopem. Formułka każdego skoku, tutaj tylko w połowie przypominała te na parkurze. W crossie wymagały jeszcze więcej uwagi i odwagi. Każde zwątpienie mogło się okazać porażką. Podczas lotu nad przeszkodą strasznie się cieszyłam z odnalezienia starych ochraniaczy i kaloszy ogiera, gdyż ostrzejsze fragmenty niepozornych drewienek mogłyby się z łatwością wbić w delikatną skórę. Przeszkoda nagle się ponownie podniosła, delikatnie uderzając o tylne kopyta Spartana. Gniadosz wydał niespokojne rżenie, jednak po jakimś czasie uspokoił się i powrócił do dawnego, szaleńczego tempa. Ciągnęłam za wodze jak najdelikatniej, bo wiedza, że każde mocniejsze choćby odrobinę pociągnięcie pasków może spowodować przejście nawet do kłusa. Gorący jak piec zimą temperament, nie zamierzał się uspokoić. Nadal szalał, jakby cały świat należał do niego. Metrowy zeskok w dół również nie należał do ulubionych. Bankiet był właśnie takim stopniem. Jedyna drewniana listewka, ledwie widoczna z wysokości jeźdźca, a konia też zbytniej uwagi nie przykuwała. Kolejny raz przyciągnęłam wodze o parę milimetrów bliżej siebie, próbując dać sygnał, że za chwilę ziemia się skończy i czeka na wierzchowca dużo niższy grunt. Ogier gwałtownie przeszedł do kłusa, już sam dostrzegając niebezpieczeństwo. Kończyny niepewnie poleciały do dołu razem z łbem, podczas gdy tylna para musiała jeszcze dołączyć. Nadal kurczowo trzymałam się kolanami siodła, powoli nie ukrywając, opadając z sił. To dziwne, że na treningach zawsze bywało lepiej. Łydkami raz uderzyłam o boki Spartana. Jeszcze drugi i ruszył żywym galopem. Nie było nam dane tak długo pędzić beztrosko między drzewami, bo już znowu na paręnaście metrów przed naszym zespołem z dwóch istot pojawiło się kolejne utrudnienie trasy. Zupełnie moim zdaniem zbędne. Spartan potraktował to zupełnie jak zwykłą przeszkodę, jednak kiedy już dolatywaliśmy na poprzedni poziom trasy, nigdy nie znalazłam się tak nisko na żadnym koniu. Kopyta były jak skurczona piżama po nieodpowiednim praniu. Przez chwilę moje serce się ścisnęło na myśl, jak wielkie jest ryzyko, że możemy razem runąć na ziemię. Jednak ogier zebrał w sobie siły. Zanim się ponownie rozprostowały i to jeszcze ze mną na grzbiecie mijały kolejne cenne, zupełnie jak złoto sekundy, które tak dzielnie Spartan wywalczył w odcinkach pomiędzy przeszkodami. Po paru chwilach ponownie gnaliśmy. Drzewa robiły się coraz rzadsze, a droga została zupełnie naświetlona przez największą gwiazdę w układzie słonecznym. W oddali (prócz ciemniejszej dróżki wychodzącej na trasę) dostrzegłam Esmę skaczącą jak zwariowana i coś wykrzykującą w moją stronę, jednak była za daleko bym była w stanie cokolwiek usłyszeć. Odwróciłam gwałtownie głowę, kiedy do mojego mózgu dotarła nieprzyjemna informacja, że koń już przyspiesza, by pokonać „Stół". Na całe szczęście możliwość odbicia się od niego była nie taka całkiem bezsensu. Mimo że częściej się stosuje tę opcję na tych większych rozmiarach. Dodałam delikatną łydkę, okazując Spartanowi swoją obecność i podstawowe funkcje życiowe. Wyprostowane nogi nawet nie zamierzamy tykać bambusowej powierzchni utrudnienia trasy. Stół nawet w ćwiartce nie śmiał przypominać tego w jadalni, na którego powierzchni sól to cukier, cukier to pieprz, a pieprz to sól. Zupełnie nie wiem jak to się stało i wolę nie wiedzieć. Uśmiechnęłam się, czując na karku przyjemny cień rzucany przez lasek, oraz drzewo często pokonywane przez nas na większości przejażdżek z przyjaciółmi. Gniadoszowi też widocznie udzieliła się chłodniejsza atmosfera. Parsknął parę razy, po czym znowu wyrwał się do skoku. Szybował jakby latał. Mogłabym przysiąc, że gdybym w obecnym pół-siadzie wyprostowała rękę, mogłabym głaskać go po czole za to co robi. Gwałtowny skręt, niemal od razu po przeszkodzie był kolejną niespodzianką postawioną dla ambitnie mierzonych uczniów Akademii. Ogólnie cały przejazd nie zamierzałam ani razu szarpnąć niepotrzebnie za wędzidło, bo wrażliwy na mocne wodze ogier mógłby się niepotrzebnie spłoszyć i zbuntować, jednak teraz dużo mocniej pociągnęłam za prawą niżeli byłoby to konieczne. Spartan ponownie uniósł błagalnie wzrok ku niebu, prosząc o zrozumienie, jednak na przywołanie go łydką do porządku całkowicie porzucił dotychczasową modlitwę i posłusznie popędził ku spokojnej tafli wody. Szczerze nie spodziewałam się tego zupełnie, jednak uciekające przed kopytami żabki, które wcześniej chciały się uchronić od męczących upałów, teraz zupełnie bez ostrzeżenia wpadły za ochronny materiał kamizelki, popadając w jeszcze większe tarapaty. Wierciłam się na wszystkie strony, a Spartana czekał jeszcze skok. Próbowałam się resztkami sił koncentrować na przeszkodzie, jednak nogi też postanowiły wziąć urlop. Usiadłam w siodło, wesoło podskakując. Kochany gniadosz oczywiście podjął się próby pokonania niskiego żywopłotu. I nawet mu to wyszło, gdyby nie to, że moje stopy opuściły strzemiona. Teraz to była już kompletna porażka. Zebrałam się jedynie na wykonanie pół-siadu, polegając jedynie na kolanach. Szczęście mi dopisało, ponieważ następna przeszkoda-Wąski front-sięgała zaledwie pół metra, a żaba opuściła moje ciało. Spartan na kolejną łydkę zebrał swoje troski o mnie i z perfekcją, sięgającą korzeniami do jego krwi, wykonał proste z pozoru utrudnienie. Następny skręt na dawną trasę wymagał zwolnienia, które z kolei było dla mnie ostatnią deską ratunku. Niezauważalnie wcisnęłam wąskie stopy w stalowe strzemiona, których metal nawet dawał popalić przez temperaturę. Wróciliśmy na stary szlak z nowym życiem.Ja, ponieważ moje obolałe nogi miały parę chwil przerwy, a Spartan, ponieważ orzeźwiła go woda. To było jakby małe koło i powrót na ostatnie dwie przeszkody przed pierwszym skrętem. Po repetycji nadeszła pora na kolejne utrudnienia. Powtarzały się, jednak te były jeszcze wyższe. Następująca w kolejności hydra była tym razem przyozdobiona gałęziami bez listków. Widocznie kopyta poprzednich uczestników już nie raz miały styczność z odłamkami drzew. Jasny brąz komponował się z różowiutkimi płatkami kwiatów, które promieniały letnim klimatem. Rośliny gwałtownie zafalowały, pod kopytami zgiętymi i w pełni gotowości do skoku. Moje włosy zatańczyły z chłodnym wiaterkiem, dodającym sił w upale, którego tak bardzo dzisiaj nie chciałam. Tętent kopyt wrócił do normy. Ciasno spięty nad ranem dobieraniec, teraz zgubił gdzieś gumkę, a włosy ucieszony tym faktem poczuły skrzydła wolności. Równe skrzydła wolności poczuł holender pode mną, gnający jak szalony i nawet na chwilę niemający zamiaru zwalniać. Przytuliłam czerwonym polikiem atramentową grzywę ogiera, kiedy ten znowu przyspieszał do skoku. Kolejny Stół był wyższy, jednak mniej szeroki w porównaniu do poprzednika. Śpiewom ptaków florydzkich akompaniował stukot z pozoru delikatnych kopyt oraz ciężki oddech wierzchowca. Towarzyszył również wiatr, zataczający się coraz głębiej w malutkim lasku, powodując wesołe szastanie listków. Uderzyłam piętą o boki Spartana. Już podbierał nogi, już spinał mięśnie, aby wystrzelić jak kometa, jednak poczułam na twarzy uporczywe włosy, zasłaniające mi widok. Z moich ust wypłynęło "ciche" przekleństwo, którego rzecz jasna wolałabym nie pisać. Zdezorientowany ogier trzasnął tylnym kopytem o gładką powierzchnię i wylądował zdezorientowany na ziemi. Zebrałam wodze w jedną rękę, zajętą już i przez palcat i przez chorągiewkę, mając ogromną nadzieję, że nie upuszczę jej drugi raz. Dałam jeszcze jedną łydkę, by przywrócić konia do dawnego biegu, a w tym czasie mogłam ogarnąć niesforne klaki. Drugą ręką powróciłam na wodze.
Uśmiech wdarł się niepostrzeżenie na moją twarz, kiedy oczy ujrzały tylko trzy przeszkody do końca. Niestety ostatnią trójcę poczynał brat pierwszej przeszkody, Coffin, dwadzieścia centymetrów niższy, środkowe utrudnienie stanowił tak zwany Sunken Road, dotychczas niestosowany na zawodach w Akademii, na którego przypadały aż cztery segmenty, natomiast ciąg wyzwań wieńczyła hydra. Oczywiście ruchoma. Wróćmy jednak do początku, ponieważ samo opisanie końcowych utrudnień nie uczyniło końca trasy. Przerwa w szaleńczym galopie do pierwszego fragmentu Coffinu poszła gładko ze względu na proste sześćdziesiąt centymetrów. Jednak rów długi na tę samą długość, był równie nielubiany przez Spartana co ten pierwszy. Tym razem jego zawahanie się było widocznie mniejsze, jednak tym razem to powrót do dawnego rytmu stanowił problem. Na całe szczęście nie zahaczył nogą o płotek, ale zabrakło również tej samej pewności, co przy pierwszych skokach. Kolejny powrót do beztroskiego galopu okazał się tym razem bardzo miły, mimo kolejnych kropel potu na moim czole i na jego szyi, która drżała co jakiś czas. Mój mózg ogarnęła myśl o wodzie, ale i o następnym przeciwniku, którego tak wcale prosto i łatwo pokonać nie było. Wymagała naprawdę ogromnego skupienia. Dodałam łydkę na pierwszy płotek zabawnie ułożony z pni drzew, górą do jeźdźca i przyszpilonym do ziemi. Spartan posłusznie pognał do przeszkody, jednak rozpędzony po skoku musiał gwałtownie zwolnić z powodu bankietu w dół. Nogami wyczłapał się na ten niższy poziom, jednak musiał nie mal od razu powrócić na dawne wysokości. Wyszkolony w skokach zdecydowanie nie był nauczony, że przeszkoda może trwać jeszcze dobrą, całą trasę. Ostatnim członem był siedemdziesiątkę mierzący mur, co było grubą przesadą. Co gorsza, nie był on taki, jak na parkurze, czyli ten, który można zwalić, ale stały, który większa pomyłka może stanowić zagrożenie dla zdrowia konia. Spartan jednak jeszcze się wysilił i jeszcze raz przewiózł mnie na drugą stronę. Odetchnęłam z ulgą, ale i wiedzą, że najgorsze już minęło. Ciężki oddech gniadosza zmusił go do ciut wolniejszego tempa. Ostatnia hydra nie była już takim wyzwaniem po pokonaniu przeszkody o angielskich korzeniach. Z perfekcją, pomijając nieco przerażające odgłosy mechanizmu podnoszące poprzeczkę co parę sekund, pokonał ostatnią przeszkodę. Czym prędzej pędziliśmy do Esmy czekającej na mecie i machającej co tchu. Uniosłyśmy razem zwycięską chorągiew, kiedy uśmiechnięty instruktor zatrzymał stoper. Wtuliłam się w szyję Spartana, jakbym nie miała najmniejszej okazji do zrobienia żadnego innego udowodnienia mojej miłości do niego. Podana przez Esmę butelka wody szybko stała się naszym prysznicem.
— Nie mam najmniejszego zamiaru teraz gnić tu w stajni, jedziemy do miasta na lody — zarządziła dziewczyna. Wydałam z siebie godny pożałowania jęk, na co się wdzięcznie zaśmiała.
— Jak Ci się jechało? — zapytała, uśmiechając się chytrze.
— Beznadziejnie, najgorszy przejazd w życiu. Trasa była zdecydowanie za długa. Chociaż on był wspaniały. — Poklepałam mokrą szyję ogiera.
~*~
Ostatecznie mój pomysł z piknikiem i pławieniem zmęczonych koni się przyjęła. Niemal od razu po obiedzie zabrałyśmy się na oklepie nad jezioro i spędziłyśmy tam cały czas do wyników, rozmawiając chyba o wszystkich możliwych tematach.
środa, 12 lipca 2017
Mapa na cross
(aby powiększyć mapę, kliknij w obrazek)
A więc, plan jest taki:
1. Coffin wysokość 80 cm- rów- 80 cm
2. Hydra ruchoma wysokość 70 cm
3. Bankiet w dół
4. Bankiet w górę wysokość 70 cm
5. Stół szerokość 100 cm, wysokość 80 cm
6. Zwalone drzewo wysokość 90 cm
7. Rów z wodą
8. Wąski front wysokość 50 cm (Po tej przeszkodzie przejeżdżacie ponownie przeszkody nr 5 i 6)
9. Hydra wysokość 100 cm
10. Stół szerokość 70 cm wysokość 105 cm
11. Coffin wysokość 60 cm- rów- 60 cm
12. Sunken Road wysokość 70 cm- bankiet w dół- 50 cm- 70 cm
13. Hydra ruchoma wysokość 80 cm
14. Przekazanie chorągiewki
Pamiętajcie, że każda osoba opisuje swoje okrążenie, pierwsza osoba po zakończeniu przejazdu przekazuje chorągiewkę drugiej.
14. Przekazanie chorągiewki
Pamiętajcie, że każda osoba opisuje swoje okrążenie, pierwsza osoba po zakończeniu przejazdu przekazuje chorągiewkę drugiej.
GOOD LUCK!
~administracja
Subskrybuj:
Posty (Atom)
