Nie spodziewałem się, że tak zareaguje. Poczułem dziwne ukłucie. Po
prostu wstała, wzięła aparat, ubrała się i wyszła. Nie wiedziałem, jak
to odebrać. Co o tym myśleć. W sekundzie w mojej głowie zapanowała
pustka. Kompletna pustka. Co, jeśli posunąłem się za daleko? Ku.rwa.
Weźmie mnie teraz za kretyna. Przez chwilę stałem tak jeszcze, gapiąc
się na drzwi jakbym szukał w nich odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie
w tej chwili pytania. Czułem się źle. Tak bardzo źle. A co, jeśli coś
zepsułem? Przekroczyłem granicę, której nie powinienem? Ale czułem to.
Czułem, że tak trzeba. Nie, nie trzeba. Że chcę tego. Że to będzie
fajne. Nigdy wcześniej bym się tak nie zachował. Nawet nie wiem, skąd mi
to przyszło do głowy. Usiadłem na łóżku, stawiając ręce na kolanach i
podpierając nimi głowę, jednocześnie zakrywając dłońmi twarz. Czy Jade
znienawidzi mnie za to, co zrobiłem? Czy nabierze do mnie dystansu,
którego nie chciałem? Jedyne, czego teraz chciałem, to cofnąć to
wszystko. Nie zrobić tego, żeby było tak jak było. Co, jeśli ona chce
zostać tylko przyjaciółką? Ale, przy niej naprawdę czułem, że się
zmieniam, nadal pozostając sobą. Chol*ra. Kiedy ja robiłem krok na
przód, życie pchało mnie dwa kroki w tył. Wziąłem głęboki oddech,
starając się to wszystko ogarnąć. Wiedziałem, że czeka nas rozmowa. Nie
ważne ile będzie przez któreś z nas odwlekana w czasie. Ona w końcu
nastanie. A wtedy wyjawimy sobie wszystko, co nas dręczy. Wyjawimy
pytania, na które nie potrafimy odpowiedzieć. Trwałem tak dłuższą chwilę
w bezruchu. Zupełnie, jak posąg z marmuru. Mimo wewnętrznego sprzeciwu
wszystkiego co możliwe, ubrałem się i poszedłem jej szukać. Na
szczęście, nie odeszła daleko. Siedziała przed dużą stajnią, zapatrzona w
niebo. Co powinienem zrobić? Odezwać się jakoś? Dać o sobie znać?
Czułem, jak mnie ściska w środku, gdy podchodziłem. Otworzyłem usta, ale
nie potrafiłem wydobyć z nich żadnego dźwięku. Jednak wiedziała o mojej
obecności. Mimo panujących ciemności nie dało nie zauważyć się
spływających po jej policzkach łez. Momentalnie poczułem ścisk w gardle.
Jakbym się dusił, dławił czymś. Panowała kompletna cisza. Zacisnąłem
pięści, starając się zebrać do kupy. Jeszcze nikt nigdy wcześniej nie
płakał przeze mnie i nie chciałem, żeby się to zmieniało. A już
zwłaszcza, że była to Jade. Osoba, która tak wiele wniosła do mojego
życia.
- Przepraszam, Jade…- nawet nie wiedziałem czy to usłyszała mimo panującej ciszy, bo i tak to wyszeptałem.
Chwilę potem zostawiłem ją. Nie umiałem pocieszać. Nie potrafiłem
powiedzieć jej, żeby nie płakała. Nie potrafiłem powiedzieć nic. Po
prostu uciekłem. Jak tchórz. Zamknąłem się w łazience biorąc dłuższy
prysznic z nadzieją, że woda zabierze ze sobą wszystkie moje zmartwienia
i problemy. Jednak tak się nie stało. Od razu po wyjściu z łazienki
położyłem się do siebie, plecami do drzwi. Mimo chęci, nie mogłem
zasnąć. Po jakimś czasie słyszałem, jak się otwierają. Była to Jade, ale
nie odezwałem się ani słowem. Nawet nie drgnąłem, sprawiając wrażenie
pogrążonego w głębokim śnie, co nie było prawdą. Słyszałem jak wchodzi, a
potem wychodzi z łazienki i kładzie się spać. Było już późno.
Ostatecznie doznałem chwilowego ukojenia nerwów w postaci snu.
Następnego dnia obudziłem się dosyć wcześnie. Było ledwo po szóstej.
Czyli wszyscy jeszcze spali. Włącznie z Jade, co sprawdziłem. Słońce
dopiero co wschodziło, a nad ziemią unosiła się jeszcze delikatna mgła.
Ubrałem się i zgarnąłem plecak, pakując do niego kilka rzeczy.
Oczywiście starając się być jak najciszej. Potem ostrożnie wymknąłem się
z pokoju. Stajnie nie były zamknięte. Pożyczyłem więc jednego z koni na
poranną, bardzo poranną, przejażdżkę. Nie obchodziło mnie, gdzie. Byle
długo i daleko. Ogier sam powoli szedł na przód. Zdjąłem plecak,
wyciągając z niego ,,Kosiarza balonówki” Nigela Bookera. Zawsze chciałem
to przeczytać, a nigdy za bardzo nie miałem czasu. Dostałem tą książkę
od nauczycielki angielskiego, z którą dobrze się dogadywałem w liceum.
Podobno to książka, dla takich jak “my”, czyli dziwnych. Liczyła niecałe
trzysta stron, więc na spokojnie wyrobię się w godzinę. Żeby nikt nie
przeszkadzał, wyciszyłem telefon. Potrzebowałem to przemyśleć. Mimo, że
sam to wszystko spowodowałem, mi też było ciężko. Spędziłem tak dobre
półtorej godziny, leżąc na końskim grzbiecie i czytając książkę. Miałem w
nosie to, że będę miał pewnie przez to problemy. Nie obchodziło mnie
to.
Kiedy skończyłem, byłem całkiem daleko. Jednak powrót trwał niecałą
godzinę, jako że ponagliłem ogiera do cwału. Była pora śniadania, więc
mogłem na spokojnie odstawić ogiera na miejsce bez martwienia się, czy
ktoś mnie zauważy. Potem, niczym cień, wpełzłem niezauważony do
stołówki, zabierają kilka kanapek i kubek z herbatą to stajni. Nie
miałem ochoty tam przesiadywać. Bałem się też, choćby przypadkowego,
spotkania z Jade. Nie potrafiłbym jej spojrzeć w oczy. Usiadłem więc
gdzieś w odosobnieniu, tak jak robiłem to wcześniej, zanim dotarłem
tutaj. Stare nawyki wracają.
<Jade?>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Collin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Collin. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 25 grudnia 2016
Od Collin'a CD Jade
Po tym zdaniu mogłem stwierdzić, że Jade miała chyba wilczy apetyt i z łatwością zmieściłaby dwie tony jedzenia w swoim żołądku, a mimo to wyglądałaby dobrze. Zadziwiał mnie też jej entuzjazm.
- Em, Jade- zacząłem.
- Tak?- spojrzała na mnie znad telefonu.
- Nie wiem jak ty, ale ja nie umiem w gotowanie- stwierdziłem.
- Ja też nie bardzo i co. Ale zakalec na pewno nie wyjdzie. Mogę się założyć, że coś tam umiesz- trąciła mnie lekko w ramie.
- Ta, jasne. Ugotować parówki i wodę na herbatę- westchnąłem opierając się o szafki, na co blondynka parsknęła tylko śmiechem.
- No widzisz, to już coś- ponownie pochłonął ją świat internetu- O, mam! Zróbmy ciastka z kawałkami czekolady, co ty na to?
Przytaknąłem głową i od razu zabraliśmy się do przygotowywania składników. Udało się nawet znaleźć jakąś czekoladę, którą pokroiłem w kostki. No cóż, nie będą idealne, aczkolwiek robione z sercem. Jade za to zajęła się całą resztą. Oczywiście nie obyło się bez ubrudzenia niektórymi składnikami. Zrobienie samej masy nie zajęło dużo czasu, ale piekły się jakieś pół godziny. Potem czym prędzej uciekliśmy z nimi do pokoju, zapominając już chyba o bracie blondynki. Jednak to chyba nie było ważne. Zapaliliśmy lampki na choince, która była swoją drogą nie najgorsza. Oprócz choinki nie paliły się żadne inne światła. Było już ciemno. Jade usiadła na parapecie, biorąc ze sobą kilka ciastek, a ja sprawdzałem coś w telefonie. W pewnym momencie skierowałem wzrok na nią. Blondynka patrzyła przez okno, patrząc w jakiś odległy punkt i pogrążona w melancholii. Zaledwie połowa twarzy dziewczyny oświetlona była przez światełka lampek. Trwałem tak dłuższą chwilę, a ona nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że na nią patrzę. Nie wiem, co mnie ruszyło, ale podszedłem do niej, czego chyba nawet nie usłyszała pogrążona w swoich myślach, i przytuliłem, zatapiając twarz w jej blond włosach jednocześnie zamykając na chwilę oczy.
<Jade?>
Od Collin'a C.D Jade
roga do akademii nie była krótka, a ja niosłem tą małą blondynkę na plecach. Przynajmniej było mi ciepło w plecy.
- Jade… Ej, Jade- podrzuciłem ją lekko.
- Co? Co?- brzmiała, jakby dopiero się obudziła.
- Jajcooo- zaśmiałem się, na co lekko trzepnęła mnie ręką w głowę- Żartowałem. A tak na serio to chodziło mi o to, że moglibyśmy skombinować od instruktorów jakąś choinkę do pokoju.
- No Collin, nie spodziewałam się, że to powiem, ale chociaż raz wpadłeś na jakiś dobry pomysł- poklepała mnie lekko po ramieniu, śmiejąc się pod nosem.
- Ach tak? To zazwyczaj mam złe pomysły? O, wiesz co. Teraz też wpadłem na kolejny, głupi pomysł- zachwiałem się na boki, jakbym miał ją zaraz zrzucić, a ta momentalnie mocniej się złapała.
~*~
Jak się okazało, instruktorzy dali nam wolne. A zasłyszeliśmy to od dwójki uczniów rozmawiających o tym i stojących pod wejściem. Radość nasza była przeogromna. Reszta dnia była przesiedziana w pokoju. Jednocześnie umilałem Jade czas grając na keyboardzie różne świąteczne piosenki. Potem trochę na skrzypcach, co chyba bardziej jej się spodobało.
Tak właśnie mijały nam dni do świąt. No, czasami jeszcze się gdzieś przejechaliśmy. W końcu nastał ten ostateczny dzień. Nie chciałem go jednak psuć Jade. Ona nie jest mną i nie musiała siedzieć ze mną w pokoju przez ten cały czas, bo ja sobie tak wymyśliłem. Umknąłem jej gdzieś pod pretekstem wyjścia do łazienki i wrócenia dosłownie za chwilę. Czułem się tym wszystkim przytłoczony. Jednak w większym stopniu było mi najzwyczajniej w świecie smutno. Pierwsze święta bez rodziny już mi się nie podobają. Dziesięć minut później trwały już próby uspokojenia tego dzikiego tłumu. Ja natomiast leżałem na łóżku, gapiąc się w sufit. Z tego letargu wybudził mnie dźwięk dzwonka. Mama. Od razu odebrałem, jakbym nie rozmawiał z nią od co najmniej dziesięciu lat.
- Hej Collin. Pomyślałam, że razem z tatą i Nicolette zadzwonimy do ciebie- jak najszybciej włączyłem wtedy kamerę.
Byli tam. Cała trójka i nawet dziadkowie. Boże. Ile ja bym dał, żeby znowu tam z nimi być.
- Cześć Collin!- usłyszałem ten dobrze mi znany głos Nicole.
- No cześć mała- uśmiechnąłem się.
Gadaliśmy bitą godzinę. Cały czas starałem się nie pobeczeć. Jednak gdy tylko się rozłączyłem, odetchnąłem głęboko. Potem ktoś wszedł do pokoju, nawet nie zwracałem na to uwagi. Po prostu siedziałem, przecierając wilgotne od łez oczy.
- Collin…?- głos Jade wydawał się być zatroskany.
Jeszcze tego brakowało. Żeby widziała, że się mażę.
- To nic takiego. Po prostu… Coś mnie swędziało i niechcący się dźgnąłem w oko- wydobyłem z siebie najszczerszy uśmiech, na jaki tylko było mnie teraz stać.
<Jade?>
- Jade… Ej, Jade- podrzuciłem ją lekko.
- Co? Co?- brzmiała, jakby dopiero się obudziła.
- Jajcooo- zaśmiałem się, na co lekko trzepnęła mnie ręką w głowę- Żartowałem. A tak na serio to chodziło mi o to, że moglibyśmy skombinować od instruktorów jakąś choinkę do pokoju.
- No Collin, nie spodziewałam się, że to powiem, ale chociaż raz wpadłeś na jakiś dobry pomysł- poklepała mnie lekko po ramieniu, śmiejąc się pod nosem.
- Ach tak? To zazwyczaj mam złe pomysły? O, wiesz co. Teraz też wpadłem na kolejny, głupi pomysł- zachwiałem się na boki, jakbym miał ją zaraz zrzucić, a ta momentalnie mocniej się złapała.
~*~
Jak się okazało, instruktorzy dali nam wolne. A zasłyszeliśmy to od dwójki uczniów rozmawiających o tym i stojących pod wejściem. Radość nasza była przeogromna. Reszta dnia była przesiedziana w pokoju. Jednocześnie umilałem Jade czas grając na keyboardzie różne świąteczne piosenki. Potem trochę na skrzypcach, co chyba bardziej jej się spodobało.
Tak właśnie mijały nam dni do świąt. No, czasami jeszcze się gdzieś przejechaliśmy. W końcu nastał ten ostateczny dzień. Nie chciałem go jednak psuć Jade. Ona nie jest mną i nie musiała siedzieć ze mną w pokoju przez ten cały czas, bo ja sobie tak wymyśliłem. Umknąłem jej gdzieś pod pretekstem wyjścia do łazienki i wrócenia dosłownie za chwilę. Czułem się tym wszystkim przytłoczony. Jednak w większym stopniu było mi najzwyczajniej w świecie smutno. Pierwsze święta bez rodziny już mi się nie podobają. Dziesięć minut później trwały już próby uspokojenia tego dzikiego tłumu. Ja natomiast leżałem na łóżku, gapiąc się w sufit. Z tego letargu wybudził mnie dźwięk dzwonka. Mama. Od razu odebrałem, jakbym nie rozmawiał z nią od co najmniej dziesięciu lat.
- Hej Collin. Pomyślałam, że razem z tatą i Nicolette zadzwonimy do ciebie- jak najszybciej włączyłem wtedy kamerę.
Byli tam. Cała trójka i nawet dziadkowie. Boże. Ile ja bym dał, żeby znowu tam z nimi być.
- Cześć Collin!- usłyszałem ten dobrze mi znany głos Nicole.
- No cześć mała- uśmiechnąłem się.
Gadaliśmy bitą godzinę. Cały czas starałem się nie pobeczeć. Jednak gdy tylko się rozłączyłem, odetchnąłem głęboko. Potem ktoś wszedł do pokoju, nawet nie zwracałem na to uwagi. Po prostu siedziałem, przecierając wilgotne od łez oczy.
- Collin…?- głos Jade wydawał się być zatroskany.
Jeszcze tego brakowało. Żeby widziała, że się mażę.
- To nic takiego. Po prostu… Coś mnie swędziało i niechcący się dźgnąłem w oko- wydobyłem z siebie najszczerszy uśmiech, na jaki tylko było mnie teraz stać.
<Jade?>
piątek, 23 grudnia 2016
Od Collin'a C.D Jade
Nie wiem jakim cudem blondynce udało się namówić mnie na jazdę o tej
porze. Cóż, może miała jakiś magiczny dar przekonywania. Po chwili,
zostałem sam, siłując się z oficerkami. Jeszcze tylko bluza, kurtka i
możemy ruszać. Już po drodze myślałem nad koniem, którego wezmę.
Oczywiście wybór zawsze sprowadzał się do Oriona. Ten gniadosz
szczególnie przypadł mi do gustu. Sylwetka Jade mignęła mi w dużej
stajni. Potem do niej zajrzę. Zgarnąłem wszystko, co Oriona, z siodlarni
i ruszyłem w stronę boksów z pojedynczymi padokami. Taki sam samotnik z
niego jak ze mnie. Całkiem szybko udało mi się z tym wszystkim uwinąć.
- No, mały, udamy się dzisiaj na małą przejażdżkę…- westchnąłem, robiąc ostatnie pociągnięcia szczotką.
Kiedy się ze wszystkim uwinąłem, uwiązałem go przed dużą stajnią i poszedłem zobaczyć, jak z Jade. Nie wiem jakim cudem udało mi się ją znaleźć. Widziałem jak się po coś schyla. Wiedziałem, że to się nie skończy dobrze. Przyspieszyłem kroku. Koń z ogromny zainteresowaniem badał zapach blondynki. Katastrofa czaiła się za rogiem. Ogier przymierzył się do uderzenia i z impetem w nią uderzył. W ostatniej chwili udało mi się ją złapać. I to jeszcze sam prawie się nie wywaliłem. Odetchnąłem głęboko.
- Kobieto, ty byś się beze mnie zabiła- postawiłem ją do pionu.
- Nie prawda. To wszystko jego wina- wskazała palcem na ogiera.
- No tak, jasne, zwalaj winę na zwierzę. Jade, zachowujesz się niepoważnie- powiedziałem teatralnym, wyniosłym tonem- Mogłabyś w końcu wydorośleć.
- Jasne jasne, odezwał się pan mądry- przewróciła oczami, uśmiechając się pod nosem.
- Dobra daj mi to, pomogę ci- wyciągnąłem kopystkę i zacząłem czyścić ogierowi kopyta.
- Umiem sobie poradzić, nie musisz mnie wyręczać- mruknęła.
- Okej, masz, dam ci go wyczyścić- zmieniłem kopyto.
~*~
Godzinę później mogliśmy już ruszać. Obyło się już bez większych problemów. Wszędzie panowała cisza. Przerywały ją tylko kroki kopyt i oddechy koni. Zatrzymaliśmy się nad jakimś stawem. Do mojej głowy wpadł kolejny, świetny pomysł. Z początku miała to być ślizgawka tutaj, ale to byłoby nierozsądne z mojej strony.
- Jade, wróćmy do akademii. Mam pomysł- już chciała zaprotestować, ale ją powstrzymałem.
Kiedy tylko tam dotarliśmy, zdradziłem jedynie, że musi pojechać ze mną do miasta. Niechętnie, aczkolwiek zgodziła się. Przebrałem się w jakieś inne ubrania, wziąłem portfel i telefon i potem już tylko czekałem na Jade. Zabrałem ją do wsi, na przystanek autobusowy i do Miami. W drodze jeszcze wszystko dokładnie sprawdzałem.
Celem tej podróży było oczywiście lodowisko. Blondynka wyrywała się pod pretekstem, że nie umie jeździć, ale zaciągnąłem ją tam siłą. No, ostatecznie przerzuciłem przez ramię jak worek ziemniaków i zaniosłem. Sam jeździłem na łyżwach ledwo pięć razy, ale nie szło mi najgorzej. Wykupiłem dla nas godzinę i wziąłem łyżwy. Potem, powoli i trzymając dziewczynę za rękę, wprowadziłem nas na taflę. Blondynka, od razu po wejściu, kurczowo złapała się mojej ręki, jakby od tego miało zależeć jej życie.
- Spokojnie, to tak jak z jazdą na rolkach- spojrzałem na nią, trzymając jednocześnie.
- Ale… Na rolkach to jeździłam ostatni raz jakieś pięć lat temu…- wymamrotała.
- Oj dasz radę- chwyciłem ją za rękę- Zobacz. Jeden krok do przodu, potem drugi i powoli jedziesz.
Jakoś zaczynała łapać. Jednak, żeby nie było tak kolorowo, jakiś pacan, który obok nas przejeżdżał z niemałą prędkością, trącił trochę Jade. Blondynka w efekcie lekkiej paniki i zatracenia równowagi, przewróciła się. Oczywiście, żeby nie było, pociągnęła mnie za sobą.
<Jade?>
- No, mały, udamy się dzisiaj na małą przejażdżkę…- westchnąłem, robiąc ostatnie pociągnięcia szczotką.
Kiedy się ze wszystkim uwinąłem, uwiązałem go przed dużą stajnią i poszedłem zobaczyć, jak z Jade. Nie wiem jakim cudem udało mi się ją znaleźć. Widziałem jak się po coś schyla. Wiedziałem, że to się nie skończy dobrze. Przyspieszyłem kroku. Koń z ogromny zainteresowaniem badał zapach blondynki. Katastrofa czaiła się za rogiem. Ogier przymierzył się do uderzenia i z impetem w nią uderzył. W ostatniej chwili udało mi się ją złapać. I to jeszcze sam prawie się nie wywaliłem. Odetchnąłem głęboko.
- Kobieto, ty byś się beze mnie zabiła- postawiłem ją do pionu.
- Nie prawda. To wszystko jego wina- wskazała palcem na ogiera.
- No tak, jasne, zwalaj winę na zwierzę. Jade, zachowujesz się niepoważnie- powiedziałem teatralnym, wyniosłym tonem- Mogłabyś w końcu wydorośleć.
- Jasne jasne, odezwał się pan mądry- przewróciła oczami, uśmiechając się pod nosem.
- Dobra daj mi to, pomogę ci- wyciągnąłem kopystkę i zacząłem czyścić ogierowi kopyta.
- Umiem sobie poradzić, nie musisz mnie wyręczać- mruknęła.
- Okej, masz, dam ci go wyczyścić- zmieniłem kopyto.
~*~
Godzinę później mogliśmy już ruszać. Obyło się już bez większych problemów. Wszędzie panowała cisza. Przerywały ją tylko kroki kopyt i oddechy koni. Zatrzymaliśmy się nad jakimś stawem. Do mojej głowy wpadł kolejny, świetny pomysł. Z początku miała to być ślizgawka tutaj, ale to byłoby nierozsądne z mojej strony.
- Jade, wróćmy do akademii. Mam pomysł- już chciała zaprotestować, ale ją powstrzymałem.
Kiedy tylko tam dotarliśmy, zdradziłem jedynie, że musi pojechać ze mną do miasta. Niechętnie, aczkolwiek zgodziła się. Przebrałem się w jakieś inne ubrania, wziąłem portfel i telefon i potem już tylko czekałem na Jade. Zabrałem ją do wsi, na przystanek autobusowy i do Miami. W drodze jeszcze wszystko dokładnie sprawdzałem.
Celem tej podróży było oczywiście lodowisko. Blondynka wyrywała się pod pretekstem, że nie umie jeździć, ale zaciągnąłem ją tam siłą. No, ostatecznie przerzuciłem przez ramię jak worek ziemniaków i zaniosłem. Sam jeździłem na łyżwach ledwo pięć razy, ale nie szło mi najgorzej. Wykupiłem dla nas godzinę i wziąłem łyżwy. Potem, powoli i trzymając dziewczynę za rękę, wprowadziłem nas na taflę. Blondynka, od razu po wejściu, kurczowo złapała się mojej ręki, jakby od tego miało zależeć jej życie.
- Spokojnie, to tak jak z jazdą na rolkach- spojrzałem na nią, trzymając jednocześnie.
- Ale… Na rolkach to jeździłam ostatni raz jakieś pięć lat temu…- wymamrotała.
- Oj dasz radę- chwyciłem ją za rękę- Zobacz. Jeden krok do przodu, potem drugi i powoli jedziesz.
Jakoś zaczynała łapać. Jednak, żeby nie było tak kolorowo, jakiś pacan, który obok nas przejeżdżał z niemałą prędkością, trącił trochę Jade. Blondynka w efekcie lekkiej paniki i zatracenia równowagi, przewróciła się. Oczywiście, żeby nie było, pociągnęła mnie za sobą.
<Jade?>
czwartek, 22 grudnia 2016
Od Collin`a C.D Jade
Już miałem wejść do łazienki, zniknąć za jej drzwiami, kiedy to przerwał mi jej głos. Prośba blondynki polegała na tym, abym jej coś zagrał. Jednak ze względu na kręcących się tutaj uczniów, wolałem gdzieś się przenieść.
- Okej, ale chodźmy gdzieś indziej. Będzie tu się teraz kręcić dużo ludzi, a słyszałem, że jest tutaj sala muzyczna. Nikt nie będzie się tam kręcił o tej porze- podszedłem do torby i wyciągnąłem z niej posklejany taśmą zeszyt z nutami.
Mam go odkąd pamiętam i nie jedno już przeszedł,
- Każesz mi się ruszać…- mruknęła.
- Oj wstawaj i nie gadaj. Weź ze sobą koc- wzruszyłem delikatnie ramionami.
Coś tam tylko burknęła i szczelnie opatulona kocem ruszyła razem ze mną w poszukiwaniu sali muzycznej. Jak się okazało i się tego spodziewałem, nikogo nie było, a w tej części korytarza nie paliło się już nawet żadne światło. Musiałem poświecić latarką z telefonu, żeby znaleźć w sali włącznik do światła. Była całkiem nieźle wyposażona. Wśród tych wszystkich instrumentów znalazłem keyboard. Podsunąłem ławeczkę i usiadłem, klepiąc miejsce obok. Jade po chwili siedziała już obok mnie, owinięta kocem jak burito. Rozgrzałem palce, nadgarstki i ustawiłem zeszyt. Zagrałem kilka akordów na rozgrzewkę i żeby sprawdzić jego brzmienie, które jak się okazało, nie było najgorsze. Wziąłem głęboki oddech, po czym zacząłem grać.
Podczas grania poczułem, jak blondynka kładzie, z początku trochę niepewnie, głowę na moim ramieniu. Zagrałem jeszcze kilka innych piosenek. Po tym czasie zorientowałem się, że ta blond kruszyna usnęła. A jak się o tym dowiedziałem? Jak jej głowa omal nie opadła mi na kolana. Czyli miała już dość. No cóż, żal było mi ją budzić, więc wziąłem ją na ręce, notatnik w zęby i ruszyłem. Starałem się być jak najbardziej ostrożny, żeby przypadkiem jej nie zbudzić. Gdy wracałem do pokoju, wszyscy już siedzieli u siebie. Nie było więc szans, żebym się na kogoś natknął. Kiedy już znalazłem się w środku, delikatnie położyłem ją na jej łóżku, przykrywając potem kołdrą. Thomas zajmował łazienkę, więc musiałem trochę poczekać. Jednak nie siedział tam zbyt długo. Dwadzieścia minut później leżałem już u siebie, czysty i w piżamie. Sen szybko mnie dopadł.
Następnego dnia, gdy się obudziłem, byłem już sam. Nawet Jade gdzieś wyszła. Spojrzałem na godzinę. Była pora śniadania, jednak czułem się jakoś tak bez sił, więc odpuściłem sobie złażenie tam. Odwróciłem się plecami do drzwi, owijając kołdrą. Kilka minut potem usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi, a po krokach stwierdziłem, że to złotowłosa. Jednak zamiast powitania mruknąłem coś niezrozumiałego dla nas obojga.
<Jade? :> >
- Okej, ale chodźmy gdzieś indziej. Będzie tu się teraz kręcić dużo ludzi, a słyszałem, że jest tutaj sala muzyczna. Nikt nie będzie się tam kręcił o tej porze- podszedłem do torby i wyciągnąłem z niej posklejany taśmą zeszyt z nutami.
Mam go odkąd pamiętam i nie jedno już przeszedł,
- Każesz mi się ruszać…- mruknęła.
- Oj wstawaj i nie gadaj. Weź ze sobą koc- wzruszyłem delikatnie ramionami.
Coś tam tylko burknęła i szczelnie opatulona kocem ruszyła razem ze mną w poszukiwaniu sali muzycznej. Jak się okazało i się tego spodziewałem, nikogo nie było, a w tej części korytarza nie paliło się już nawet żadne światło. Musiałem poświecić latarką z telefonu, żeby znaleźć w sali włącznik do światła. Była całkiem nieźle wyposażona. Wśród tych wszystkich instrumentów znalazłem keyboard. Podsunąłem ławeczkę i usiadłem, klepiąc miejsce obok. Jade po chwili siedziała już obok mnie, owinięta kocem jak burito. Rozgrzałem palce, nadgarstki i ustawiłem zeszyt. Zagrałem kilka akordów na rozgrzewkę i żeby sprawdzić jego brzmienie, które jak się okazało, nie było najgorsze. Wziąłem głęboki oddech, po czym zacząłem grać.
Następnego dnia, gdy się obudziłem, byłem już sam. Nawet Jade gdzieś wyszła. Spojrzałem na godzinę. Była pora śniadania, jednak czułem się jakoś tak bez sił, więc odpuściłem sobie złażenie tam. Odwróciłem się plecami do drzwi, owijając kołdrą. Kilka minut potem usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi, a po krokach stwierdziłem, że to złotowłosa. Jednak zamiast powitania mruknąłem coś niezrozumiałego dla nas obojga.
<Jade? :> >
środa, 21 grudnia 2016
Od Collin'a C.D Jade
Patrzyłem
przez chwilę, jak w nastroju niczym wesoły jednorożec znika ponownie w
łazience z piosenką w ustach. Potem słychać już tylko dźwięk zamykanych
drzwi. Spojrzałem na to wszystko. Boże, ona robi większy bałagan niż
Nicolette.
- Strasznie syfisz!- krzyknąłem.
- Co z tego, skoro to posprzątasz!- odkrzyknęła.
- Syfiara!
- Sprzątaczka!
- Wiesz co.
- Co?
- Widać, że jesteś taką prawdziwą blondynką.
Przezywaliśmy się tak jeszcze dobre kilka minut, a ja w tym czasie sprzątałem. Ktoś w końcu musiał przynajmniej starać się utrzymać względny porządek w tym pokoju. Pomijając Thomas’a, on nie syfił. A jeśli już, to po sobie sprzątał. Od tego dnia, Jade zyskała u mnie miano “niezdarnej syfiary”.
Oczywiście potem nie obyło się bez wizyty kogoś z kadry. Na szczęście, owy instruktor uwierzył w naszą wersję, choć powiem szczerze, że nie wyglądał za bardzo na przekonanego. Jakoś nam się tak żyło w trójkę, chociaż to z ową blondynką, która urozmaiciła nieco moje życie, zadawałem się najbardziej.
~*~
Święta były już za pasem. Raptem tydzień. Można było dostrzec wśród wszystkich, że się przygotowują, kupują prezenty. Instruktorzy również ogłaszali o wigilii. Jednak, gdzie w tym wszystkim byłem ja? Cóż taka szara, nic nieznacząca osoba mogła robić? Zawsze jakoś starałem się nie wychylać, nie przeszkadzać. Ewentualnie w czymś pomóc. Jednak założyłem już, że nie pojawię się tam. Nie widziało mi się siedzenia tam z tym tłumem osób, które powinienem znać. Ciepłe słowa kadry, jakiż to był udany rok, że życzą nam kolejnych sukcesów itd. Potem dzielenie się opłatkiem i składanie sobie tych oklepanych życzeń. Wigilia - jeden dzień w roku, w którym to wszyscy udają, że się kochają, nawet jeśli przy innej okazji wbiliby komuś nóż w plecy. Prezenty dla rodziny wysłałem już wcześniej. Mimo, że wszystko wydawało się być dopięte na ostatni guzik, coś nadal nie dawało mi spokoju. W końcu mnie olśniło. Jade! Przecież kupiłem prezenty rodzinie, osobom, które znaczą coś w moim życiu, a ona przecież do nich należy. W końcu, gdyby nie ona, nie byłbym w stanie chociaż w minimalnym stopniu jakoś się zmienić, otworzyć na ludzi. Sprawdziłem więc w internecie kursy autobusów i pod jakimś najbardziej wiarygodnym pretekstem, wymknąłem się. Oczywiście, Jade nie miała o niczym pojęcia. Wziąłem odpowiednią ilość pieniędzy i wybrałem się do wsi, na przystanek autobusowy. Było zimno, co już mnie nie dziwiło. Piętnaście minut potem byłem już w mieście. Nie miałem za bardzo pojęcia, co mógłbym jej kupić, więc postanowiłem poprosić o radę kogoś, kto się na tym zna. Wykręciłem numer to Nicolette, nie zważając już nawet na inne strefy czasowe.
~ Halo…?- usłyszałem znajomy, nieco zaspany głos.
- Heej, Nicole, musisz mi wybaczyć, ale potrzebuję twojej pomocy.
~ Ach tak?
- Chcę kupić prezent dla kogoś bardzo wyjątkowego…
~ Dziewczyna?- przerwała mi.
- Tak…- odpowiedziałem nieco niepewnie.
~ Collin ma w końcu dziewczynę!- odsunąłem telefon metr od ucha, żeby nie ogłuchnąć od jej krzyku.
- Nicole, cicho. Chcesz, żebym stracił słuch? To nie moja dziewczyna. Dobra koleżanka, może nawet przyjaciółka.
~ No dobra, niech ci będzie.
- A więc, wracając do tematu, potrzebuję dla niej jakiegoś prezentu na święta
~ Jakiegoś? To nie może być “jakiś” prezent. To musi być coś wyjątkowego.
- Czyli?
~ Naszyjnik. Koniecznie kup jej naszyjnik.
Rozmawiałem z nią jeszcze chwilę, a potem dałem spać. Miałem już przynajmniej jakiś zarys tego, co mógłbym jej kupić. Przechadzając się pomiędzy sklepami, obrałem kurs na jubilera. Sprzedawczyni starała się coś mi doradzić, aczkolwiek nic nie kojarzyło mi się z Jade. Jednak wśród tych pier.dół dostrzegłem niepozorny, srebrny naszyjnik z sercem. Tak, był idealny.
Kupiłem go bez zastanowienia. Cena również była ładna. Oby spodobał się
blondynce. Kobieta spakowała mi go w ładne, niebieskie pudełko i mogłem
wyjść, gdy tylko zapłaciłem. Nie miałem czego tu więcej szukać, więc
wróciłem do akademii.
~*~
Do wieczora cały czas starałem się go przed nią ukrywać. Cudem, ale udało się. Chciałem go dać wcześniej, żebym potem pochłonięty innymi rzeczami nie zapomniał. Tuż po kolacji, kiedy tylko znaleźliśmy się sami w pokoju, kazałem jej stanąć przed lusterkiem i zamknąć oczy.
- Co już znowu wymyśliłeś…?- westchnęła.
- Nie podglądaj- mruknąłem tylko, ostrożnie biorąc naszyjnik do ręki.
Chwilę potem zapiąłem go na szyi Jade. Jej skóra była delikatna i gładka w dotyku.
- Okej, możesz otworzyć oczy…- z sercem w gardle, zrobiłem krok w tył.
Oby się podobał, oby się podobał, oby się podobał….
<Jade?>
- Strasznie syfisz!- krzyknąłem.
- Co z tego, skoro to posprzątasz!- odkrzyknęła.
- Syfiara!
- Sprzątaczka!
- Wiesz co.
- Co?
- Widać, że jesteś taką prawdziwą blondynką.
Przezywaliśmy się tak jeszcze dobre kilka minut, a ja w tym czasie sprzątałem. Ktoś w końcu musiał przynajmniej starać się utrzymać względny porządek w tym pokoju. Pomijając Thomas’a, on nie syfił. A jeśli już, to po sobie sprzątał. Od tego dnia, Jade zyskała u mnie miano “niezdarnej syfiary”.
Oczywiście potem nie obyło się bez wizyty kogoś z kadry. Na szczęście, owy instruktor uwierzył w naszą wersję, choć powiem szczerze, że nie wyglądał za bardzo na przekonanego. Jakoś nam się tak żyło w trójkę, chociaż to z ową blondynką, która urozmaiciła nieco moje życie, zadawałem się najbardziej.
~*~
Święta były już za pasem. Raptem tydzień. Można było dostrzec wśród wszystkich, że się przygotowują, kupują prezenty. Instruktorzy również ogłaszali o wigilii. Jednak, gdzie w tym wszystkim byłem ja? Cóż taka szara, nic nieznacząca osoba mogła robić? Zawsze jakoś starałem się nie wychylać, nie przeszkadzać. Ewentualnie w czymś pomóc. Jednak założyłem już, że nie pojawię się tam. Nie widziało mi się siedzenia tam z tym tłumem osób, które powinienem znać. Ciepłe słowa kadry, jakiż to był udany rok, że życzą nam kolejnych sukcesów itd. Potem dzielenie się opłatkiem i składanie sobie tych oklepanych życzeń. Wigilia - jeden dzień w roku, w którym to wszyscy udają, że się kochają, nawet jeśli przy innej okazji wbiliby komuś nóż w plecy. Prezenty dla rodziny wysłałem już wcześniej. Mimo, że wszystko wydawało się być dopięte na ostatni guzik, coś nadal nie dawało mi spokoju. W końcu mnie olśniło. Jade! Przecież kupiłem prezenty rodzinie, osobom, które znaczą coś w moim życiu, a ona przecież do nich należy. W końcu, gdyby nie ona, nie byłbym w stanie chociaż w minimalnym stopniu jakoś się zmienić, otworzyć na ludzi. Sprawdziłem więc w internecie kursy autobusów i pod jakimś najbardziej wiarygodnym pretekstem, wymknąłem się. Oczywiście, Jade nie miała o niczym pojęcia. Wziąłem odpowiednią ilość pieniędzy i wybrałem się do wsi, na przystanek autobusowy. Było zimno, co już mnie nie dziwiło. Piętnaście minut potem byłem już w mieście. Nie miałem za bardzo pojęcia, co mógłbym jej kupić, więc postanowiłem poprosić o radę kogoś, kto się na tym zna. Wykręciłem numer to Nicolette, nie zważając już nawet na inne strefy czasowe.
~ Halo…?- usłyszałem znajomy, nieco zaspany głos.
- Heej, Nicole, musisz mi wybaczyć, ale potrzebuję twojej pomocy.
~ Ach tak?
- Chcę kupić prezent dla kogoś bardzo wyjątkowego…
~ Dziewczyna?- przerwała mi.
- Tak…- odpowiedziałem nieco niepewnie.
~ Collin ma w końcu dziewczynę!- odsunąłem telefon metr od ucha, żeby nie ogłuchnąć od jej krzyku.
- Nicole, cicho. Chcesz, żebym stracił słuch? To nie moja dziewczyna. Dobra koleżanka, może nawet przyjaciółka.
~ No dobra, niech ci będzie.
- A więc, wracając do tematu, potrzebuję dla niej jakiegoś prezentu na święta
~ Jakiegoś? To nie może być “jakiś” prezent. To musi być coś wyjątkowego.
- Czyli?
~ Naszyjnik. Koniecznie kup jej naszyjnik.
Rozmawiałem z nią jeszcze chwilę, a potem dałem spać. Miałem już przynajmniej jakiś zarys tego, co mógłbym jej kupić. Przechadzając się pomiędzy sklepami, obrałem kurs na jubilera. Sprzedawczyni starała się coś mi doradzić, aczkolwiek nic nie kojarzyło mi się z Jade. Jednak wśród tych pier.dół dostrzegłem niepozorny, srebrny naszyjnik z sercem. Tak, był idealny.
Kupiłem go bez zastanowienia. Cena również była ładna. Oby spodobał się
blondynce. Kobieta spakowała mi go w ładne, niebieskie pudełko i mogłem
wyjść, gdy tylko zapłaciłem. Nie miałem czego tu więcej szukać, więc
wróciłem do akademii. ~*~
Do wieczora cały czas starałem się go przed nią ukrywać. Cudem, ale udało się. Chciałem go dać wcześniej, żebym potem pochłonięty innymi rzeczami nie zapomniał. Tuż po kolacji, kiedy tylko znaleźliśmy się sami w pokoju, kazałem jej stanąć przed lusterkiem i zamknąć oczy.
- Co już znowu wymyśliłeś…?- westchnęła.
- Nie podglądaj- mruknąłem tylko, ostrożnie biorąc naszyjnik do ręki.
Chwilę potem zapiąłem go na szyi Jade. Jej skóra była delikatna i gładka w dotyku.
- Okej, możesz otworzyć oczy…- z sercem w gardle, zrobiłem krok w tył.
Oby się podobał, oby się podobał, oby się podobał….
<Jade?>
Od Collin'a C.D Jade
Już po piętnastu minutach miałem dość. Tak bardzo dość. Było mi zimno i mokro na zmianę. Albo na raz. To też. Moja równowaga poszła się walić i już po chwili leżałem tyłkiem w śniegu. Podniosłem rękę, machając nią na znak, że to już koniec. Jade podeszła, a potem wspólnie stwierdziliśmy, że zbieramy się już do akademii. Oboje dygotaliśmy z zimna.
- Nie wiesz, która może być godzina?- spytałem, na co pokręciła przecząco głową.
Kurna, nie możemy się spóźnić już pierwszego dnia. Jednak do głowy przyszła mi myśl, jak się z tego wykręcić.
- Zajmuję łazienkę gdy tylko przyjdziemy- wyszczerzyłem się, na co w odpowiedzi dostałem z pięści w brzuch.
Kto by pomyślał, że ma tyle siły. Po kilku minutach było już widać dachy budynków akademii. Chciałem przyspieszyć, ale Jade mimo moich ponaglań dalej się wlokła. Można by rzec, że jej każdy krok przymarzał do podłoża.
- Ja pierdziele, w takim tempie nigdy tam nie dotrzemy- mruknąłem i wziąłem ją na plecy.
Protestowała, ponownie okładała mnie pięściami. No co za kobieta! Tylko by mnie biła! Pff. No i co, biegłem tak z nią resztę drogi. Była całkiem lekka. Starałem się unikać instruktorów jak ognia. Czułem się jak szpieg. Przy okazji obmyśliłem już dla nich wersję na usprawiedliwienie naszej nieobecności. Odstawiłem blondynkę pod pokojem.
- Gdzie idziesz?- spytała, gdy zacząłem się oddalać w stronę schodów.
- Nigdzie. Idź do tej łazienki pierwsza, tylko nie siedź za długo.
- Ale…
- Idź póki się nie rozmyśliłem.
Westchnęła tylko i niechętnie zniknęła za drzwiami. Ja natomiast po kilku sekundach byłem już na stołówce. Zgarnąłem jakąś tackę, dwie, gorące herbaty, miód, cukier i jakieś ciastka. Wracałem już nieco wolniej, ostrożniej, żeby przypadkiem czegoś nie rozlać. Kiedy wróciłem, Jade okupowała jeszcze łazienkę. Ja natomiast miałem czas, żeby to wszystko rozstawić. Przebrałem się w dresy i jakąś ciepłą bluzę, a mokre rzeczy rozwiesiłem na grzejnikach. Zacząłem cicho nucić tekst pewnej piosenki, która mi się akurat przypomniała.
When, when we came home
Worn to the bones
I told myself, "this could get rough"
And when, when I was off, which happened a lot
You came to me and said, "that's enough"
Oh I know that this love is pain
But we can't cut it from out these veins, no
So I'll hit the lights and you lock the doors
We ain't leaving this room 'til we both feel more
Don't walk away, don't roll your eyes
They say love is pain, well darling, let's hurt tonight
W międzyczasie złotowłosa wyszła i zapewne wszystko słyszała. Walić. Sam rozsiadłem się w fotelu, wskazująć drugi, obok. Dzielił je tylko stolik z herbatą i ciastkami.
- Co powiemy instruktorom?- spytała, biorąc do ręki gorący jeszcze kubek.
- Zaczęłaś się źle czuć, więc zaprowadziłem cię do pokoju. Powiemy, że się rozchorowałaś i nie miałaś siły sama tutaj dotrzeć, więc poprosiłaś mnie o pomoc. A ja, jako dobry kolega, pomogłem ci- odparłem, wstając i okrywając ją szczelnie kocem, potem ponownie zajmując swoje miejsce.
- Jakiś ty dobry i łaskawy- przewróciła oczami, biorąc łyk wcześniej posłodzonej herbaty.
- No widzisz. Nie to co ty. Tylko mnie bijesz- zmrużyłem oczy, również sięgając po swój kubek.
<Jade?>
- Nie wiesz, która może być godzina?- spytałem, na co pokręciła przecząco głową.
Kurna, nie możemy się spóźnić już pierwszego dnia. Jednak do głowy przyszła mi myśl, jak się z tego wykręcić.
- Zajmuję łazienkę gdy tylko przyjdziemy- wyszczerzyłem się, na co w odpowiedzi dostałem z pięści w brzuch.
Kto by pomyślał, że ma tyle siły. Po kilku minutach było już widać dachy budynków akademii. Chciałem przyspieszyć, ale Jade mimo moich ponaglań dalej się wlokła. Można by rzec, że jej każdy krok przymarzał do podłoża.
- Ja pierdziele, w takim tempie nigdy tam nie dotrzemy- mruknąłem i wziąłem ją na plecy.
Protestowała, ponownie okładała mnie pięściami. No co za kobieta! Tylko by mnie biła! Pff. No i co, biegłem tak z nią resztę drogi. Była całkiem lekka. Starałem się unikać instruktorów jak ognia. Czułem się jak szpieg. Przy okazji obmyśliłem już dla nich wersję na usprawiedliwienie naszej nieobecności. Odstawiłem blondynkę pod pokojem.
- Gdzie idziesz?- spytała, gdy zacząłem się oddalać w stronę schodów.
- Nigdzie. Idź do tej łazienki pierwsza, tylko nie siedź za długo.
- Ale…
- Idź póki się nie rozmyśliłem.
Westchnęła tylko i niechętnie zniknęła za drzwiami. Ja natomiast po kilku sekundach byłem już na stołówce. Zgarnąłem jakąś tackę, dwie, gorące herbaty, miód, cukier i jakieś ciastka. Wracałem już nieco wolniej, ostrożniej, żeby przypadkiem czegoś nie rozlać. Kiedy wróciłem, Jade okupowała jeszcze łazienkę. Ja natomiast miałem czas, żeby to wszystko rozstawić. Przebrałem się w dresy i jakąś ciepłą bluzę, a mokre rzeczy rozwiesiłem na grzejnikach. Zacząłem cicho nucić tekst pewnej piosenki, która mi się akurat przypomniała.
When, when we came home
Worn to the bones
I told myself, "this could get rough"
And when, when I was off, which happened a lot
You came to me and said, "that's enough"
Oh I know that this love is pain
But we can't cut it from out these veins, no
So I'll hit the lights and you lock the doors
We ain't leaving this room 'til we both feel more
Don't walk away, don't roll your eyes
They say love is pain, well darling, let's hurt tonight
W międzyczasie złotowłosa wyszła i zapewne wszystko słyszała. Walić. Sam rozsiadłem się w fotelu, wskazująć drugi, obok. Dzielił je tylko stolik z herbatą i ciastkami.
- Co powiemy instruktorom?- spytała, biorąc do ręki gorący jeszcze kubek.
- Zaczęłaś się źle czuć, więc zaprowadziłem cię do pokoju. Powiemy, że się rozchorowałaś i nie miałaś siły sama tutaj dotrzeć, więc poprosiłaś mnie o pomoc. A ja, jako dobry kolega, pomogłem ci- odparłem, wstając i okrywając ją szczelnie kocem, potem ponownie zajmując swoje miejsce.
- Jakiś ty dobry i łaskawy- przewróciła oczami, biorąc łyk wcześniej posłodzonej herbaty.
- No widzisz. Nie to co ty. Tylko mnie bijesz- zmrużyłem oczy, również sięgając po swój kubek.
<Jade?>
czwartek, 15 grudnia 2016
Od Collin'a CD Jade
Zatrzymałem się pod drzwiami, otwierając je po chwili. Gdy
tylko przekroczyliśmy próg, puściłem walizkę.
- Kobieto, czego ty tam naupychałaś? Stado słoni?-
teatralnie otarłem ręką niewidzialny pot z czoła.
- Że co proszę? Sam widziałeś, że to tylko kilka koszulek!-
odparła z uśmiechem i udawanym wyrzutem.
Thomas’a nie było. Pewnie wyszedł gdzieś ze znajomymi. Ja
jak na razie znałem tylko Jade. Położyłem się na łóżku, patrząc w sufit i
majtając jedną nogą poza nim. Blondynka w tym czasie układała swoje rzeczy na
nowych miejscach. Tak rozmyślając o bóg wie czym, przypomniała mi się piosenka,
którą po kilku minutach zacząłem zawzięcie śpiewać.
Oczywiście każde zdanie gestykulowałem. Przy powtarzającym
się ,,I can't help falling in love with you” za każdym razem wyciągałem ręce w
stronę Jade, która w odpowiedzi tylko cicho chichotała i możliwe że trochę się
zarumieniła, ale tego ostatniego nie mogłem do końca stwierdzić, bo jej twarz
niemalże cały czas zasłaniały włosy. Dopiero teraz zauważyłem kartony w rogu
pokoju. Czyli mój keyborad i skrzypce już przyszły? Podniosłem się z łóżka,
zmierzając w ich stronę. Przykucnąłem, znajdując dobre miejsce do otworzenia.
- Co to?- usłyszałem ciekawskie i pełne zainteresowania
pytanie Jade.
- Złoto- odparłem jak gdyby nigdy nic, sięgając po nożyczki.
- Bardzo śmieszne- mruknęła.
- Keyboard- wzruszyłem lekko ramionami.
- Umiesz grać? Nie chwaliłeś się- przechyliła głowę
delikatnie w bok.
- Nie lubię się chwalić- spojrzałem na nią kątem oka- Możesz
mi podać te drugie pudło? Tylko błagam, ostrożnie
- Spokojnie, nie jestem niezdarą- westchnęła- Co jest w tym?
- Skrzypce.
- No nieźle. Człowiek o wielu talentach- zaśmiała się.
- No pewnie. Tylko jakoś nie robię tego dla sławy. Po prostu
to jedne z czynności, które mnie uszczęśliwiają.
Wyjąłem keyboard razem ze stojakiem. Od razu sprawdziłem,
czy wszystko gra. Wziąłem krzesełko i rozgrzałem nadgarstki. Dla pewności,
zagrałem kilka akordów jakiejś kołysanki.
- Zagraj mi coś- stwierdziła.
- Co?- skierowałem wzrok na Jade nadal siedzącą na ziemi.
- Zagraj mi coś- powtórzyła.
- Jak sobie zasłużysz- uśmiechnąłem się, pokazując jej język
i wstając.
Wyciągnąłem rękę w jej stronę, pomagając również wstać. Po
kilku minutach wspólnie stwierdziliśmy, żeby udać się na jakiś mały spacer.
Założyliśmy więc coś super-ciepłego, żeby przypadkiem nie odleciały nam nosy
bądź inne części ciała, i wyszliśmy.
<Jade?>
poniedziałek, 12 grudnia 2016
Od Collin'a CD Jade
Zamrugałem kilkakrotnie. Podążyłem wzrokiem za nią na wielki
zegar.
- Serio? Coś ty, to super. Będę miał z kim gadać- uniosłem
ręce.
- No ale przecież jesteś w pokoju z jeszcze jakimś
chłopakiem.
- Noo tak, ale rozmowa jakoś się nam nie klei. A tak to może
atmosfera jakoś się rozluźni. Tylko muszę cię zmartwić. Zostały już tylko łóżka
na dole- westchnąłem z udawanym smutkiem.
- Ooo doprawdy? A myślałam, że może byłbyś tak miły i mi
odstąpił…
- Nigdy w życiu!
~*~
Miałem okazję uczestniczyć w zajęciach. Taka moja pierwsza
lekcja - przedstaw się, pokaż co potrafisz itd. Nie było tak źle, chociaż
czułem się jakoś tak niekomfortowo. Potem przyszła pora na obiad. Jakimś cudem
udało mi się być jednym z pierwszych na stołówce, zajmując stolik przy oknie.
Tak, coś czuję, że będzie mój przez kilka najbliższych miesięcy. Ludzi
przybywało. Ja siedziałem już ze swoim kurczakiem, jakąś zupą i sokiem.
Wszystko to wyglądało całkiem smaczne i, jak się potem okazało, właśnie takie
było. Co jakiś czas wypatrywałem Jade. Zjawiła się po dwudziestu minutach.
Rozglądała się po sali, szukając wolnego miejsca. Kiedy tylko się zbliżyła,
poklepałem siedzenie obok nie przerywając jedzenia kurczaka. Obdarowała mnie
tylko serdecznym uśmiechem i oddaliła się, by po chwili wrócić ze swoją porcją.
No cóż, nie było tego tyle co u mnie. Posiłek odbyliśmy w ciszy, chcąc pewnie
nie opluć się nawzajem jedzeniem. Gdy ja już skończyłem, a ona jeszcze nie,
ruszyłem dzielnie po deser dla naszej dwójki. Nie myślałem za bardzo o tym, czy
będzie to chciała czy nie. W sumie nie zaszkodziłoby jej jakby trochę przytyła.
Przyniosłem więc jej i sobie po kawałku ciasta czekoladowego. Kiedy postawiłem
talerzyk przed nią, spojrzała na mnie trochę zaskoczona.
- No co? Odrobinę masy ci się przyda. Sama skóra i kości.
Jedz jedz- machnąłem lekko głową w stronę jedzenia, zajmując swoje poprzednie
miejsce.
Jak gdyby nigdy nic zacząłem pochłaniać kawałek ciasta,
które również było przepyszne.
<Jade?>
sobota, 3 grudnia 2016
Od Collin'a C.D Jade
Było ciemno. I zimno. Ale chyba bardziej ciemno. Chociaż nie. Wróć. I ciemno i zimno jak na Syberii. Jednak jakoś za bardzo nie miałem jej tego za złe mimo, że nocna wycieczka już pierwszego dnia niezbyt mi się spodobała. Podejmowała próby rozmowy, ale i tak ostatecznie kończyły się one ciszą. Ale nie poddawała się, kolejną jej propozycją było to, żebym coś o sobie powiedział. No cóż… Nigdy nie doszedłem do “tego poziomu” kontaktu z innymi, nie za bardzo wiedziałem więc, jak się opisuje siebie. No, ale trzeba kiedyś spróbować. Najwyżej wskoczę do najbliższej rzeki i tyle mnie widziała.
- No to, hm, od czego by tu zacząć…- zacząłem się zastanawiać- Pochodzę z Liverpool’u. Gdyby nie najsłodsza istota na ziemi, jaką jest moja młodsza siostra Nicolette, nie zrobiłbym wielu rzeczy. Potrafię grać na skrzypcach, fortepianie i keyboardzie. Dużo czytam. Nie umiem pływać. Lubię wieczorne spacery, ale nie aż tak. Chodzę późno spać. Czasami chodzę niewyspany. Lubie długo spać, pić gorącą czekoladę, ogólnie słodkie rzeczy. Nie przepadam za horrorami, trawię tylko serial The Walking Dead- wyrzuciłem to wszystko z siebie niemal na jednym tchu.
Nie musiała wdawać się w szczegóły, znać całego mojego życia. Wystarczą jej suche fakty. Przynajmniej na razie. Patrzyła na mnie przez chwilę nieco zaskoczona tym moim całym wyrzutem. Nie odpowiedziała już nic. Pozostało tylko napawać się tą ciszą. Stało się totalnie nudno. Nagle do mojej głowy wpadł głupi pomysł. Tak głupi, że nigdy wcześniej nawet bym o nim nie pomyślał. Obejrzałem się żeby zobaczyć, jak daleko za nami zostały konie. Całkiem blisko. Serce zaczynało mi być coraz szybciej, gdy o tym myślałem.
- Mam pomysł- rzuciłem ni z gruszki ni z pietruszki.
- Jaki?- spojrzała na mnie zaskoczona, gdy zacząłem ją ciągnąć w stronę tamtych wierzchowców.
Prześlizgnęliśmy się pod płotem. Konie ponownie do nasy przyszły.
- Czy ty jesteś normalny? Będziemy mieli kłopoty!- krzyknęła półszeptem.
Aż mnie korciło, żeby to zrobić, ale jednocześnie wyrzuty sumienia dawały o sobie znać. Dałem jej znak ręką, żeby ucichła. Wyciągnąłem rękę w stronę kopytnych. Zainteresowanie, zbliżyły się. Stanąłem pomiędzy dwoma z nich i łapiąc po bokach głów, zacząłem prowadzić do nadal zaskoczonej Jade. “Przekazałem” jej jednego, sam wspinając się na drugiego. Ich pastwisko było ogromne. Chwyciłem grzywy i uderzyłem go łydkami. Od razu ruszył. Dziewczyna, trochę mniej pewnie, zrobiła to samo. Noo, a potem, to był już dziki galop. Rany. Nigdy nie czułem się tak wolny! Chyba to powtórzę, tylko już nie z czyimiś końmi.
~*~
Dwie godziny później, byliśmy z powrotem. Na szczęście, wszystko się udało. Bez żadnych trudności. Wszędzie było już prawie ciemno. Tylko w nielicznych oknach pokoi paliło się światło. Bezszelestnie wślizgnęliśmy się do budynku. Staraliśmy się być jak najciszej. Będąc pod moim pokojem rzuciłem tylko “do jutra” i zniknąłem za drzwiami. Dobry boże. To był ciężki dzień. Spojrzałem na zegarek. Była prawie dwudziesta pierwsza. Mój współlokator jeszcze nie spał. Robił coś przy biurku. W końcu miałem okazję go poznać. Trochę z nim pogadałem, a potem znowu zniknąłem. Tym razem w łazience. Wziąłem szybki prysznic, umyłem zęby i wskoczyłem do łóżka. Albo raczej wspiąłem. Pozostały już tylko dwa wolne na górze. Było całkiem wysoko i miałem widok na cały pokój. Szybko zasnąłem. Nie wiedzieć dlaczego, wcześniej nie zwróciłem uwagi na miękkość i ciepłość tego łóżka.
~*~
Rano obudził mnie budzik. Prawdopodobnie Thomas’a. Jednak nie byłem za to zły. Leniwie zwlokłem się ze swojego legowiska, starając nie potknąć o własne nogi gdy schodziłem po drabince. Czyli teraz na śniadanie? No cóż, co by tu dzisiaj ubrać… Z szafy wyciągnąłem czarne joggery, najzwyklejszy w świecie biały t-shirt i ciemnoszarą, zapinaną bluzę z kapturem. Włosy zostawiłem w artystycznym nieładzie. Dzisiejszy dzień spędzę na poznawaniu tego wszystkiego i może jeździe. Co do butów, skoro mam jeździć, założyłem oficerki. Już miałem wychodzić, kiedy przypomniałem sobie o chłodnych dniach. Ostatecznie wziąłem jeszcze jakąś cieplejszą kurtkę. Na stołówkę wpadłem dosłownie na chwilę. Zgarnąłem dwie kanapki, wziąłem łyk herbaty, jabłko i wyszedłem, kierując swe kroki w stronę stajni. Był tam Orion, koń, którego sobie upodobałem. Specjalizował się w ujeżdżeniu. I rekreacji. Korzystając z tego, że jeszcze nikogo nie ma, osiodłałem go i zaprowadziłem do hali. Tam też pustki. Moim celem nie było jednak ćwiczenie czegoś. Zwykła przejażdżka. Po prostu. Jednak coś mnie tchnęło, gdy się tam znalazłem. Zszedłem z ogiera, dając mu wolną rękę. Chciałem zobaczyć, jak się zachowa. Usiadłem gdzieś po środku, na piasku. Orion z początku spacerował po hali. Potem zbliżył się do mnie. Wyglądał na zainteresowanego, bo przecież nie każdy bierze konia na halę, siada na ziemi, a koń niech robi sobie, co chce. Położyłem się na ziemi plackiem, zamykając oczy. Nawet nie protestowałem, gdy zaczął mnie obwąchiwać. Po prostu tak sobie leżałem, gapiąc się w sufit. Usłyszałem otwieranie drzwi. Powoli odwróciłem głowę w ich stronę. Stała w nich blondynka o znajomej twarzy.
<Jade?>
- No to, hm, od czego by tu zacząć…- zacząłem się zastanawiać- Pochodzę z Liverpool’u. Gdyby nie najsłodsza istota na ziemi, jaką jest moja młodsza siostra Nicolette, nie zrobiłbym wielu rzeczy. Potrafię grać na skrzypcach, fortepianie i keyboardzie. Dużo czytam. Nie umiem pływać. Lubię wieczorne spacery, ale nie aż tak. Chodzę późno spać. Czasami chodzę niewyspany. Lubie długo spać, pić gorącą czekoladę, ogólnie słodkie rzeczy. Nie przepadam za horrorami, trawię tylko serial The Walking Dead- wyrzuciłem to wszystko z siebie niemal na jednym tchu.
Nie musiała wdawać się w szczegóły, znać całego mojego życia. Wystarczą jej suche fakty. Przynajmniej na razie. Patrzyła na mnie przez chwilę nieco zaskoczona tym moim całym wyrzutem. Nie odpowiedziała już nic. Pozostało tylko napawać się tą ciszą. Stało się totalnie nudno. Nagle do mojej głowy wpadł głupi pomysł. Tak głupi, że nigdy wcześniej nawet bym o nim nie pomyślał. Obejrzałem się żeby zobaczyć, jak daleko za nami zostały konie. Całkiem blisko. Serce zaczynało mi być coraz szybciej, gdy o tym myślałem.
- Mam pomysł- rzuciłem ni z gruszki ni z pietruszki.
- Jaki?- spojrzała na mnie zaskoczona, gdy zacząłem ją ciągnąć w stronę tamtych wierzchowców.
Prześlizgnęliśmy się pod płotem. Konie ponownie do nasy przyszły.
- Czy ty jesteś normalny? Będziemy mieli kłopoty!- krzyknęła półszeptem.
Aż mnie korciło, żeby to zrobić, ale jednocześnie wyrzuty sumienia dawały o sobie znać. Dałem jej znak ręką, żeby ucichła. Wyciągnąłem rękę w stronę kopytnych. Zainteresowanie, zbliżyły się. Stanąłem pomiędzy dwoma z nich i łapiąc po bokach głów, zacząłem prowadzić do nadal zaskoczonej Jade. “Przekazałem” jej jednego, sam wspinając się na drugiego. Ich pastwisko było ogromne. Chwyciłem grzywy i uderzyłem go łydkami. Od razu ruszył. Dziewczyna, trochę mniej pewnie, zrobiła to samo. Noo, a potem, to był już dziki galop. Rany. Nigdy nie czułem się tak wolny! Chyba to powtórzę, tylko już nie z czyimiś końmi.
~*~
Dwie godziny później, byliśmy z powrotem. Na szczęście, wszystko się udało. Bez żadnych trudności. Wszędzie było już prawie ciemno. Tylko w nielicznych oknach pokoi paliło się światło. Bezszelestnie wślizgnęliśmy się do budynku. Staraliśmy się być jak najciszej. Będąc pod moim pokojem rzuciłem tylko “do jutra” i zniknąłem za drzwiami. Dobry boże. To był ciężki dzień. Spojrzałem na zegarek. Była prawie dwudziesta pierwsza. Mój współlokator jeszcze nie spał. Robił coś przy biurku. W końcu miałem okazję go poznać. Trochę z nim pogadałem, a potem znowu zniknąłem. Tym razem w łazience. Wziąłem szybki prysznic, umyłem zęby i wskoczyłem do łóżka. Albo raczej wspiąłem. Pozostały już tylko dwa wolne na górze. Było całkiem wysoko i miałem widok na cały pokój. Szybko zasnąłem. Nie wiedzieć dlaczego, wcześniej nie zwróciłem uwagi na miękkość i ciepłość tego łóżka.
~*~
Rano obudził mnie budzik. Prawdopodobnie Thomas’a. Jednak nie byłem za to zły. Leniwie zwlokłem się ze swojego legowiska, starając nie potknąć o własne nogi gdy schodziłem po drabince. Czyli teraz na śniadanie? No cóż, co by tu dzisiaj ubrać… Z szafy wyciągnąłem czarne joggery, najzwyklejszy w świecie biały t-shirt i ciemnoszarą, zapinaną bluzę z kapturem. Włosy zostawiłem w artystycznym nieładzie. Dzisiejszy dzień spędzę na poznawaniu tego wszystkiego i może jeździe. Co do butów, skoro mam jeździć, założyłem oficerki. Już miałem wychodzić, kiedy przypomniałem sobie o chłodnych dniach. Ostatecznie wziąłem jeszcze jakąś cieplejszą kurtkę. Na stołówkę wpadłem dosłownie na chwilę. Zgarnąłem dwie kanapki, wziąłem łyk herbaty, jabłko i wyszedłem, kierując swe kroki w stronę stajni. Był tam Orion, koń, którego sobie upodobałem. Specjalizował się w ujeżdżeniu. I rekreacji. Korzystając z tego, że jeszcze nikogo nie ma, osiodłałem go i zaprowadziłem do hali. Tam też pustki. Moim celem nie było jednak ćwiczenie czegoś. Zwykła przejażdżka. Po prostu. Jednak coś mnie tchnęło, gdy się tam znalazłem. Zszedłem z ogiera, dając mu wolną rękę. Chciałem zobaczyć, jak się zachowa. Usiadłem gdzieś po środku, na piasku. Orion z początku spacerował po hali. Potem zbliżył się do mnie. Wyglądał na zainteresowanego, bo przecież nie każdy bierze konia na halę, siada na ziemi, a koń niech robi sobie, co chce. Położyłem się na ziemi plackiem, zamykając oczy. Nawet nie protestowałem, gdy zaczął mnie obwąchiwać. Po prostu tak sobie leżałem, gapiąc się w sufit. Usłyszałem otwieranie drzwi. Powoli odwróciłem głowę w ich stronę. Stała w nich blondynka o znajomej twarzy.
<Jade?>
niedziela, 27 listopada 2016
Od Collin'a C.D Jade
Blondynka przemknęła obok mnie, obdarzając moją osobę jedynie uśmiechem. Widziałem, jak wchodziła do pokoju kilka drzwi dalej, z czego wywnioskowałem, że jej pokój ma numer dwadzieścia dwa. Czy warto zapamiętać ten numer? Nie wiem, ale może warto. Chwilę potem, gdy już zniknęła, udało mi się otworzyć te chole.rne drzwi. Przede mną ukazał się pokój skąpany w błękicie i bieli. Piękne połączenie. Wpakowałem do środka resztę moich rzeczy, które przez parę sekund sterczały na korytarzu. Po głębszym rozejrzeniu się mogłem stwierdzić, albo raczej potwierdzić to, że nie byłem tutaj sam. Jedno z łóżek wyglądało na bardziej używane. No nic, trzeba by się rozpakować. Wyjąłem z kieszeni kawałek zmiętolonej kartki. Zaraz kolacja. Wypadałoby się pojawić, coś zjeść. Cokolwiek. Spojrzałem na leżące walizki, wzdychając. Walić to, rozpakuję się potem. Zaciągnąłem je gdzieś w kąt, żeby w razie nie wadziły mojemu współlokatorowi i ruszyłem do łazienki. Światło zapalało się samo. Czyżby czujnik ruchu? Najwyraźniej tak. Stanąłem przed lusterkiem, opierając się o umywalkę. Wyglądałem jak po pięcioletnim pobycie w dziczy. Nie, wróć. Aż tak źle nie było. Przeczesałem trochę włosy i zebrałem się do stołówki. Byłem tam trochę przed czasem, dzięki czemu mogłem zająć jakiś stolik na odludziu. Ehh, ciężko się wyzbyć starych nawyków. Zgarnąłem płatki czekoladowe z mlekiem, trzy kanapki i kakao. Noo i jakieś jabłko. Zdrowe odżywianie to przecież podstawa, zwłaszcza, jeśli uczęszcza się do takiej akademii, gdzie dobra kondycja jest potrzebna. Mój stolik umiejscowiony był przy oknie, jak miło. Mimo kompletnych ciemności panujących na zewnątrz, było widać ten kawałek ziemi oświetlany światłem ze stołówki. Wszędzie na zewnątrz panowała noc, ciemność kompletna. Marzyłem, żeby znaleźć się już w swoim pokoju. Ludzi zaczęło zbierać się coraz więcej. Żeby jakoś urozmaicić nudne przeżuwanie, wypatrywałem blondynki z korytarza. Długo się nie zjawiała. Może odpłynęła już w objęcia Morfeusza? Ciekawe. Jak na razie nikt nawet nie próbował się do mnie dosiąść. Czy ja doprawdy wyglądałem tak odstraszająco? Ehh, mniejsza. Ilość osób w stołówce zamiast się zmniejszać, przybierała. Ja wiedziałem, że jest bardzo popularna i dużo ludzi zabija się o miejsca tutaj, ale żeby aż tak? Minęło już dosyć sporo czasu, a ja zaczynałem dopiero pierwszą kanapkę. Myślałem, że dzisiejszy dzień przebędę do końca samotnie. Jakież było moje zdziwienie, gdy do zajmowanego przeze mnie stolika zaczęła zbliżać się owa blondynka. Promiennie się uśmiechała, tak jak wcześniej. Zapewne miała na uwadze tylko wolne miejsce przy stole, więc jakoś się tym nie przejmowałem. Gdy stała już obok, spojrzała jedynie na krzesło, a potem na mnie. Skinąłem głową na znak, że jest wolne. Może to dobra okazja, żeby w końcu kogoś poznać? No dalej, Collin, postaraj się trochę. Wysil mózgownicę, nie będziesz wiecznie sam jak palec. Trzeba w końcu założyć z kimś rodzinę, spłodzić syna, zbudować dom i posadzić drzewo. Czyżby owa blondynka miała stać się ofiarą tych stereotypowych planów każdego prawdziwego mężczyzny? A czy ja byłem prawdziwym mężczyzną? Nie. Nikt, kto dawał sobie zabierać kanapki w podstawówce nie zasługuje na miano prawdziwego mężczyzny. Czyli wnioskując, mnie te plany nie dotyczyły. Białogłowa mogła czuć się bezpieczna. Przynajmniej na razie. Dopiero po chwili zauważyłem, że jej kolacją było jedynie jabłko. Spojrzałem na swój ostatni posiłek. Jeszcze całe dwie kanapki i również jabłko. Potem znowu na nią. Dlaczego zacząłem czuć się źle? Rany boskie, nie mówcie mi, że to właśnie są małe wyrzuty sumienia. Długo biłem się z myślami, gdy nagle dostałem olśnienia. Przy okazji, miałem szansę, żeby się z kimś zapoznać. Wybrałem jakąś lepszą kanapkę z dwóch pozostałych i podsunąłem w jej stronę.
- Nie trzeba…- zaczęła, ale nie skończyła, bo chamsko jej przerwałem.
- Nie marudź. Masz tylko te jedne jabłko, którym się nawet nie najesz. Bierz i nie gadaj. Ja i tak mam jeszcze dużo- spojrzałem na pustą już miskę po płatkach, do połowy wypite kakao i kanapkę, którą właśnie konsumowałem.
Westchnęła cicho i, chcąc nie chcąc, bez protestów ją przyjęła, bo nawet przy dłuższej dyskusji i tak bym jej ją wcisnął. Ewentualnie zaniósłbym do pokoju, bo już wiem, gdzie mieszka. Ponownie otuliła nas cisza. To znaczy, cisza ze strony naszych osób, bo nie można było tego powiedzieć o całej stołówce. Niemożliwym byłaby kompletna cisza panująca w tak tłocznym miejscu. Może wypadałoby się teraz przedstawić? Cokolwiek? Muszę się w końcu przemóc. To będzie taki malutki, tyciusieńki krok na przód.
- Jestem Collin- tak, ,,Jestem Collin”. To bardzo ambitne.
Przez całą naszą niby rozmowę spojrzałem na nią zaledwie raz, przez sekundę. Chwila, przecież przy rozmowie ważny jest kontakt wzrokowy. Nie lubię tego robić. Czuję się wtedy, jakby ktoś w tym momencie zaglądał w moją duszę, wiedział o mnie wszystko. No, ale tak trzeba. Nie mogę nigdy na nią nie patrzeć. Ostatecznie, po kilku sekundach, z trudem i wielkim oporem, spojrzałem w oczy blondynki, które, jak się okazało, miały zieloną barwę. Fascynujące. Mimo, że wcześniej w Liverpool’u mijałem tyle ludzi, to jakoś rzadko który miał właśnie takie oczy.
<Jade?>
- Nie trzeba…- zaczęła, ale nie skończyła, bo chamsko jej przerwałem.
- Nie marudź. Masz tylko te jedne jabłko, którym się nawet nie najesz. Bierz i nie gadaj. Ja i tak mam jeszcze dużo- spojrzałem na pustą już miskę po płatkach, do połowy wypite kakao i kanapkę, którą właśnie konsumowałem.
Westchnęła cicho i, chcąc nie chcąc, bez protestów ją przyjęła, bo nawet przy dłuższej dyskusji i tak bym jej ją wcisnął. Ewentualnie zaniósłbym do pokoju, bo już wiem, gdzie mieszka. Ponownie otuliła nas cisza. To znaczy, cisza ze strony naszych osób, bo nie można było tego powiedzieć o całej stołówce. Niemożliwym byłaby kompletna cisza panująca w tak tłocznym miejscu. Może wypadałoby się teraz przedstawić? Cokolwiek? Muszę się w końcu przemóc. To będzie taki malutki, tyciusieńki krok na przód.
- Jestem Collin- tak, ,,Jestem Collin”. To bardzo ambitne.
Przez całą naszą niby rozmowę spojrzałem na nią zaledwie raz, przez sekundę. Chwila, przecież przy rozmowie ważny jest kontakt wzrokowy. Nie lubię tego robić. Czuję się wtedy, jakby ktoś w tym momencie zaglądał w moją duszę, wiedział o mnie wszystko. No, ale tak trzeba. Nie mogę nigdy na nią nie patrzeć. Ostatecznie, po kilku sekundach, z trudem i wielkim oporem, spojrzałem w oczy blondynki, które, jak się okazało, miały zieloną barwę. Fascynujące. Mimo, że wcześniej w Liverpool’u mijałem tyle ludzi, to jakoś rzadko który miał właśnie takie oczy.
<Jade?>
Od Collin'a C.D Angeliki
Miałem w planach niepostrzeżenie wymknąć się z budynku z pokojami, ale coś, albo raczej ktoś, postanowił utrudnić mi życie. Wpadła na mnie jakaś dziewczyna, która była najwyraźniej tak pochłonięta myślami, że mnie nie zauważyła. Ale hej, to już jakiś plus! Nikt mnie nie zauważa! Nie, wróć. Obiecałem Nicolette i rodzicom, że postaram się zmienić. Jak tak teraz patrzę, to mogła mnie nie zauważyć przez nadmiar rzeczy trzymanych w rękach.
- A ty może byś trochę uważał?- niemalże warknęła na mnie.
Objechałem ją wzrokiem od góry do dołu. Wysoka, niemal dorównywała mi wzrostu, brunetka. Już po kilku sekundach postawiłem tezę - jest nowa. Och Collin ty geniuszu! Dziewczyna szybko się zebrała, wymijając mnie z wielkim wyrzutem, jakbym był winny całemu złu tego świata. Chwilę jeszcze patrzyłem, jak radzi sobie z wejściem na schody. Kiedy już zastanawiałem się, czy jej pomóc, sama dała radę. Wzruszyłem lekko ramionami, wychodząc na zewnątrz. Od razu poczułem ten chłód jesiennego powietrza. Natychmiast poprawiłem kurtkę i szalik, zarzucając na głowę kaptur. Był to zaledwie mój drugi dzień tutaj, więc postanowiłem, że spędzę go na zwiedzaniu wszystkiego, ogarnięciu, gdzie co jest. Kilka osób, zarówno z uczniów jak i kadry, kręciło się pomiędzy budynkami, a po podwórku ganiały się psy. Wyglądały, jakby wcale nie przejmowały się nadchodzącą zimą. Moją uwagę przykuła jedna ze stajni. Kierowany ciekawością, postanowiłem tam zajrzeć. W kilku boksach stały konie, inne były puste. Zacząłem się między nimi przechadzać, stawiając ciche kroki. Jedne konie interesowały się nową osobą, a inne nie. Wśród tych bardziej zainteresowanych, był jeden skarogniady ogier. Do drzwi boksu były poprzyczepiane tabliczki z informacjami. Ogier nazywał się Orion. Chwilę potem skierowałem wzrok na niego. On również na mnie patrzył. Lekko zarzucił łbem. Rozejrzałem się, czy nikogo nie ma i ostrożnie otworzyłem zasuwkę. Wszedłem do środka, cały czas mówiąc do ogiera. Wydawał się być wcale tym nie poruszony. Był piękny. Powoli usiadłem na świeżo wymienianej ściółce. Orion bacznie mnie obserwował, ale był przyjacielsko nastawiony. Najwidoczniej nie bał się. Po kilku minutach położył się. Jego oddech był wyrównany. Zacząłem go delikatnie głaskać, a jakiś czas później dołączył do nas rudy kot. Było cudownie. Siedzieliśmy sobie tak w trójkę. Rudy uwalił mi się na kolanach, a koń trochę dalej, ale na spokojnie sięgałem do niego ręką. Wszystko ładnie pięknie do czasu, kiedy ktoś nie usłyszałem czyiś kroków. Z początku się trochę zestresowałem, ale przybrałem pokerową twarz. Obok boksu przeszła ta brunetka, która wcześniej na mnie wpadła. Albo ja na nią. Nie ważne. Szła szła i przeszła obok boksu z naszą trójką, zatrzymała się i wróciła. Zaczęła się na nas dziwnie patrzeć.
- No co?- uniosłem lekko jedną brew w pytającym geście.
<Angelika?>
- A ty może byś trochę uważał?- niemalże warknęła na mnie.
Objechałem ją wzrokiem od góry do dołu. Wysoka, niemal dorównywała mi wzrostu, brunetka. Już po kilku sekundach postawiłem tezę - jest nowa. Och Collin ty geniuszu! Dziewczyna szybko się zebrała, wymijając mnie z wielkim wyrzutem, jakbym był winny całemu złu tego świata. Chwilę jeszcze patrzyłem, jak radzi sobie z wejściem na schody. Kiedy już zastanawiałem się, czy jej pomóc, sama dała radę. Wzruszyłem lekko ramionami, wychodząc na zewnątrz. Od razu poczułem ten chłód jesiennego powietrza. Natychmiast poprawiłem kurtkę i szalik, zarzucając na głowę kaptur. Był to zaledwie mój drugi dzień tutaj, więc postanowiłem, że spędzę go na zwiedzaniu wszystkiego, ogarnięciu, gdzie co jest. Kilka osób, zarówno z uczniów jak i kadry, kręciło się pomiędzy budynkami, a po podwórku ganiały się psy. Wyglądały, jakby wcale nie przejmowały się nadchodzącą zimą. Moją uwagę przykuła jedna ze stajni. Kierowany ciekawością, postanowiłem tam zajrzeć. W kilku boksach stały konie, inne były puste. Zacząłem się między nimi przechadzać, stawiając ciche kroki. Jedne konie interesowały się nową osobą, a inne nie. Wśród tych bardziej zainteresowanych, był jeden skarogniady ogier. Do drzwi boksu były poprzyczepiane tabliczki z informacjami. Ogier nazywał się Orion. Chwilę potem skierowałem wzrok na niego. On również na mnie patrzył. Lekko zarzucił łbem. Rozejrzałem się, czy nikogo nie ma i ostrożnie otworzyłem zasuwkę. Wszedłem do środka, cały czas mówiąc do ogiera. Wydawał się być wcale tym nie poruszony. Był piękny. Powoli usiadłem na świeżo wymienianej ściółce. Orion bacznie mnie obserwował, ale był przyjacielsko nastawiony. Najwidoczniej nie bał się. Po kilku minutach położył się. Jego oddech był wyrównany. Zacząłem go delikatnie głaskać, a jakiś czas później dołączył do nas rudy kot. Było cudownie. Siedzieliśmy sobie tak w trójkę. Rudy uwalił mi się na kolanach, a koń trochę dalej, ale na spokojnie sięgałem do niego ręką. Wszystko ładnie pięknie do czasu, kiedy ktoś nie usłyszałem czyiś kroków. Z początku się trochę zestresowałem, ale przybrałem pokerową twarz. Obok boksu przeszła ta brunetka, która wcześniej na mnie wpadła. Albo ja na nią. Nie ważne. Szła szła i przeszła obok boksu z naszą trójką, zatrzymała się i wróciła. Zaczęła się na nas dziwnie patrzeć.
- No co?- uniosłem lekko jedną brew w pytającym geście.
<Angelika?>
sobota, 26 listopada 2016
Od Collin'a do Jade
Był wieczór. Dzień przed opuszczeniem mojego kochanego, tak dobrze znanego, a mimo to nadal tajemniczego, rodzinnego miasta - Liverpool’u. Dzień powoli ustępował miejsca nocy. Na ulicach lampy błysnęły już swoim światłem. Siedziałem w swoim pokoju na parapecie, który był przekształcony w małą kanapę. Mały materac, kocyk i kilka poduszek wystarczyło, żeby zrobić z tego idealne miejsce do takich filozoficznych rozmyślań. Głowę miałem opartą o szybę. Westchnąłem cicho, pozostawiając ślad oddechu na oknie, który po kilku sekundach znikł. Patrzyłem, jak w budynkach w najbliższej okolicy zapalają się światła. Mieszkania, biurowce, jeszcze inne miejsca. Czasami w głowie układałem sobie historie o tych ludziach. Ich życiu, problemach, zmaganiem z dzisiejszym światem. To wszystko miało się zmienić od jutra o sto osiemdziesiąt stopni. Zamknąłem na chwilę oczy, kompletnie odpływając. Mój stan przerwało pukanie do drzwi.
- Proszę- powiedziałem nieco głośniej niż normalnym tonem, odwracając w tamtą stronę głowę.
Klamka obróciła się, a do pokoju weszła dziesięcioletnia dziewczynka o długich, ciemnobrązowych włosach i kasztanowych oczach, trzymając w ręku kubek z czymś gorącym, co wywnioskowałem po unoszącej się parze.
- Hej, mama prosiła, żebym ci przyniosła kakao- spojrzała na mnie swoimi pięknymi, dużymi oczętami i podeszła.
- Dzięki Nicole, siadaj- przesunąłem się i wziąłem od niej kubek.
Wbrew temu, że nie przepadałem za towarzystwem ludzi, uwielbiałem moją małą siostrzyczkę. Pomijając rodziców, była najbardziej uroczym człowiekiem na świecie. Jak na swój wiek, dużo już rozumiała. Kochałem ją całym sercem.
- Collin…- zaczęła cicho, jakby nie chcąc za bardzo zmącić tego spokoju i ciszy panujących w moim pokoju.
- Tak?- spojrzałem na nią, biorąc łyk ciepłego kakao.
- Ale nie zapomnisz o nas jak tam wyjedziesz, prawda?- troska była wręcz namacalna w jej głosie.
Odstawiłem kubek na najbliższą szafkę, przytulając ją do siebie.
- Mała, skąd ci przyszedł taki pomysł do głowy? Oczywiście, że nie zapomnę. Będę codziennie do was dzwonić- oparłem swoją głowę o jej.
- No bo, ty wyjeżdżasz na bardzo długo i bardzo daleko…- pociągnęła nosem.
- Ej, księżniczko. Obiecuję, że przyjadę na święta. Kupię ci jakiś super prezent, obiecuje- potargałem jej trochę włosy.
- Słowo honoru?- na jej twarzyczce zagościł delikatny uśmiech, a w jej oczach dostrzegłem małe iskierki.
- Słowo honoru- powiedziałem pewnie, przykładając rękę w miejscu serca.
- To skoro słowo honoru, to postaram się jakoś wytrzymać bez ciebie- wtuliła się w kocyk- Collin…
- Tak?
- A jak pojedziesz, to będę mogła spać w twoim pokoju…?
- Ani mi się waż!
~*~
Było tak chole.rnie wcześnie. Budzik zaczął dzwonić mi o piątej rano. Wtorek. Piękny dzień. Idealna pora, żeby zacząć zgarniać się na lotnisko. Wszystkie rzeczy były już spakowane wczoraj do bagażnika. Zostawiłem sobie tylko rzeczy na dzisiaj. Podniosłem się do pozycji siedzącej, przeciągając. Wschód słońca był niesamowity… Przeczesałem ręką włosy, zgarniając ubrania z krzesła. Szafki świeciły już pustkami. Musiałem robić wszystko po cichu, żeby nie obudzić przypadkiem Nicolette. Powinna być wyspana, skoro szła dzisiaj do szkoły. Zamknąłem się w łazience, szybko przebierając. Potem tylko dwie kanapki do plecaka i ruszamy. Jeszcze przed wyjściem wstąpiłem do pokoju siostry. Wyglądała tak słodko. Pocałowałem ją w czoło, zostawiając na szafce nocnej obok łóżka małego, pluszowego misia z czerwoną wstążką. Potem wsiadłem do samochodu i mogłem jechać. Na lotnisko odwieźli mnie rodzice. Mama oczywiście płakała, czego można było się spodziewać. Tata tylko uścisnął mnie po męsku. Wierzyli we mnie. Wierzyli, że może dzięki temu wyjazdowi otworzę się trochę na ludzi. A w co ja wierzyłem? Właściwie, to jestem ateistą. Jednak wierzyłem w to, że w końcu coś osiągnę. Udowodnię tym wszystkim, którzy we mnie wątpili, że coś potrafię. Osiągnę sukces. Pełen dobrej energii i motywacji wsiadłem na pokład samolotu.
~*~
Tak super mi się spało. Piękny widok. Czułem się jak ptak, widząc za oknem chmury. Ile bym dał, żeby trwało to wiecznie. Jednak przez to, zrobiłem się senny. Dopiero jakiś miły pan obudził mnie na lotnisku w Miami. Zerwałem się jak oparzony. Prawie wszyscy już wyszli. Rany boskie, nie chcę myśleć co by się stało, gdyby mnie nie obudził. Otworzyłbym oczy i byłbym w czarnej du.pie. Odebrałem swoje dwie walizki na kółkach. Było już chłodno, a drzewa przybrały kolory czerwieni, pomarańczy i żółci. Niektóre nawet były brązowe, a zielone to wyjątki. Wzdrygnąłem się, poprawiając kurtkę, szalik i wyjmując z plecaka czapkę. Chwilę zastanawiałem się przed złapaniem taksówki, bo to w końcu kontakt z ludźmi. Jednak po dziesięciu minutach wojny w mojej głowie, jakąś złapałem. Z lotniska na dworzec kolejowy, a potem do miejsca, gdzie miała być akademia. Pociąg wysadził mnie na jakimś kompletnym odludziu. Peron, no cóż… Na jakiś super nie wyglądał. Czyli co, dalsza droga pieszo? Chyba głowa ich boli. Zbliżała się osiemnasta. Super. Wydałem z siebie jęk bólu i rozpaczy. Pociągnąłem nosem, zaczynając ciągnąć za sobą dwie walizki. Było już ciemno. Chociaż nie, same ciemno to za mało powiedziane. Było ciemno jak w du.pie. Kur.wa… Byłem już na skraju załamania. Sam. Na takim pustkowiu. Żadnej żywej duszy w pobliżu. Tak, jestem introwertykiem, ale wolę być w otoczeniu ludzi, których mogę unikać niż bycie samiusieńkim nie wiadomo gdzie. Po dłuższym czasie usłyszałem za sobą dźwięk silnika. Na litość boską, w końcu zbawienie! Nie, wróć. Co jeśli to jacyś miejscowi terroryści, którzy tylko czekają na takich jak ja? Mamooo, dlaczego ja się na to zdecydowałem?! Idę dalej, będąc coraz to bardziej spiętym. Stało się. Samochód zatrzymał się obok mnie.
~*~
Jak się okazało, nie byli to żadni terroryści, a jeden z nauczycieli z akademii, który w dalszej drodze wszystko mi wyjaśniał i tłumaczył. Wydawał się być miłym. Wysadził mnie pod budynkiem z pokojami. Zabrałem swoje dwie walizki, plecak i wszedłem do środka. Było tam tak cieplusio… W recepcji otrzymałem kluczyk do pokoju, który miałem dzielić z jakimś chłopakiem. Może nie będzie aż tak źle? Jak na razie starałem się unikać spojrzeń skierowanych innych ludzi skierowanych na mnie. Wciągałem tak dwie walizki na piętro, trzymając w zębach metalowy kluczyk. Idąc już korytarzem, słyszałem głosy. A to śmiechy dziewczyn, rozemocjonowane krzyki chłopaków grającyh zapewne w jakąś grę lub oglądających mecz. Czułem się coraz bardziej otoczony nawet, jeśli na korytarzu byłem sam. Zatrzymałem się przed drzwiami z numerem siedemnaście. Usłyszałem czyjeś kroki na schodach, zbliżające się w moją stronę. Chciałem jak najszybciej być już w środku. Kroki stawały się coraz głośniejsze. Natychmiast wziąłem kluczyk w ręce. Ta osoba była już na korytarzu, widziałem ją. Zmierzała w moją stronę. Ręce zaczęły mi się trząść. Nie miałem zamiaru już dzisiaj zapoznawać się z kimkolwiek. Jak na złość nie mogłem trafić do zamka. Kątem oka dostrzegłem, że była to jakaś blondynka. Błagam, niech przejdzie dalej. Niech da mi spokój. Mi i moim nerwom. Niech stanę się niewidzialnym. Jednak wszystkie moje błagania nic nie dały. Zauważyła mnie i perfidnie zaczęła do mnie podchodzić. Dobra Collin, ogarnij się. Może będzie spoko. Może będzie naprawdę miła i sympatyczna. Może to przeżyję.
<Jade? Starałam się>
- Proszę- powiedziałem nieco głośniej niż normalnym tonem, odwracając w tamtą stronę głowę.
Klamka obróciła się, a do pokoju weszła dziesięcioletnia dziewczynka o długich, ciemnobrązowych włosach i kasztanowych oczach, trzymając w ręku kubek z czymś gorącym, co wywnioskowałem po unoszącej się parze.
- Hej, mama prosiła, żebym ci przyniosła kakao- spojrzała na mnie swoimi pięknymi, dużymi oczętami i podeszła.
- Dzięki Nicole, siadaj- przesunąłem się i wziąłem od niej kubek.
Wbrew temu, że nie przepadałem za towarzystwem ludzi, uwielbiałem moją małą siostrzyczkę. Pomijając rodziców, była najbardziej uroczym człowiekiem na świecie. Jak na swój wiek, dużo już rozumiała. Kochałem ją całym sercem.
- Collin…- zaczęła cicho, jakby nie chcąc za bardzo zmącić tego spokoju i ciszy panujących w moim pokoju.
- Tak?- spojrzałem na nią, biorąc łyk ciepłego kakao.
- Ale nie zapomnisz o nas jak tam wyjedziesz, prawda?- troska była wręcz namacalna w jej głosie.
Odstawiłem kubek na najbliższą szafkę, przytulając ją do siebie.
- Mała, skąd ci przyszedł taki pomysł do głowy? Oczywiście, że nie zapomnę. Będę codziennie do was dzwonić- oparłem swoją głowę o jej.
- No bo, ty wyjeżdżasz na bardzo długo i bardzo daleko…- pociągnęła nosem.
- Ej, księżniczko. Obiecuję, że przyjadę na święta. Kupię ci jakiś super prezent, obiecuje- potargałem jej trochę włosy.
- Słowo honoru?- na jej twarzyczce zagościł delikatny uśmiech, a w jej oczach dostrzegłem małe iskierki.
- Słowo honoru- powiedziałem pewnie, przykładając rękę w miejscu serca.
- To skoro słowo honoru, to postaram się jakoś wytrzymać bez ciebie- wtuliła się w kocyk- Collin…
- Tak?
- A jak pojedziesz, to będę mogła spać w twoim pokoju…?
- Ani mi się waż!
~*~
Było tak chole.rnie wcześnie. Budzik zaczął dzwonić mi o piątej rano. Wtorek. Piękny dzień. Idealna pora, żeby zacząć zgarniać się na lotnisko. Wszystkie rzeczy były już spakowane wczoraj do bagażnika. Zostawiłem sobie tylko rzeczy na dzisiaj. Podniosłem się do pozycji siedzącej, przeciągając. Wschód słońca był niesamowity… Przeczesałem ręką włosy, zgarniając ubrania z krzesła. Szafki świeciły już pustkami. Musiałem robić wszystko po cichu, żeby nie obudzić przypadkiem Nicolette. Powinna być wyspana, skoro szła dzisiaj do szkoły. Zamknąłem się w łazience, szybko przebierając. Potem tylko dwie kanapki do plecaka i ruszamy. Jeszcze przed wyjściem wstąpiłem do pokoju siostry. Wyglądała tak słodko. Pocałowałem ją w czoło, zostawiając na szafce nocnej obok łóżka małego, pluszowego misia z czerwoną wstążką. Potem wsiadłem do samochodu i mogłem jechać. Na lotnisko odwieźli mnie rodzice. Mama oczywiście płakała, czego można było się spodziewać. Tata tylko uścisnął mnie po męsku. Wierzyli we mnie. Wierzyli, że może dzięki temu wyjazdowi otworzę się trochę na ludzi. A w co ja wierzyłem? Właściwie, to jestem ateistą. Jednak wierzyłem w to, że w końcu coś osiągnę. Udowodnię tym wszystkim, którzy we mnie wątpili, że coś potrafię. Osiągnę sukces. Pełen dobrej energii i motywacji wsiadłem na pokład samolotu.
~*~
Tak super mi się spało. Piękny widok. Czułem się jak ptak, widząc za oknem chmury. Ile bym dał, żeby trwało to wiecznie. Jednak przez to, zrobiłem się senny. Dopiero jakiś miły pan obudził mnie na lotnisku w Miami. Zerwałem się jak oparzony. Prawie wszyscy już wyszli. Rany boskie, nie chcę myśleć co by się stało, gdyby mnie nie obudził. Otworzyłbym oczy i byłbym w czarnej du.pie. Odebrałem swoje dwie walizki na kółkach. Było już chłodno, a drzewa przybrały kolory czerwieni, pomarańczy i żółci. Niektóre nawet były brązowe, a zielone to wyjątki. Wzdrygnąłem się, poprawiając kurtkę, szalik i wyjmując z plecaka czapkę. Chwilę zastanawiałem się przed złapaniem taksówki, bo to w końcu kontakt z ludźmi. Jednak po dziesięciu minutach wojny w mojej głowie, jakąś złapałem. Z lotniska na dworzec kolejowy, a potem do miejsca, gdzie miała być akademia. Pociąg wysadził mnie na jakimś kompletnym odludziu. Peron, no cóż… Na jakiś super nie wyglądał. Czyli co, dalsza droga pieszo? Chyba głowa ich boli. Zbliżała się osiemnasta. Super. Wydałem z siebie jęk bólu i rozpaczy. Pociągnąłem nosem, zaczynając ciągnąć za sobą dwie walizki. Było już ciemno. Chociaż nie, same ciemno to za mało powiedziane. Było ciemno jak w du.pie. Kur.wa… Byłem już na skraju załamania. Sam. Na takim pustkowiu. Żadnej żywej duszy w pobliżu. Tak, jestem introwertykiem, ale wolę być w otoczeniu ludzi, których mogę unikać niż bycie samiusieńkim nie wiadomo gdzie. Po dłuższym czasie usłyszałem za sobą dźwięk silnika. Na litość boską, w końcu zbawienie! Nie, wróć. Co jeśli to jacyś miejscowi terroryści, którzy tylko czekają na takich jak ja? Mamooo, dlaczego ja się na to zdecydowałem?! Idę dalej, będąc coraz to bardziej spiętym. Stało się. Samochód zatrzymał się obok mnie.
~*~
Jak się okazało, nie byli to żadni terroryści, a jeden z nauczycieli z akademii, który w dalszej drodze wszystko mi wyjaśniał i tłumaczył. Wydawał się być miłym. Wysadził mnie pod budynkiem z pokojami. Zabrałem swoje dwie walizki, plecak i wszedłem do środka. Było tam tak cieplusio… W recepcji otrzymałem kluczyk do pokoju, który miałem dzielić z jakimś chłopakiem. Może nie będzie aż tak źle? Jak na razie starałem się unikać spojrzeń skierowanych innych ludzi skierowanych na mnie. Wciągałem tak dwie walizki na piętro, trzymając w zębach metalowy kluczyk. Idąc już korytarzem, słyszałem głosy. A to śmiechy dziewczyn, rozemocjonowane krzyki chłopaków grającyh zapewne w jakąś grę lub oglądających mecz. Czułem się coraz bardziej otoczony nawet, jeśli na korytarzu byłem sam. Zatrzymałem się przed drzwiami z numerem siedemnaście. Usłyszałem czyjeś kroki na schodach, zbliżające się w moją stronę. Chciałem jak najszybciej być już w środku. Kroki stawały się coraz głośniejsze. Natychmiast wziąłem kluczyk w ręce. Ta osoba była już na korytarzu, widziałem ją. Zmierzała w moją stronę. Ręce zaczęły mi się trząść. Nie miałem zamiaru już dzisiaj zapoznawać się z kimkolwiek. Jak na złość nie mogłem trafić do zamka. Kątem oka dostrzegłem, że była to jakaś blondynka. Błagam, niech przejdzie dalej. Niech da mi spokój. Mi i moim nerwom. Niech stanę się niewidzialnym. Jednak wszystkie moje błagania nic nie dały. Zauważyła mnie i perfidnie zaczęła do mnie podchodzić. Dobra Collin, ogarnij się. Może będzie spoko. Może będzie naprawdę miła i sympatyczna. Może to przeżyję.
<Jade? Starałam się>
Collin!
Imię: Collin (Cole)
Nazwisko: Greene
Wiek: 21 lat
Płeć: Mężczyzna
Głos: Let It Go - James Bay
Rodzina: rodzice Mary i Ethan, młodsza siostra Nicolette
Charakter: Collin? No cóż… Czasami nie zachowuje się tak, jak na mężczyznę przystało. Lubi ciszę i spokój. Bo sam raczej taki jest. Małomówny i spokojny. Obce osoby myślą, że jest niemową. Czy go to dziwi? Oczywiście, że nie. Mimo tego jaki jest, trochę z niego śmieszek. Ale do rzeczy. Collin nie lubi się wychylać. Można by śmiało rzec, że jest nieco aspołeczny i czasami ma przejawy indywidualisty. Ma swój własny świat, sposób na życie, stosunek do tego wszystkiego. Jest to typowy realista. Zanim coś zrobi, musi to dokładnie przemyśleć. Wszystkie następstwa, żeby nie popełnić błędu. Jest wymagający zarówno dla siebie jak i innych. Czasami zapomina, że nie wszyscy wszystko robią idealnie od razu. Porażki i błędy niekiedy go denerwują, ale i motywują do dalszej pracy nad sobą. Nigdy się nie poddaje, jest pewny siebie i odważny. Niezwykle trudno jest utrzymać z nim dłuższą rozmowę, która i tak ostatecznie kończy się twoim monologiem. Odzywa się tylko wtedy, jeśli ma do powiedzenia coś istotnego, ważnego. Ciężko go zrozumieć. Ba, bywa tak, że nie rozumie sam siebie. Jednak to jest ta chaotyczna część Cole’a. Z tym poukładanym da się w miarę normalnie porozmawiać. Taki prawdziwy z niego przyjaciel. Nie jakaś super dusza towarzystwa, nadal introwertyk, ale małą grupkę zniesie. Jeśli chodzi o jego nerwowość, to tak. Zdarza się. Wbrew pozorom niekiedy niezwykle łatwo jest go zdenerwować, a gdy ma gorszy dzień potrafi zdenerwować się nawet o to, że ktoś za głośno mruga. Nieziemską cierpliwość ma natomiast w stosunku do zwierząt. W ich otoczeniu wszystko robi z zachowaniem ostrożności, nie robi żadnych gwałtownych ruchów, jest delikatny. Ciężko jest zdobyć jego zaufanie przez pewien incydent z przeszłości. Ogółem rzecz biorąc - Collin to jedna wielka zagadka.
Aparycja: Cole nie jest jakiś ani za wysoki ani za niski. Jego 176cm całkowicie mu wystarcza. Jeśli chodzi o sylwetkę, to jakieś lekkie zarysy mięśni ma, ale to tylko zarysy. Karnację ma nieco jasną. Twarz chłopaka pokryta jest niezliczoną ilością piegów, a ozdobą tego wszystkiego są szare oczy. Włosy zaś czarno-brązowe, jednak nawet za bardzo nie widać różnicy. Takie pomieszanie.
Ulubiony koń: Orion
Własny koń: Nie chce, za duża odpowiedzialność.
Poziom jeździectwa: Średniozaawansowany
Partner: Nie ma zdania na ten temat. Nie wie, czy potrafi kochać i czy ktoś potrafiłby pokochać jego.
Historia: Collin urodził się w Liverpool’u w Wielkiej Brytanii. Już od dziecka widać było, że jest “inny”. Nie lubił bawić się z rówieśnikami, za to przepadał za długimi spacerami i zabawami ze zwierzętami. Nie raz i nie dwa miał z tego powodu problemy. Często w szkole zabierano mu kanapki, no bo taki słabeusz i na dodatek odludek nie da rady się obronić. W czasach podstawówki podkochiwał się w jednej dziewczynie, pisał do niej listy, wiersze. Powiedziała to swoim koleżankom, one rozniosły to dalej i przez całkiem długi czas był wyśmiewany i nawet jeśli wcześniej miał na to wszystko wywalone, wtedy przez miesiąc nie można było go wyciągnąć do szkoły. W wakacje lubił wyjeżdżać do dziadków na wieś, którzy mieli małe gospodarstwo. Wśród posiadanych przez nie zwierzęta były także dwa kucyki i kilka koni. Cole po prostu się w nich zakochał. Potrafił nawet spać z nimi w stajni. Zaprzyjaźnił się także z królikami, psami i kotami. Starał się pomagać przy ich opiece jak może. Próbował nawet jazdy na szetlandzie o uroczym imieniu Cookie. Kiedy rodzice zauważyli, że jazda konna sprawia mu przyjemność, zapisali go do szkółki jeździeckiej. Potem jeździł już tam w każdy wolny dzień. Zdecydowanie wolał towarzystwo koni niż ludzi. Jednak nie było nigdzie w pobliżu miejsca, gdzie mógłby się rozwijać. Dlatego też postanowił wyjechać na Florydę, co uznaje też za małą terapię mającą na celu stanie się bardziej towarzyskim.
- Potrafi grać na skrzypcach, fortepianie i keyboardzie.
- Często czyta.
- Nie umie pływać mimo, że mieszkał w mieście położonym blisko wody.
- Lubi chodzić na wieczorne spacery.
- Chodzi późno spać, przez co w dzień czasami chodzi niewyspany.
- Nie przepada za oglądaniem horrorów, ale uwielbia serial The Walking Dead.
- Lubi długo spać, pić gorącą czekoladę i ogólnie słodkie rzeczy.
- Lubi chodzić w bluzach, a gdy jest sam, wskakuje w dresy.
- Kiedy ma lenia, nijak nie da się go wyciągnąć z pokoju.
Kontakt: Misza213
Subskrybuj:
Posty (Atom)

